RSS
 

Archiwum - Maj, 2016

Putta z Ustjanowej – w poszukiwaniu tożsamości…

30 maj

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKościół w Ustjanowej (dawna cerkiew z 1792 r.) – i XVIII-wieczny ołtarz przeniesiony tu z Hoczwi k.Leska (fragm. zdjęcia ze strony monterek58.rzeszow.pl)

Niedawno media komentowały ingerencję prezydenta Obamy w …publiczne toalety. Zalecenie nakazuje dostosować je do genderowskiego modelu płci – posuwając się do groźby zamknięcia tych szkół, które się do niego nie zastosują. Ktoś złośliwy zauważył, że zgodnie z wyróżnionymi ponoć 53 modelami płci, w każdym obiekcie trzeba będzie stworzyć tyleż samo toalet. ;) Ale znamienne jest to, że wraz z mnożeniem płci społecznych, zanika polaryzacja płci biologicznych, które sukcesywnie zostają sprowadzane do jakiegoś nijakiego „ono”. Z jednej strony wynikać to może z pewnego uwrażliwienia i wysubtelnienia naszej zachodniej cywilizacji wobec różnych form rozchwiania tożsamości. Z drugiej jednak strony jest to smutne, a nawet tragiczne, bo pozbawia człowieka jednego z podstawowych punktów odniesienia – tego, który oparty jest na jednoznaczności płci i wynikających z niej ról społecznych.

 Kiedy tylko jestem w Ustjanowej koło Ustrzyk Dolnych, lubię zachodzić tam do małego, drewnianego kościółka (starej cerkwi z 1792 roku). Po zaadaptowaniu cerkwi na kościół rzymskokatolicki umieszczono w niej XVIII-wieczny, rokokowy ołtarz, który został tu przeniesiony z pobliskiej Hoczwi. W górnej części ołtarza, po obu jego stronach, znajdują się dwie nagie postacie (rzecz w wiejskich kościołach dość osobliwa) – to Adam i Ewa, którzy stoją na solidnych filarach, zasłonięci figowymi listkami. Nieco niżej, tuż obok prarodziców, po całkiem zewnętrznych stronach ołtarza, ustawione zostały rokokowe putta (które zawsze były dla mnie jakimś osobistym symbolem nijakości – nie miały przecież nigdy płci, nie były też ani człowiekiem, ani aniołem). Mam nadzieję, że wybaczycie mi takie uproszczenia, bo nie jestem biegły w historii sztuki, ale pozwólcie, że pociągnę tę osobistą interpretację ołtarza nieco dalej.

Otóż wspomniane bobasy zostały umieszczone na filarach, które są dziwnie przechylone, zdając się dramatycznie wykręcać i walić. Nadają tym samym całemu ołtarzowi jakąś niepokojącą dynamikę. Nie wiem, jaki był zamysł artysty, ale do mnie ta kompozycja przemawia tylko w jeden sposób: ludzkość może być stabilna tylko w wartościach jednoznacznych (centrum ołtarza zajmuje ikona Maryi z Dzieciątkiem, nad którą wrasta drzewo poznania dobra i zła, oplecione wężem – a nad nim znowu dominuje błogosławiąca światu postać Maryi). Człowiek grzęźnie i upada tam, gdzie wchodzi na opłotki relatywizmu i niejednoznaczności – choćby w imię najpiękniejszych idei. Putta są przecież wyrazem piękna, a mylone z Erosem, często bywają odnoszone do miłości zmysłowej, przelotnych impulsów i ulotnego szczęścia…

 

Iluzja przemijalności…

19 maj

2016_05_Czaszka_jelenia_3

Dzisiejsza czaszka jelenia podczas leśnego monitoringu była swoistym przyczynkiem do rozmyślań nad życiowym vanitas…

Lęk przed utratą wolności, godności, miłości, radości, płodności, stabilności – to jedne z podstawowych lęków, które nas na co dzień nękają, a które płyną z iluzji. Dzieje się tak zawsze, gdy egzystencja rości sobie prawa do wartości zarezerwowanych wyłącznie dla przestrzeni transcendentalnych. Przemijalność ubiera się wtedy w szaty nieśmiertelności. Czym dokładniej jest każdy z tych lęków? Zacznijmy od końca…

