RSS
 

LĘKI, MĘKI i JĘKI – między rozpaczą a nadzieją…

09 lip

2017_07_Bledne_kolo (bluszcz) - Jacek Malczewski

„Błędne koło” Jacka Malczewskiego (fragment)

Trudno sobie wyobrazić człowieka pozbawionego lęku – nie strachu przed realnymi i bieżącymi zagrożeniami, ale lęku, który nie daje się tak łatwo racjonalizować. Czy lęki dotyczące projekcji zdarzeń, które są odległe lub mało prawdopodobne, należy traktować jako przejaw nerwic i innych zaburzeń? Jaką rolę odgrywają w naszym życiu? Przychodzi mi na myśli tylko jedno: lęki stanowią wyzwanie do ciągłego przebijania się przez ciasną powłokę egzystencjalnego tu-i-teraz. Bez lęku człowiek łatwo zgnuśniałby w swej próżności i lenistwie, w letargu przyzwyczajenia i samozadowolenia. Podobną rolę spełnia cierpienie – choć ono jest już znacznie bardziej osadzone w realności – a jednocześnie zanurzone głęboko w mrokach tajemnicy, wobec której próżne się staje wszelkie wymądrzanie z pozycji człowieka, który cierpienia nie doświadcza.

Cierpienie w znacznej mierze stanowi podstawę lękowej świadomości, bo zaczyna się już tam, gdzie następuje jego projekcja. Człowiek odpowiedzieć może na swe lęki, jak i na samo cierpienie, w diametralnie różny sposób: buntem lub zawierzeniem. Zgorzkniałość, narzekanie, przeklinanie – to tylko pożywka dla lęków i cierpień, które na tym podłożu jeszcze bardziej wzrastają. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek wchodzi w rolę sędziego, szukając w tym świecie sprawiedliwości – a tym samym również winowajców zła. Bo lęk i cierpienie niewątpliwie jest złem (brakiem dobra), czy – jak kto woli – jego konsekwencją. Znajdując winę w innym, popadamy w złość, a nawet w bluźnierstwo. Znajdując ją w samym sobie – w rozpacz, jeśli tylko ta wina przesłoni nam przestrzeń nadziei.

I tu przed nami odsłania się kolejne słowo-klucz: nadzieja, która wzrasta na glebie podlewanej wdzięcznością i użyźnianej poczuciem przemijalności wszystkiego, co dotyczy tego świata. Jedynym lekarstwem na chorobę potęgujących się lęków i cierpień jest więc świadomość obdarowania. Doświadczenie w życiu bezinteresownego dobra (bo dobro zawsze jest bezinteresowne), pamięć o osobach, które je przyniosły i chwil szczęścia, jakie w nas to dobro wzbudziło – to właśnie pokarm nadziei. Podobnie jak przeżycie piękna czy napełnienie duchem mądrości, stany te bywają w naszym życiu ulotne i krótkotrwałe. Niezwykle ważna jest więc ich kontemplacja i afirmacja. Dopiero duchowe zogniskowanie się na tych refleksach Bożej obecności pozwala na przeniesienie ich potencjału na realne życie. Projekcja przyszłości nastrojona wdzięcznością potrafi zachwycić jak piękny kwiat, który z czasem dojrzewa w owoc nadziei…

 
Komentarze (48)

