RSS
 

Archiwum - Listopad, 2016

Przemoc i uwodzenie…

26 lis

2016-11_Kierkegard_przemoc-uwodzeniaUstjanowa – krajobraz w otoczeniu Ustrzyk Dolnych opiera się jeszcze komercyjnej przemocy. Ale jak długo?

Musiałem na jakiś czas zamienić przyjazne Ustrzyki na wielkomiejską aglomerację. Przesiadając się w Krakowie z dworca PKS na pociąg, trzeba przejść przez labirynt galerii. Miejsce dla mnie koszmarne pod wieloma względami i strasznie hałaśliwe – tak w zakresie dosłownym, jak i komercyjnym. Sam już nie wiem, który hałas gorszy – ten z głośników, czy ten, który niczym wiertło drąży naszą psychikę nachalnością reklam. Nie wspomnę już o tragicznej katastrofie w zakresie planistycznym – myślę tu o kompletnym zeszpeceniu architektonicznego układu starej zabudowy dworca, poczty i ciągu secesyjnych kamienic. Ta urbanistyczna plomba stała się dla mnie pomnikiem ku czci przemocy. Niestety takich koszmarków w przestrzeni miejskiej znajdujemy coraz więcej. Dochodzi do tego natłok  wielkopowierzchniowych bilbordów (które, o zgrozo, pojawiły się też na wjeździe do Ustrzyk) – wzmacniają one poczucie hałasu i chaosu, utrudniając zatrzymanie się nad tym, co faktycznie piękne…

Kierkegaard widział sens życia w estetycznym uwodzeniu, najwyższy jego pułap upatrując w tragedii. Kiedy analizuję nasze życie, rozciągnąłbym jego myśl na znacznie szerszy zakres, obejmując całe zanurzenie w tym świecie, które – podobnie do  wspomnianej reklamy – opiera się na dwóch aspektach: UWODZENIU i PRZEMOCY. Uwodzić można przedmiotem (jak w reklamie), można też ciałem (w sferze estetyki – np. w tańcu lub w postaci wulgarnej – w pornografii), przedmiotem uwodzenia może być władza (np. w polityce) lub iluzja prawdy (w rozmaitych ideologiach). Kierkegaard pisał, że uwodzenie musi prowadzić do tragedii – i ta dopiero staje się szczytem piękna. Przyczyną jest niewierność, która niejako wpisana jest w naturę takiego „uwodzenia”. Artysta tworząc swe dzieło, po jego ukończeniu szuka innej inspiracji, niejako zdradzając je na rzecz dzieła „jeszcze większego”. Podobnie jest z uwodzeniem w każdej innej postaci.

Warto zauważyć, że każde z tych uwodzeń prowadzi nie tylko do niewierności, ale także rodzi różne formy przemocy – czasami werbalną, innym razem fizyczną, ale też taką, która realizuje się w całej naszej postawie wobec życia. Zaś przemoc, jak też sama jej potencjalność, budzi LĘK – tak jak uwodzenie wyzwala POŻĄDANIE. Mam tu na myśli bardzo różne, czasem ukryte i niebezpośrednie formy tych reakcji, wychodzące daleko poza pospolite znaczenie pojęć. Lęk i pożądanie to dwa najbardziej destruktywne żywioły naszego wnętrza. Jedyną odpowiedzią, która może im zaprzeczyć, jest DOBRO – ono nigdy nie jest podatne na uwodzenie, bo nie stanowi ODBICIA wartości iluzorycznych, będąc niewyczerpalnym ŹRÓDŁEM jedynej rzeczywistości. A dobro wyrasta właśnie na podłożu ciszy, tj. autentyczności i wewnętrznego wyciszenia – uwolnionego od zgiełku tego świata, budowanego na wzniecaniu lęków i pożądań. Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić świat pełen wdzięku i żywej relacyjności, pozbawionej iluzji i przemocy – świat bez „reklam”?…

 
 

Święto Niepodległości – i kartka sprzed stu laty…

10 lis

kartka_11-11-1916

W przeddzień Święta Niepodległości chciałbym podzielić się taką familijną ciekawostką. To kartka, którą znalazłem na swoim strychu – wypisana dokładnie 100 lat temu.

Wysyłana z zaboru austriackiego do rosyjskiego (z uwagi na dość śmiałą treść przypuszczam, że w tym czasie Niwka nie znajdowała się już w rosyjskich rękach)… Myślę, że Nadawca nie miałby za złe, że to udostępniam – poczytajcie sami (pisownia oryginalna)… Kto dziś takie kartki do rodziny pisze?