STABILNOŚĆ to ułuda niezmiennej trwałości – płynie z przekonania, że życie można zalać w bursztynie (owszem, można, tylko wtedy każda zalana muszka staje się tylko obrazem życia, ulegając niechybnej śmierci). PŁODNOŚĆ to potrzeba samorealizacji, spełnienia i przekazania siebie innym – nie tylko na płaszczyźnie biologicznej - dla człowieka liczy się przede wszystkim płodność w zakresie kreatywnym, intelektualnym, społecznym, rodzinnym itd. Kiedy boimy się utracić MIŁOŚĆ, to znak, że przestajemy rozumieć, czym ona w istocie jest – nie można przecież stracić woli obdarowywania innych, jeśli się tego nie chce. Lęk przed utratą RADOŚCI to obawa przed jarzmem i nudą. Troska o własną GODNOŚĆ to brak wiary, że ona jest wartością niezbywalną i niezależną od innych. I wreszcie lęk o własną WOLNOŚĆ płynie stąd, że na ogół mylimy wolność z nieskrępowaną swobodą. A przecież można się cieszyć nieograniczoną swobodą i nie być człowiekiem wolnym, jak też na odwrót – cieszyć się wolnością w ciemnej i ciasnej celi…

Wszystkie nasze lęki są produktami demonów iluzji. To ona roztacza przed nami obrazy nieśmiertelności, by następnie wymóc na nas postawę nieustannych starań o jej utrzymanie – tak jakby samo pojęcie nieśmiertelności nie było sprzeczne z koniecznością jej obrony. Nie muszę niczego bronić, bo to, co mam, jeśli mam, nie jest moje – a to, co mogę otrzymać, ma wartość tylko o tyle, o ile istnieje poza czasem, poza dyktatem egzystencji. Przemijalność uczy mnie żeglowania i dryfowania – oraz umiejętności rozróżnienia jednego od drugiego.

 

JAWOR i LULECZNICA – od zakochania po śmierć…

14 maj

2016_05_JAWORZYNA_Jawor_Lulecznica

Jaworzyna pod Połoniną Caryńską – „biesiada” jaworów i ich naturalna śmierć pod żywiołem nieba …oraz po prawej – zielona „wiedźma” Bieszczadów – lulecznica.

Kiedy słyszymy słowo „jawor” – jakie pierwsze skojarzenie z tym drzewem nas nachodzi? Ja od razu słyszę pieśń o „Laurze i Filonie” – jawor był przecież ulubionym drzewem poetów doby romantyzmu i późniejszego sentymentalizmu. Szczególnie upatrzył go sobie Franciszek Karpiński, znany ze wspomnianego utworu: Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły, / I coś tam klaszcze za borem. / Pewnie mnie czeka mój Filon miły / Pod umówionym jaworem. W innym wierszu pisał znowu: Potok płynie doliną / Nad potokiem jawory / Tam ja z tobą, Justyno  / Słodkie pędził wieczory. W okresie Młodej Polski do poezji tej nawiązuje Bolesław Leśmian, ostrzegając przed żywiołem miłości nieodwzajemnionej: Nie umawiaj się ze mną pod żadnym jaworem / Bym ciebie nie dosięgła szumem a przestworem.

Dawne wierzenia związane z jaworem odnajdujemy w wierszu Tadeusza Micińskiego: Na kaskadzie nimfa łka / w grotach ciemnych, wśród jaworów („Droga do Kezmarku”). Zmroczne klimaty bieszczadzkich jaworzyn opisuje wiersz Wincentego Pola – „Pieśń ziemi naszej”: wierzchem ćmią się jaworzyny / I woń ronią połoniny… Wierzono, że stare jawory były domami siedliskiem rusałek. Jeśli ktoś nie potrafił skonać, kładziono go na deskę jaworową, co jakiś czas w nią stukając, aby diabła czającego się przy zmarłym skutecznie odgonić… Był więc jawor silnie zakorzeniony w pogańskich i ludowych wierzeniach, ale też stał się na trwałe symbolem miłości sentymentalnej. W wyobrażeniach naszych przodków jawor mógł stanowić zagrożenie (obecność rusałek), ale też pełnił funkcję ochronną (przed zarazą, diabłem i demonem). Miewał też jawor poetyckie konotacje z grobami, jak czytamy w wierszu Leśmiana – „Dwoje ludzieńków”: Pod jaworem – dwa łóżka, pod jaworem – dwa cienie / Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie. W Bieszczadach jawory bardzo często były sadzone wokół cerkwi i na tutejszych cmentarzach.

