RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2016

Między mieczem a ogołoceniem…

29 wrz

2016_09_MIECZ-a-CHRYSTUS

Na zamku w Sanoku: po lewej – średniowieczny miecz (na tle Michała Archanioła z mieczem). Po prawej – inna wersja tej ikony z Karpat. W środku – ogołocony Chrystus z XVII-wiecznego ołtarza.

Czasem praktykuję przypadkowe otwieranie Biblii (choć w tym przypadku w przypadki nie wierzę). ;) Takie czytania potrafiły mi już niejednokrotnie coś ważnego w życiu naświetlić. Tym razem jednego dnia w dwóch niezależnych czytaniach natrafiłem na dwa osobne wątki o mieczu. Pierwszy z Ewangelii Łukasza: I rzekł do nich: «Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?» Oni odpowiedzieli: «Niczego». «Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! (Łk 22,35-36). Drugi werset dotyczy pokoju: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową. (Mt 10,34-35).

Ostatni fragment jest dość jednoznaczny w swej wymowie. Jezus nie ma zamiaru budować jakiegoś długotrwałego pokoju na ziemi, bo świadom jest upadłej natury człowieka, która nieustannie będzie ciążyć ku konfliktom. To w naszym duchowym życiu ma nastać pokój Chrystusowy – nie w przestrzeni politycznej czy nawet rodzinnej (choć niewątpliwie dążyć do tego trzeba). Pokój zaś wewnętrzny osiągamy, gdy tylko całą duszą skłonimy się ku Dobru i Prawdzie. Bo świat i tak pozostanie skażony ciągłym konfliktem. Nawet przy obustronnie dobrej woli może dochodzić do poróżnień. Ani wspomniana tu synowa, ani teściowa, nie muszą być przecież osobami złymi – a mimo to nie potrafią dojść do porozumienia… Bardziej zastanowił mnie jednak ten pierwszy fragment Ewangelii, który zdaje się całkowicie zaprzeczać coraz bardziej rozpowszechnianej wizji Chrystusa-pacyfisty, zawsze tylko nadstawiającego drugi policzek…

W cytowanym wezwaniu Jezusa miecz występuje wespół z trzosem i torbą. Owszem, wszystkie te akcesoria mogą być tylko obrazem jakiejś duchowej roztropności. Jeśli jednak torba i trzos (pas z kieszeniami) są symbolem przyzwolenia na dysponowanie środkami materialnymi, to miecz staje się wezwaniem, by wobec zła nie pozostawać całkowicie bezbronnym. Ktoś może tu zadać pytanie o samego Jezusa – przecież nie bronił się przed męczeńską śmiercią. Ale też Jezus mówi dalej: „To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu” (Łk 22,37). Kresem jest doskonała ofiara Krzyża, która oczywiście godna jest naśladowania w wymiarze indywidualnym. Gdy jednak chodzi o obronę innych, zwłaszcza w obliczu zagrożenia złem, Jezus wzywa do uzbrojenia się w oręż. Bo czy chwytanie za broń w chwili najazdu barbarzyńców (obojętnie czy będą spod znaku półksiężyca, swastyki czy czerwonej gwiazdy), nie będzie postawą miłości wobec tych, których bronimy? Czy obojętność lub ucieczka byłaby tu postawą ewangeliczną?

 

Między bogaczem i Łazarzem. Czym jest przepaść?

25 wrz
2016_09_Łazarz i bogacz

Ewangeliarz z Echternach (1030-1050), Niemieckie Muzeum Narodowe, Norymberga

 Przyznam, że dzisiejsze czytanie Ewangelii o bogaczu i Łazarzu (Łk 16,19) zawsze mnie jakoś niepokoiło – nie żebym się miał za bogacza. Choć przecież każdy z nas może na swój sposób być tym bogaczem – i każdy ma obok swojego „Łazarza”, któremu brakuje czegoś, co posiadamy w dostatku. Ale problem dotyczy nie tylko kwestii czy dostrzegamy potrzeby innych – również tego, czy nie stajemy tu przed zbyt surową karą za nieświadomą bierność?…

Kto jednak tę karę wymierza? Bóg? Przypowieść o tym milczy. A może sam bogacz jest dla siebie sędzią i egzekutorem? W końcu ani Bóg, ani Łazarz nie odzywają się tu nawet jednym słowem – cały czas mówi tylko bogacz. Najpierw się żali do Abrahama (nie do Boga), zwracając się doń o przysługę, by posłał Łazarza z wodą, która miałaby przynieść ukojenie. Traktuje więc biedaka instrumentalnie, nadal nie zauważając w nim osoby. Myśli wciąż tylko o sobie. Abraham próbuje mu naświetlić rzeczywistość, w której się znalazł, mówiąc o przepaści, jaka ich dzieli. Ale nie mówi nic o karze ze strony Boga – jako przyczynę tej sytuacji delikatnie sugeruje bogaczowi wgląd w swoje przeszłe życie.