Napisane przez w kategorii Duchowość, Psychologia

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Daniel

    10 sierpnia 2017 o 07:14

    Beszad :”Danielu, pozwól, że zadam pytanie – a gdzie w tym wszystkim jest miejsce na Dobrą Nowinę? Bo starotestamentalna wizja patriarchalna pozbawiona Ewangelii przypomina mi raczej koszary. Stary Testament jest o tyle czytelny, o ile uzupełniony ostaje żywym słowem Chrystusa – Jego życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem.”
    A co to jest Dobra Nowina?
    Wydaje mi się, że wejście do domu Ojca, do Królestwa, do Raju, to jest to na czym człowiekowi powinno zależeć.
    Ale tam nie można wnosić nic swojego. A tu ludzie chcieliby zabrać swój fotel, swoje przyzwyczajenie, wygody. Raj wyobrażają sobie, że teraz Bóg będzie spełniał ich zachcianki, a oni uduchowieni będą wpadać w błogostan. To są egoistyczne wartości samolubów. Nawet jak komuś pomagają, to chodzi im głównie o ich samych. Wtedy są dymni z siebie. Jacy oni są wspaniali, bo czynią dobrze ludziom.
    Dlatego podejrzliwie patrzę na uduchowionych ludzi.

     
    • ~Beszad

      11 sierpnia 2017 o 11:05

      Masz rację, Danielu – istnieje takie zagrożenie, szczególnie dzisiaj. Ale według mnie Dobra Nowina oparta jest w całości na MIŁOSIERDZIU. Nie znaczy to oczywiście bezwarunkowego przebaczenia, ani też odejścia od stawiania wymagań. Chodzi raczej o spojrzenie na człowieka z pozycji samego Chrystusa, który otwierał serce przed każdym, nie oglądając się na patriarchalne zależności.

       
      • ~Daniel

        12 sierpnia 2017 o 07:25

        Należy otwierać serce przed każdym, ale do niego nie wpuszczać każdego. Każdy ma możliwość wyboru i stanowić tym samym o swoim losie. Może skorzystać z zaproszenia i wejść do serca, ale wtedy trzeba samemu być czystym, a to już duża niedogodność i wymaga wyrzeczeń. Można powiedzieć, że takie zaproszenie z otwartym sercem to jest ta właśnie Dobra Nowina. Ale to jest tylko zaproszenie, a nie obligatoryjne prawo do miłosierdzia.
        Istotne jest kim człowiek chce być, a nie kim był. Bóg wybaczy wszystkie nasze grzechy pod warunkiem, że ich więcej nie popełnimy. Bóg jest przez to miłosierny, ale tylko raz. Kto świadomie go zdradzi miłosierdzia już nie zazna. Bo główną zasadą dla Boga (także dla Chrystusa) jest miłość do samego Boga czyli wierność jego wartościom, prawu. Miłość do Boga to nie miłosierdzie dla każdego, pojęte często jako dobroczynność bezwarunkowa, bo wspomagając, wzmacniając tych co nienawidzą Boga stawiamy się po ich stronie i zasługujemy wtedy na karę, i to tą dożywotnią.

         
        • ~Beszad

          14 sierpnia 2017 o 08:24

          I w tym punkcie w pełni się z Tobą zgadzam, Danielu: „zaproszenie z otwartym sercem to jest ta właśnie Dobra Nowina. Ale to jest tylko zaproszenie, a nie obligatoryjne prawo do miłosierdzia.” Tak, nie można wpuszczać do serca człowieka z jego złem – tak jak zgubna jest dzisiejsza tolerancja w zachodnim i Owsiakowym ujęciu „róbta co chceta”.

          Choć tutaj już bym się nad Twoimi słowami zatrzymał: „Bóg jest przez to miłosierny, ale tylko raz. Kto świadomie go zdradzi miłosierdzia już nie zazna.” Czy Piotr nie trzy razy się Go zaparł? Czy sam Jezus nie nauczał, że wybaczać trzeba 77 razy? (a więc bez stawiania ograniczeń, bo 7 to liczba-symbol). Problemem nie jest więc liczba, ale świadomość – żadna cyniczna gra i udawanie tutaj nie przejdzie.

           
          • ~Daniel

            14 sierpnia 2017 o 15:55

            Każdy popełnia błędy i te należy wybaczać nawet 77 razy. Są ludzie co je stale popełniają, ale taka jest ich natura polegająca na ograniczonej świadomości. Jednak oni zawsze są pod czyjąś opieką tak jak dzieci.

