RSS
 

Między mrokami puszczy a horyzontami połonin…

09 maj

2017_05_Wyspa_MertonPuszcza może stać się dla nas duchową pułapką, skłaniającą do szukania własnej dziupli – albo wyzwaniem, by wspiąć się ponad nią, na połoninę, doświadczając pełnej wolności…

Otrzymałem dziś zamówioną paczkę z książkami Thomasa Mertona – w tym słynną „Siedmiopiętrową górę”, którą zostawiam sobie na później. Zacząłem od skromniejszej pozycji – „Nikt nie jest samotną wyspą”. Merton dotyka w niej dramatu człowieka rozpiętego między pragnieniem sensu - wpisanym w jego najgłębszą istotę – a pokusą odczytania powszechnego bezsensu, uwalniającego od wszelkiej odpowiedzialności i oferującego narkotyk dryfującej beztroski. W każdym z nas tkwi ta ziemia obietnicy i wygnania – wyboru na przemian kreatywnej wolności i ślepego determinizmu. Ten stan bolesnego rozdarcia może się stać zarówno źródłem przekleństwa, jak i błogosławieństwa…

Rozdarcie to stanowi wyzwanie dla każdego z osobna, bo nikt nie może ci powiedzieć, kim jesteś – i co stanowi sens twego istnienia. Ty także nie możesz nikogo w tym zakresie oświecić. To droga, którą musimy podjąć samotnie, choć wiedzie nas ku rozdrożu, otwierającemu przed nami drogę na pustynię zbielałych kości lub ku pustelni, która jest pełna żywej obecności. Bo każdy z nas po części taką pustynią i pustelnią żyje – czasem przeważa jałowy piasek, innym razem samotność przeradza się w poczucie szczególnej więzi… Jednak wrodzone lenistwo skłania nas często do szukania łatwych rozwiązań. Staje się to idealną pożywką dla rozmaitych konformizmów, pustych pasji czy ideologii. Dlatego, jak pisze Merton: „optymistyczny pogląd na życie nie zawsze jest owocem cnoty”.

Wchodząc w dziewiczą puszczę pytań, które rodzą się z najgłębszych lęków i pragnień, stajemy przed dwoma rodzajami niepokoju. Pierwszy rodzi się z braku odpowiedzi na postawione pytania – to stan naturalny, prowadzący na połoninę nadziei, z której otwiera się szeroki horyzont wiary. Drugi jest mroczną czeluścią, jaka może usidlić człowieka, zanim podejmie jakikolwiek krok ku górze. To lęk przed samym stawianiem pytań. Grzęźniemy wtedy w bagnie lenistwa lub rozpaczy. Albo wchodzimy w zmurszałą dziuplę, tworząc z niej własny dom - strojąc się w pióra mądrych pytań i błyskotliwych odpowiedzi. Ale sytuacja bagna i dziupli, stanowić może również zarodek nadziei – jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku…

 

 
Komentarze (8)

Napisane przez w kategorii Duchowość, Filozofia, Życie

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Daniel

    10 maja 2017 o 21:10

    Ponownie oceniam biorąc za punkt odniesienia Dekalog.
    Powyższy tekst mówi nam jak mamy żyć, ale w Dekalogu też to mamy. Obowiązkiem naszym jest pracowitość, bo tylko co siódmy dzień jest odpoczynkiem. Praca ma być twórcza czyli sensowna, bo takie są dzieła stworzenia dokonane przez Boga. Kierunek tej aktywności też jest wyznaczony, a mianowicie jest nim życie, jego ekspansja.
    Narzędzia jakimi mamy do dyspozycji, to mądrość, czyli myślenie i to kierunkowe związane z miłością do Boga, jego Królestwa i dzieła stworzenia.
    W obliczu tej wiedzy powyższy tekst staje się bardziej zrozumiały.

     
    • ~Beszad

      11 maja 2017 o 07:36

      Masz rację, że bez aktywności ani rusz – jednak jest w niej też pewna pułapka: jeśli praca nie będzie poprzedzona żywą relacją (kontemplacją i duchowym dialogiem), może się stać zagłuszaczem sumienia i najgłębszego pragnienia. Taki stan nazywamy pracoholizmem. Ponadto myślę, że jeśli mówić o kierunku tej aktywności, powinna być to raczej „impansja”, niż ekspansja. :)

      Użyłem świadomie tego neologizmu, wyrażającego wnikanie w głąb (siebie, drugiego człowieka i samego Boga) – bo cała reszta aktywności (ekspansja ku światu) wydaje mi się kierunkiem, który wiąże nas z rzeczywistością zjawisk, nie pozwalając się od niej oderwać.

       
      • ~Daniel

        13 maja 2017 o 05:33

        Wydaje mi się, że w padasz w pułapkę, z której kontemplacja ma cię wydobyć. A mianowicie dotyczy ona także sumienia i najgłębszych pragnień. To tak jakbyś chciał oczyścić komputer pozostawiając wirusa w systemie operacyjnym.
        Albo inny sposób wyjaśnienia. Wyobraź sobie, że rozbierasz miasto na podstawowe elementy, cegły i ponownie go w „trzy dni” odbudowujesz. Będzie takie samo, bo w stanie nie naruszonym pozostała w twojej głowie idea tego miasta. Istotą kontemplacji jest wymazanie, rozebranie tych podstawowych wartości, sumienia, najgłębszych pragnień, fundamentów naszego „ja”. Powstaje puste miejsce (wysprzątany dom), aby zapełnić go nowymi pragnieniami. Dopiero wtedy z tych samych cegieł możemy zbudować zupełnie inną Jerozolimę. My nadal istniejemy w tym samym składzie chemicznym, ale nasze sumienie umarło, a w te miejsce wszedł Bóg.

         
        • Anonim

          13 maja 2017 o 07:51

          Danielu, co według Ciebie jest tym „wirusem”? Życie wewnętrzne, stawiane ponad zewnętrznym? Sumienie? Pragnienia? Bo nie bardzo rozumiem.

           
          • ~Daniel

            13 maja 2017 o 08:10

            Wyższy wymiar życia czyli Bóg. Jeżeli człowieka zamknie się w swoim sumieniu, pragnieniu to wtedy nie ma już miejsca dla Boga, który nie jest zbudowany (tak jak my też) tylko z jednej komórki.

             
            • ~Beszad

              13 maja 2017 o 12:12

              Jak to z jednej komórki? Czy to jakaś metafora?

               
              • ~Daniel

                13 maja 2017 o 18:01

                Każda komórka naszego ciała jest zaznaczona kodem DNA i jej czas żywota oraz funkcje są ściśle określone. Zmutowana staje się komórką rakową i niszczy swojego żywiciela, a tym samym samą siebie. W organizmie komórki nie mogą funkcjonować w swoim interesie, a dla dobra całego ciała. Takie samy wymogi dotyczą Boga i Jego Królestwa. Nikt w nim nie może działać w swoim interesie i posiadać obce Bogu wartości.

                 
                • ~Beszad

                  13 maja 2017 o 18:44

                  Dobra metafora duchowej harmonii.