Bielany, 10.listopada 1916 r.  Droga Stasiu, życzymy Ci wszelkiej pomyślności, byśmy w jak najbliższej przyszłości mogli odetchnąć po trudach wojennych, choć jeszcze mamy dużo pracy, bo moskal szelma bardzo się rozplenił, nie traćmy jednak nadziei. Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi i będziem znów Polskim Narodem (a nie ruskimi poddanymi). Niech żyje wolny Naród Polski!

Całuje Was wszystkich – Józef z Żoną

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Tradycja

 

Z Orfeuszem i żoną Lota – przez polską historię i współczesność

05 lis

2016_11_OrfeuszOrfeusz pośród naszych hucułów w Wołosatem… ;)

Mity mają to do siebie, że domagają się nie tylko ciągłej reinterpretacji (stanowiąc tym samym wiecznie otwartą księgę), ale też można je odczytywać na coraz to nowych płaszczyznach. Wczoraj myśli moje krążyły wokół bolesnych losów Polski. Nie mogąc się od nich uwolnić, wziąłem do ręki mitologię, natrafiając po raz kolejny na opowieść o Orfeuszu i Eurydyce. Kiedy Orfeusz wyruszył do hadesu po zmarłą żonę, pięknem swej gry zdołał przekroczyć wszystkie możliwe granice. Mógł ją wszak wyprowadzić z czeluści śmierci pod jednym warunkiem  - nie odwracając się za siebie. Wiemy, że nie wytrzymał – spojrzał na ukochaną, tracąc ją bezpowrotnie.

Gdy jako naród próbujemy żyć wyłącznie tęsknotą za utraconą potęgą i dawnymi dziejami – historią minioną, więc pozostającą w podziemiu naszej świadomości – popełniamy błąd Orfeusza. Konsekwencje również mogą być podobne. Ulegając hipnotycznej mocy przeszłości, wypadamy z kolein teraźniejszości, tracąc również swą przyszłość… Oczywiście historia Polski jest tak bogata, że warto  do niej sięgać – w budowaniu narodowej tożsamości, w uczeniu się na błędach minionych pokoleń. Ale poddając się biernie narodowej nostalgii, nazbyt często wpadamy w pułapkę MELANCHOLII lub MEGALOMANII – to dwa bieguny równie silnej destrukcji, osadzone na tej samej planecie, którą można by nazwać „Orfeusz”.

Podobnie rzecz się ma z biblijnym mitem o Locie i jego żonie – motyw niemal identyczny, choć tutaj nie Lot obejrzał się za siebie, lecz jego żona. Nie wiemy, co nią powodowało – bardziej ciekawość czy może tęsknota? Gdy spojrzała na zgliszcza Sodomy, zamieniła się w słup soli – co również odczytuję jako obraz przywiązania do tego, co było – ale także symbol pozostania w świecie materii, pozbawionej ducha. Dziś zapewne można by w tym wymiarze wskazać wiele takich „żon Lota” – podobnie jak wiele po świecie chodzi „Orfeuszów”.  Kto wie, jak często sam nim bywam?

 

Żywa pamięć – mowa cmentarnych kwiatów…

01 lis

2016_11_miechunka-chryzantema-rozaMiechunka w Dukli, chryzantema w Równi i róża – jako ornament i żywy kwiat w Olszanicy

Wspominałem już o wymowie dzikich roślin na naszych cmentarzach. A jakie żywe i sztuczne kwiaty podczas zbliżających się Świąt pojawiają się na bieszczadzkich grobach? Spójrzmy na kilka z nich…

ASTER – symbol życia, radości, życiodajnego słońca, a tym samym również Chrystusa. W greckim nazewnictwie astra utrwaliło się odniesienie do gwiazdy. W wymiarze świeckim odniesienie do optymizmu, w chrześcijańskim – do nadziei odkupienia. Aster należy do najpóźniejszych kwiatów, szczególnie jego dwa dość wysokie (do 1,5 m) amerykańskie gatunki, które tylko z tradycji zwane są astrami, bo należą do innego rodzaju – Symphyotrichum, o kwiatach niebieskich, fioletowych różowych lub białych – z żółtymi środkami – to aster nowoangielski (popularnie zwany „michałkami” lub „jadwiżkami” i nowobelgijski, zwany „marcinkami” – ich kwiaty pojawiają się jeszcze w listopadzie. Dużą rolę na cmentarzach odgrywają też astry chińskie, włączone również do innego rodzaju – Callistephus.