Tu już zachodzi w bogaczu pewna odmiana – zdaje się, że przestaje myśleć wyłącznie o sobie, prosząc tym razem o przestrogę dla swych braci. Nadal jednak traktuje Łazarza wyłącznie jako posłańca, jakby nie był on godny, by traktować go podmiotowo. Może więc ta przypowieść mówi nie tyle o niesprawiedliwości, co raczej o skutkach pychy, która każe traktować drugą osobę wyłącznie w kategoriach rzeczy, używając jej jako narzędzia? Może dopóki trwa w człowieku ta pycha, dopóty odgradza go od innych przepaść?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie

 

Znamię Kaina

16 wrz

2016_09_Kain i Abel1)    Wspomnienie raju w dzieciństwie Kaina i Abla – fragment obrazu „Adam i Ewa…”, Louise-Holandine von der Pfalz, 1660 r.   2)    Zbrodnia Kaina – fragment obrazu „Kain i Abel”, José Vergara Gimeno, XVIII w.   3)    Drugie wygnanie – fragm. obrazu „Sprawiedliwość i boska zemsta”, Pierre-Paul Prud’hon, 1808 r.

Dlaczego Bóg nie przyjął ofiary Kaina? Zawsze miałem przeświadczenie, że mit o dwóch biblijnych braciach opowiada nam o czymś więcej, niż tylko o przyczynach i skutkach zbrodni. Bo w tej kwestii jest wszystko czytelne: zazdrość, gniew, zabójstwo i przekleństwo. Mamy tu jakby powtórzenie sceny wygnania z raju: „Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!” (Rdz 4,11-12). Dlaczego jednak nie zostały przyjęte płody ziemi (praca rolnika), podczas gdy miła Bogu stała się ofiara pasterza? Czyżby to miało odwzorowywać prastary konflikt między pasterzami a rolnikami, jaki znajdujemy w sumeryjskim utworze o Dumuzi i Enkimdu?…

Odpowiedź znajdujemy w nieco wcześniejszych wersetach Księgi Rodzaju, zanim jeszcze doszło do zabójstwa – gdy Bóg zwrócił się do Kaina: „Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować.” (Rdz 4,6-7). Widzimy tu wyraźne zwrócenie się w stronę INTENCJI człowieka. Kain chce się Bogu przypodobać, konkurując o Jego względy z Ablem. Widząc zaś, że tę konkurencję przegrywa, postanawia pójść na skróty, by za wszelką cenę unicestwić pierwszeństwo brata. Jednak kara, jaka spotkała Kaina, zdawała się wyprzedzać samo zabójstwo. Wszak karą było już samo nieprzyjęcie ofiary. Bóg ma wgląd w nasze intencje, a one stają się podstawą do wartościowania naszej ofiary. To podstawowa wymowa tej opowieści, jaka się przede mną odsłoniła.

Ale nawet gdy już sercem człowieka zawładną złe intencje, Bóg wychodzi naprzeciw – tutaj widzimy to w próbie podjęcia przez Boga dialogu z Kainem. Ten jednak się odwraca, nie wchodząc w żywą relację. Był pierworodnym synem i stał wyżej w hierarchii (rolnictwo symbolizowało wyższą rangę niż pasterstwo) – tym bardziej więc rościł sobie prawo do przyjęcia własnej ofiary. Była ona jednak pozbawiona gotowości na podjęcie żywego dialogu z Bogiem, co sprawiało, że sam fakt ofiarowania stawał się instrumentalnym podejściem do Stwórcy. Ofiara Kaina miała charakter magicznego okiełznania żywiołów, przez co w swej wymowie stawała się pogańska i pełna pychy. Mit o Kainie to dla mnie wspaniała nauka o ludzkiej naturze, w której doznajemy nieustannych zmagań o zachowanie czystej intencji, do której nieustannie zakrada się myśl interesowna i podpowiadająca „masz takie samo prawo”…

 

Światła i cienie jungizmu

10 wrz

2016_09_dziuplaJaworowe dziuple mają w sobie coś tajemniczego – dają schronienie, ale też inspirują do wędrówki w świat metafor…