W jaworzynie spotkamy jeszcze bardziej tajemniczą, wschodniokarpacką osobliwość, lulecznicę kraińską – roślinę, która na terenie Karpat zastępowała mandragorę, w średniowiecznej Europie powszechnie do „miłosnych i śmiertelnych” czarów stosowaną. Lulecznica jest rośliną trującą i halucynogenną, co niewątpliwie miało też wpływ na kojarzenie jej ze śmiercią i pośmiertnym snem (niewielkie jej dawki wywołują niepokój, halucynacje, a przy większych dawkach – napady szału i śmierć). Kojarzyła się też z prawdą, która przy niej zawsze na wierzch wypływała, bo zadanie lulecznicy miało zmuszać człowieka do wyjawienia najskrytszych tajemnic. Już w średniowieczu korzeń lulecznicy stał się składnikiem „napojów miłosnych”, w istocie wprawiając człowieka w niemałe oszołomienie. Tam gdzie jawory szumią, tam wespół z nimi, w zmroczach głazowisk, lulecznica kołysze się w takt ich starej pieśni o miłości, śmierci i …szaleństwie. Wszak między zakochaniem, szaleństwem i śmiercią niewielkie różnice istnieją. ;)

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bieszczady, Biologia, Etnologia

 

Odczytując tęczę…

11 maj

2016_05_TĘCZA

Dwa łuki rozpięte wczoraj nad doliną Ustrzyk …oraz trznadel – mój stały gość i osobisty symbol nadziei :)

Tęcza jako zjawisko ma dość prostą naturę – rozszczepienie światła na poszczególne widma, z których najbardziej widocznymi, idąc kolejno od zewnętrznej strony łuku, są:  czerwone, pomarańczowe, żółte, zielone, niebieskie i fioletowe. Przy silnym natężeniu zjawiska obserwować można tęczę wtórną – o łuku większym i odwróconej kolejności barw. Pomiędzy obydwoma łukami istnieje ciemniejszy obszar – tzw. „pas Aleksandra” – ciemniejszy, gdyż nie trafiają do niego odbite promienie świetlne. Oczywiście tęczy trzeba szukać zawsze po przeciwnej stronie słońca i w strefie opadów deszczu. W sprzyjających okolicznościach można zobaczyć tęczę księżycową, a znacznie częściej – wodospadową. Fizycznie tęcza nie istnieje, będąc jedynie efektem optycznym, docierającym do oczu obserwatora, odpowiednio ustawionego względem żywiołu wody i Słońca. Wszystko to ma głęboką wymowę symboliczną, ale o tym za chwilę. Najpierw prześledźmy nieco historię odniesień do tęczy w historii i kulturze.

W mitologii Greków tęcza była drogą, którą przemierzała Iris między niebem a ziemią. W Chinach wierzono, że jest szczeliną w niebie. Hindusi zaś wyobrażali sobie, że jest łukiem Indry – boga błyskawic. Wśród Skandynawów panowało przekonanie, że tęcza stanowi most łączący świat ludzi i bogów. Aborygeni mówią, że świat narodził się z tęczowego węża. Zaś w mitologii słowiańskiej tęcza przemieniała duszę zmarłego lub żyjącego człowieka w płanetnika (chmurnika), który dzięki niej zdobywał panowanie nad żywiołami atmosfery. Indiańska legenda szczepu Kri mówi: Kiedy świat jest chory i umiera, ludzie powstaną jak Wojownicy Tęczy. W Biblii tęcza stała się symbolem przymierza między Jahwe i człowiekiem – i obietnicą błogosławieństwa danego odnowionemu stworzeniu po potopie. Współcześnie do tęczy, jako symbolu pokoju i powszechnej wspólnoty, odwoływali się często hipisi. Tęczowa flaga stanowiła też symbol masońskiego zakonu, a później również wciągnięto ją na sztandary homoseksualistów i środowisk LGBT. Jaki obraz wyłania się z tej niezwykle złożonej symbolizacji?