CHRYZANTEMA – w dniu Wszystkich Świętych pojawia się na niemal wszystkich naszych cmentarzach – w kontekście świeckim jako wyraz pamięci i przyjaźni. Warto też wspomnieć o pradawnym, chińskim odniesieniu chryzantemy do słońca, które w chrześcijańskiej symbolice zbiegło się z odwołaniem do Chrystusa, w czym odnajdujemy podobieństwo do wymowy astrów. W ostatnich dekadach chryzantema stała się jednym z najpowszechniej stosowanych kwiatów żywych i sztucznych.

KALIA – podobnie jak lilia, stanowi symbol czystości, ale także łaski Bożej i zbawienia. Dawniej również magiczny gwarant ochrony przed ukąszeniem (które w kontekście duchowym można odnieść do pokusy i grzechu). Kwiat jest na grobach stosowany w postaci ciętej i sztucznej – często w kompozycji z wieńcami. Coraz częściej kalia obecna jest na zdobieniach dużych zniczów lub innych ornamentów w zdobnictwie cmentarnym.

MIECHUNKA – choć ten bardzo popularny późną jesienią motyw zdobniczy jest owocem, nie kwiatem, warto o niej wspomnieć. Intensywnie pomarańczowe, owoce stanowią bardzo czytelny symbol duszy – ich barwa odnosi się do miłości, a trwałość – do wieczności. Pusty owoc wypełniony jest powietrzem, co zawsze było kojarzone z treścią duchową, a lekkość kierowała myśl ku eteryczności duszy. Istota wypełniona Bogiem, a jednak zachowująca swą tożsamość, którą symbolizują  delikatne nasionka.

NIEŚMIERTELNIK, czyli kocanka ogrodowa – oznacza zachowane w pamięci, trwałe piękno i dobro, a także trwały ból po odejściu zmarłej osoby. W Indiach kwiaty kocanki ogrodowej składane są w ofierze bóstwu śmierci i zniszczenia, Śiwie, uosobieniu przemijalności świata materialnego – stąd Śiwa przedstawiany jest często jako niszczyciel wędrujący po cmentarzach. Choć hinduistyczne odniesienia dalekie są kulturze bieszczadzkiej, to jednak nieśmiertelniki na trwałe wpisały się również w tutejsze odniesienia do przemijania czasu i umierania tego co piękne.

 RÓŻA – kwiat przede wszystkim znany z symbolizowania żarliwej miłości (często trudnej i bolesnej) – w wymowie religijnej związana z Maryją. Kopaliński pisze, że róża oznaczać może serce, mistykę, uduchowienie, modlitwę, natchnienie – ale także śmierć w kontekście zmartwychwstania, miłości i wieczności [Ko 1999]. Pojawiała się często na starych nagrobkach polskich, czasem również żydowskich (tam szczególnie róża dzika). Jako ornament najpowszechniej obserwować ją można na współczesnych pomnikach katolickich.

WRZOS – roślina o silnych konotacjach romantycznych, wnosząca w naszą kulturę nostalgiczne odniesienia do przemijania, w poezji – do spóźnionej miłości, a także bezpośrednio do śmierci, jak u Kasprowicza: Wrzos na granitów podścielisku szarem / spełznął na wieki („Z chałupy”).  Wrzos często też łączył symbolikę śmierci z tematyką żołnierską – i taką wymowę znajdziemy u bieszczadzkiego poety, Jana Szelca: Usłyszałem galop jego krwi / Potem palec położył na ustach / i zakwitły wrzosy… („Ostatnia szarża”). Częściej jednak się zdarzają odniesienia do nostalgii, również tej związanej z bezpowrotnym przemijaniem bieszczadzkiego świata, jak to czytamy u Wojciecha Maciaszka: W pajęczynie ścieżek, wśród wrzosów / Połonin i otryckich skał / Szukam historii bieszczadzkich losów („Obłoki bieszczadzkie rydwany”). W Bieszczadach dzikie wrzosy rosną na opuszczonych pastwiskach i przesuszonych torfowiskach – na cmentarzach nie pojawiają się prawie wcale, z wyjątkiem tych sadzonych.