Koncepcja nieświadomości Carla Gustawa Junga pociągała mnie zawsze swą metaforyczną siłą, która obrazuje życie człowieka na podobieństwo drzewa z szeroko i głęboko zapuszczonymi korzeniami, mrocznymi dziuplami (które też udzielają schronienia) i wysoko rozpostartymi konarami świadomości. Korzenie czerpią ze wspólnych warstw kolektywnej nieświadomości. W pniu następuje ekspresja (ujawnienie) tego potencjału – z zachowaniem sfer nieuświadomionych (dziuple), zaś w koronie drzewa otwiera się nasza świadomość, która jest pochodną słońca i ziemi (pierwiastka duchowego i materialnego). Jaźń stanowi całe drzewo, którego widocznym aspektem jest „ego” (pień i korona). Nieuświadomione podziemie może generować w człowieku kompleksy i nerwice – ale i one mogą pełnić ważną rolę, wyrywając człowieka z kolein jałowego konformizmu. Są niczym dziuple, które powstają po zranieniach i wypróchnieniach, ale prowadzą do zabliźnienia, tworząc kryjówki przed światem.  To takie moje, laickie i osobiste postrzeganie Junga przez pryzmat nasuwających się skojarzeń. Spójrzmy jednak na to, jak sam to wszystko formułował…

Choć kontynuował szkołę psychoanalizy Freuda, odcinał się od freudowskiej obsesji na punkcie seksualności. Przenosząc pojęcie „energii psychicznej” na płaszczyznę znacznie szerszą, obejmującą nieświadomość indywidualną, zakorzenioną w nieświadomości zbiorowej, która tworzy podglebie do rozwoju kultur. Badania swe często opierał na introspekcji, wnikając we własne pokłady nieuświadomionych uczuć, emocji i popędów – czuł jednak duży respekt do tej ukrytej sfery, pisząc o niej: „gdybym zatrzymał się na swych emocjach, to treść nieświadomości rozerwałaby mnie na strzępy”. Dlatego wizualizował te wędrówki w obrazach i rzeźbach. Człowiek znajduje się w nieustannej interakcji między świadomością a nieświadomością – napięcie między tymi potencjałami generuje „energię psychiczną”. Charakter zachodzących tu procesów zależy od „typu postawy” – introwertycznej lub ekstrawertycznej, co widoczne jest również w różnicach kulturowych (np. ekstrawertyzm Zachodu i introwertyzm Wschodu). Na typ postawy nakładają się cztery funkcje psychiczne: myślenie, uczucie, intuicja i doznanie. Spośród nich zawsze tylko jedna jest wiodąca, dwie spełniają funkcje pomocnicze, a czwarta tonie w nieświadomości. Kombinacje te prowadzą do ośmiu charakterów człowieka.

Wreszcie wytworem nieświadomości kolektywnej są archetypy, które przejawiają się w postaci rozlicznych symboli i personifikacji, wizualizując bardzo bogatą treść tego, co ukryte. Jestem wdzięczny Jungowi, że potrafił przezwyciężyć freudowskie schematy i seksualne uproszczenia, ale i u niego zaczynają się pojawiać nadmierne redukcje treści do płaskich psychologizmów, które sprawiają wrażenie, że choć Jung śmiało zmierzał w kierunku transcendencji, to w ostatecznym rozrachunku próbował z nią uniknąć konfrontacji. Jego teoria niesie jednak wiele pozytywnych konsekwencji dla współczesnej psychologii. Słynny polski psychiatra, Antoni Kępiński, dzięki koncepcji Junga zwrócił uwagę na powiązania schizofrenii z filozoficznym poszukiwaniem. Zaś Ronald Laing poszedł jeszcze dalej, postulując konieczność traktowania schizofreników nie jako przedmiot leczenia, ale jako podmiot prowadzenia – przechodząc od ich degradacji do inicjacji (chodzi o inicjację ich wewnętrznej drogi). Terapeuta miał im odtąd w tej trudnej drodze towarzyszyć, pomagając oddzielać rzeczywistość wewnętrzną (nieświadomość) od zewnętrznej (obiektywnie uświadomionej). Psychoza daje dostęp do doświadczeń transcendentalnych – pisał Laing – a pełnię zdrowia można odnaleźć tylko w tymże transcendentalnym wymiarze. Natrafiamy tutaj na niezwerbalizowane, aczkolwiek wyraźne związki jungizmu z okazjonalizmem Malebranche’a – ale to już temat na osobną myśl, wkraczającą w przestrzeń wiary.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Psychologia, Życie