            Bóg karze tylko jedną grupę ludzi. Tych, którzy są głowami rodzin i tylko za nienawiść czyli celowe działanie szkodzące Królestwu. Nienawiść jest odwrotnością miłości i gdy występuje tej drugiej już nie ma. Kara polega na dożywotnie wykluczenie z Królestwa wraz z całą rodziną. To wynika z Dekalogu.

             
            • ~Beszad

              14 sierpnia 2017 o 16:08

              To bardzo ważne uściślenie, Danielu – teraz rozumiem, co miałeś na myśli. Chodzi o całkowicie świadomy i cyniczny wybór zła (nie pod wpływem słabości, lecz za sprawą pychy i w pełni zaplanowanego buntu). Biblia to nazywa „grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”. Tylko co według Ciebie znaczy „dożywotnie wykluczenie”, skoro mówimy o rzeczywistości po śmierci? Przejęzyczenie?

               
              • ~Daniel

                15 sierpnia 2017 o 07:18

                Struktura Królestwa to tylko garstka „Synów Bożych”, a większość do ludzie wymagający stałej opieki niezdolnych do decydowania o sobie, o co dopiero mówić o Bogu. Jednak należą do Boga choć nie mają bezpośredniej relacji z nim. Żyją w strukturach rodzinnych, ale opartych na autorytecie głowy rodziny mającej całkowitą władzę nad nimi. Bunt przeciwko tej strukturze wymusza na głowie rodziny wykluczenie buntownika z rodziny. Gdy nie zareaguje, jak Adam na grzech Ewy, to Bóg wyrzuci go z raju ale ze wszystkimi, których ze sobą wiąże.

                Królestwo ma budowę komórkową, podobną do obecnych sieci telefonów komórkowych. Bazy z nadajnikami to jak „synowie”. Gdzie nie ma bazy, tam nie ma sieci i łączności. Tam nie ma telefonu. Gdzie nie ma rodzin, tam nie ma Boga.

                Rzeczywistość po śmierci, to trwająca pamięć o naszym istnieniu i naszym wkładzie w potęgę Królestwa. To religie wymyśliły życie po śmierci. Czegoś takiego w Dekalogu nie ma. Natomiast jest zapis o karze za nienawiść do Boga:
                „20,5 Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.”.
                Nie mówi bezpośrednio o dożywociu, ale jak zaczniemy to analizować, to tak nam wyjdzie. W wieku ok.20 lat dojrzewamy społecznie, a tym samym do Boga i gotowi jesteśmy go wybrać. Czyli pokolenie trwa 20 lat. Trzy pokolenia 60 lat, a cztery 80 plus 20, to wychodzi ok.100 lat. Taki jest przeciętny wiek życia człowieka.
                W zapisie jest alternatywa 3 lub 4, czyli Bóg cierpliwie czeka, aż winowajca zejdzie z tego świata. Nie zabija, nie przyspiesza. To dotyczy tych, z którymi Bóg rozmawia. Z tymi, którzy zawarli przymierze.
                Synowie winowajcy nie mogą być w Królestwie, dopóki ich ich ojciec żyje. Dlatego wykluczenie dotyczy także ich.

                 
                • ~Beszad

                  16 sierpnia 2017 o 09:26

                  Danielu – próbujesz wszystko z samego Dekalogu wyprowadzić (również tajemnicę życia wiecznego), ale tak się nie da, bo przecież Dekalog był w zupełnie innym celu napisany. To była tylko podstawa do Bożej konstytucji i całego prawodawstwa. Czytanie Dekalogu bez całej lektury biblijnej jest jak bazowanie na samej preambule konstytucji, by z niej próbować wyprowadzić wszystkie prawa fizyki. Objawienie jest wielotorowe – przejawia się na kartach Biblii, ale także w całej historii Kościoła. To ono odsłania przed nami prawdziwy (nieokrojony) wymiar człowieka.