ZIMOWIT – jedne z najpóźniej kwitnących kwiatów, pojawiające się nawet w listopadzie, stanowią wyraz nadziei na to, że dusza może rozkwitnąć o każdej porze życia. Kwiat ten symbolizuje także proces przejścia przez próg śmierci. Zimowit jest rośliną silnie trującą, co może tylko wzmacniać tę wymowę. W świeckim odczytaniu symboliki kwiatów oznacza melancholię, a także cudowną przemianę ducha.

 
 

Duchy starych cmentarzy – czyli wśród mrocznych bylin…

01 lis

2016_10_bodziszek_czosnek_GROBY BODZISZEK żałobny (kirkut w Rymanowie – po lewej i w środku) oraz CZOSNEK niedźwiedzi (cerkwisko w Rabem – po prawej)

Ziołorośla na starych cmentarzach

Na opuszczonych cmentarzach tworzy się najczęściej ruń sięgająca po uda lub po kolana, którą oprócz wysokich traw tworzy bujna okrywa ziół. Szczególnie częste są tutaj: bniec – biały i czerwony, bodziszek żałobny, dziurawiec czteroboczny, czosnaczek pospolity, czyściec – leśny i błotny. Czasem pojawia się łan czosnku niedźwiedziego, tudzież widać pojedyncze bukiety goryczki trojeściowej lub wzniesione kwiatostany dziewanny pospolitej.

Nazwa BODZISZEK ŻAŁOBNY przywodzić może jednoznaczne skojarzenia, a jeszcze gdy spojrzymy na kolor kwiatów i zwrócimy uwagę, z jak zadziwiającą regularnością ten kwiat pojawia się na starych cmentarzach, trudno nie odnieść wrażenia, że w ręku bieszczadzkiej natury jest szczególnym atrybutem spontanicznej żałoby i wyrazem żalu po tych co odeszli.

W ludowym ziołolecznictwie DZIURAWIEC zajmował szczególne miejsce, jako tzw. fuga demonum, czyli ziele odstraszające wszelkie demony, przez co na cmentarzach gwarantował wieczny odpoczynek. Być może wynikało to z wyciszającego działania tej rośliny, zaliczanej do tzw. ziół księżycowych. W rejonie Wołkowi bukiet suchego dziurawca wkładano pod poduszkę na lepsze spanie – a jak wyżej już wspomniano, sen miał dość mocne związki skojarzeniowe ze śmiercią.

Powszechnie znanym środkiem odstraszającym złe moce, zwłaszcza te wampirycznego pochodzenia, był CZOSNEK – nie tylko ten zwyczajny, znany z ogrodów, ale również dzikie gatunki należące do tego rodzaju, do których w Bieszczadach należał głównie CZOSNEK NIEDŹWIEDZI . A wiadomo, że w Bieszczadach wiara w wampiry była głęboko zakorzeniona. U Bystronia o zwyczajach na dawnej Rusi czytamy: „Czosnku, jak i sil­niej pachnących ziół, bylicy i innych, używa się przeciw urokom i czarom”. Niewykluczone, że dlatego właśnie spotykamy gdzieniegdzie czosnek niedźwiedzi na cmentarzach…

W czasach zarazy, szczególnie gdy ludy całej Europy, również Karpat, były dziesiątkowane przez cholerę lub inną śmiertelną zarazę, Bojkowie używali nalewkę z „tendiawy”. W Bieszczadach była to GORYCZKA TROJEŚCIOWA, której przypisywano nie tylko działanie lecznicze, ale również magiczne, bo też o wywołanie wszelkiego moru zwykle siły nieczyste podejrzewano. Kto wie, czy nie sadzono wtedy również tych roślin jako talizman ochronny przed straszną śmiercią?…

Przedchrześcijańskie odniesienia zachowała DZIEWANNA, która pierwotnie była przez Słowian nazywana „divizną” – w pojęciu potocznym kojarzoną ze słowem dziewa, czyli niezaślubiona jeszcze dziewczyna. Natomiast właściwa, indoeuropejska etymologia tutejszego rdzenia „div” to bóg (u Słowian przybrał on postać demona). „Divo” znaczy też tyle co „pierwotny” lub „żyjący w naturze”, zaś „divy” to słowiańskie rusałki.

Dziewanna była stosowana jako amulet do odstraszania zła, ale także stała się już bardzo wcześnie wyrazem dziewictwa, szczególnie tego związanego z ubóstwem. Stare przysłowie „Gdzie rośnie dziewanna, tam bez posagu panna” być może kojarzone było z zaniedbanymi i jałowymi łąkami, gdzie dziewannę łatwo spotkać. Ale zaniedbanie mogło dotyczyć również spraw duchowych – gdy dziewanna wyrosła na grobie, wierzono, że dusza dopominała się modlitwy. Jan Kasprowicz pisał: A ci się wloką, / świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką, / jak cienie, / do wielkiej się wloką mogiły… / Za nimi DZIEWANNY / z piaszczystych wydm się ruszyły.