Tęczę można tu ująć jako znak wielowymiarowy, odnoszący się do łączności z niebem, dysponowania nadprzyrodzoną siłą, mostu między światem żywych i zmarłych, śmiertelników i bogów. Staje się też tęcza obrazem pojednania, pokoju, jedności, tolerancji, często będąc w użyciu przez środowiska sobie przeciwne. A jak ją można odczytać na płaszczyźnie życia duchowego? Tęcza rodzi się ze zderzenia przeciwieństw – światła i ciemności, słońca i deszczu, jest więc jakimś zwieńczeniem wewnętrznej walki, jaką w sobie toczymy. Płynne przejścia między barwami, jak też rozpięte między wzgórzami ramiona łuku, odczytać można w kategoriach drogi, którą przemierzamy między kolejnymi etapami życia duchowego. Wreszcie pojawianie się tęczy na tle mroku i żywiołu – burzy, wodospadu, księżycowej nocy – wszystko to staje się czytelnym znakiem nadziei w sytuacjach, które zdają się ją całkowicie odbierać. I niech na zawsze tęcza pozostanie dla nas obrazem wzywającym bardziej do refleksji, niż do ideologicznej walki. A co jest Twoim osobistym odczytaniem tęczy?…

 

Ogród duszy – między rajem a niebem

08 maj

2016_05_ogrody_Jabłoń

Kwiaty i owoce mojego ogrodu, dziś i jesienią – oraz owocujące konary drzewa na ustrzyckim witrażu…

Nie znam hebrajskiego, ale w mądrej książce* wyczytałem, że słowo „ogród” występuje w Biblii w dwojakim znaczeniu – jako „gan”, czyli obfitość  zieleni odgrodzona od skał i piasków murem, tłumaczona często jako „raj” – i pardes, czyli wypielęgnowany park otaczający pałac (co w greckiej Septuagincie zostało również przetłumaczone jako „raj” – przez podobieństwo słowa do gr. „paradeios”. Tak czy owak ogród stał się synonimem wprzódy panującej harmonii i szczęścia – zaś jego zniszczenie było obrazem kary za wystąpienie przeciwko ustanowionemu porządkowi świata (Jl 2,3, Am 4,9).

Symbolika wpisana w wyobrażenia związane z ogrodem dotyczyła też pojedynczej osoby. Nawodniony ogród to człowiek zbawiony, o czym mówi Izajasz: „Będziesz jak zroszony ogród” (Iz 58,11). Podobnej metafory używa Jeremiasz: „Życie ich będzie podobne do zroszonego ogrodu” (Jr 31,12). Co ciekawe, ogród stał się też, jak dobrze wiemy, miejscem męki – przynoszących obfity owoc cierpień i ostatecznej przemiany w zmartwychwstaniu. Chodzi o słynne Getsemani. W ogrodzie znajdował się przecież grób Jezusa, stąd Maria Magdalena w pierwszej chwili wzięła Zmartwychwstałego za ogrodnika.

Tak więc biblijny Adam z ogrodu wyszedł – i do ogrodu powrócił. Wszak odwieczna tradycja Jezusa zwie drugim Adamem. „Encyklopedia tradycji i legend żydowskich” podaje, że w Edenie każdy ziemski kształt ma wyryte swe odbicie. Ogród jest tu więc obrazem całego stworzenia przed jego skażeniem. Podobną klamrą spinającą początek i koniec – pierwotny raj i wyczekiwane niebo – jest „nowe Jeruzalem” w Apokalipsie, przez które przepływa krystaliczna rzeka – i w którym rosną owocowe drzewa (Ap 21,1-2). Może więc warto zanurzyć  się w naszych ogródeczkach i ogrodach z myślą o tej nieskażonej harmonii, której obraz kryje nasza podświadomość ?

* Polecam tu książkę Barbary Szczepanowicz „Rośliny biblijne”, wyd. Petrus, Kraków 2014.