Poniżej: DZIEWANNA pospolita w Tarnawie i na panieńskim grobie po stronie słowackiej Bieszczadów, z prawej – na obrazie Malczewskiego

2016_10_dziewanna_GROBY

 
 

Metafizyczna wymowa cmentarnych CHWASTÓW…

01 lis

2016_10_Powój (Lesko-Zarszyn)Powój oplatający nagrobek (Zarszyn – po prawej) – i motyw z powojem obejmującym krzyż (Lesko )

Czy zastanawialiście się, jakie konotacje ze śmiercią i życiem wiecznym kryją się w dzikich roślinach, które towarzyszą naszym cmentarzom? Ich odniesienie do śmierci bywa mniej lub bardziej uświadomione, a czasem pozostające zupełnie poza świadomą percepcją. Wkraczają między groby i na same mogiły zupełnie bez udziału człowieka, a jednak ich znaczenie wśród cmentarnej zieleni jest niebagatelne. Obecność tych roślin wnosi ze sobą niezwykle bogatą i ciekawą symbolikę. Warto więc przyjrzeć się bliżej tym cmentarnym „chwastom”, które znane są nam również z innych siedlisk, jednak tutaj - występując w określonej kompozycji i kontekście, nabierają wymowy szczególnej.

W pierwszej części tej wędrówki przez roślinną bramę do świata zmarłych spróbujmy zajrzeć na całkiem ŚWIEŻE MOGIŁY, gdzie spotkamy rośliny jednoroczne i pionierskie byliny, takie jak np. podbiał, wilczomlecz, powój czy gorczyca. Zakorzeniają się one w śmierci zarówno poprzez dosłowne wrośnięcie w gliniasty kopiec grobu, jak również przez wniknięcie w kulturowy korzeń naszych skojarzeń.

WILCZOMLECZ, bywał u poetów symbolem dzikości, która w sposób szczególny wpisana jest w bieszczadzki krajobraz – tak oto pisze Ryszard Kulman w wierszu „Bieszczadzka ikona Koszeli”.: Ach! oczy Preczystej / Rozpamiętując je w krzyku orlika / na bezludnym Haliczu odnajdę / w sierści wilczomlecza… Ale też za sprawą trującego działania miał wilczomlecz zawsze odniesienia do mrocznych stron związanych ze śmiercią.

POWÓJ występuje też jako woal zapomnienia na dawnych pogorzeliskach, o czym czytamy „Traktacie moralnym” Czesława Miłosza: Cóż dał tak zwany świt pokoju? / Ruinom trochę dał POWOJÓW… W podobnym znaczeniu powoju używa Janusz Gołda w „Studni”, pisząc o śladach bieszczadzkiej zagrody: Jej okrągłą cembrowinę, porośniętą / teraz kosmatką i POWOJEM, postawiono / z łupanego piaskowca łączonego gliną…

PODBIAŁ znajdował w poezji konotacje sentymentalno-melancholijne, jak w wierszu Kasprowicza – „O mojej wybranej – Ojczyźnie”: Krwawnikiem zarosłe ich brzegi, / Łopianem i PODBIAŁAMI: / Spieszą z Nią razem, topole / Ślą swe westchnienia za nami. U tego samego poety podbiał znajdował też bezpośrednie odniesienia do grobów – np. w „Krzaku dzikiej róży”: Kopcie samotny grób / tam, na tej miedzy szerokiej, / gdzie rośnie łopian chropawy, / gdzie srebrne lśnią się PODBIAŁY…

GORCZYCA za sprawą tekstów biblijnych stała się wyrazem ukrytej wielkości – nawiązał do niej Jezus w swej przypowieści: „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach” (Mt 13,31).

W innym miejscu Jezus przyrównał jej nasionko do prawdziwej wiary: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!”, a byłaby wam posłuszna (Łk 17,6). Chodziło oczywiście o inny gatunek, niż nasza mizerna gorczyca polna – tak czy owak, pochylając się nad tą roślinką, warto przypomnieć sobie odwieczne skojarzenia z jej nazwą – jak wielki plon duchowy przynieść może jej małe ziarenko…

ciąg dalszy nastąpi