                  Właśnie czytam książkę lekarza – Rosjanina, który w czasie wojny był zmuszony do służenia Niemcom, co zmusiło go do ucieczki przed Sowietami na Zachód. Całe swe życie poświęcił badaniom zjawisk z pogranicza śmierci. Zebrał tak szeroki zasób dowodów, że człowiek może funkcjonować poza ciałem, iż trudno to dziś podważać. Dowodem żelaznym są liczne relacje tych osób w drobiazgowej szczegółowości, co się działo wokół ich ciała, gdy urządzenia rejestrowały ich śmierć. Mieli też wizję spotkania ze „Świetlistą Istotą” i bliskimi zmarłymi…

                   
  2. ~Piotr

    16 lipca 2017 o 14:18

    Cierpienie, urojenia, lęk – trochę w inny rejon rzeczywistości przejdę. Urojenia ma każdy, jednostka chorobowa jednak zaczyna się gdy człowiek przez nie już nie potrafi funkcjonować. Urojenia mogą być przekazywane w kontakcie z osobą urojeniową – po wymianie myśli. Są bardzo niebezpieczne, nawet potrafią zatruwać organizm jadem i mogą się pogłębiać przez izolację. Bywa że powodują cierpienia, lęk. Szczególnym rodzajem cierpienia jest zniesławienie które rozumiem jako wyszukiwanie win i brudów w innej osobie (przynajmniej w świecie medialnym). Wielu przez to patrzy na kogoś przez pryzmat winy a nie tego co jest w nim dobre, albo i też co było dobre. Drugim niebezpieczeństwem jest rodzaj pychy budowanie iluzji, świata dzieląc go na „my dobrzi oni źli – (media dobre i złe – słyszałem coś takiego od pewnego kapłana). To jest pewne sekciarstwo budowanie urojeń. Nie rozumiem że ludzie tego czasem nie dostrzegają.. Świat nie jest czarno biały (my dobrzi oni źli). Heroizmem jest dostrzeganie belki w swoim oku i przepraszanie ale z reguły nikt nie ma zamiaru cierpieć mocniej (przez upublicznienie) niż przez to że kiedyś popełnił coś złego, u niektórych cierpienie sumienia albo raczej zniesławienie, bywa większą karą nawet niż postępek bo ludzie bywają jak psy – wypada też się przed tym chronić. Brak obiektywizmu w spoglądaniu na siebie, podkreślę: „w przestrzeni publicznej” jest ogromny w społeczeństwie, w mediach – nie rozumiem dlaczego tak się dzieje – „media” mają „urojenia” i tego nawet nie wiedzą.

     
    • ~Piotr

      16 lipca 2017 o 14:35

      Przepraszam za nie gramatyczną wypowiedź” lepiej napisać: „W mediach polskich tworzy się urojenia”

       
      • ~Piotr

        16 lipca 2017 o 16:47

        Znajdując winę w innym popadamy w złość a nawet bluźnierstwo – mój komentarz był nie potrzebny – nie potrzebnie pisałem -zawsze broniąc kogoś przed atakiem czy zniesławieniem odwracamy kota ogonem bo wystawiamy zniesławiającemu także opinię – więc siłą rzeczy robimy to samo trochę co zniesławiający – i jak z tego wyjść aby nie napędzać błędnego koła

         
        • ~Piotr

          16 lipca 2017 o 18:13

          błędnego koła – tzn chodziło mi o to że nazywając coś po imieniu – pejoratywnie jego zachowanie czynimy trochę to co on – może się mylę

           
        • ~Piotr

          16 lipca 2017 o 20:03

          „Znajdując winę w innym popadamy…” cytowałem twoją Beszad wypowiedż – zapomniałem o cudzysłowie – moje komentarze myślę nie były potrzebne – twoje notki często nie wymagają komentarza

           
          • ~Piotr

            16 lipca 2017 o 23:17

            „cytowałem twoją Beszad wypowiedź” – miałem napisać cytowałem Beszada wypowiedź – jakieś dziwny chochlik sprawił że tak wyszło jakbym lekceważył innych komentatorów i słuchaczy – otóż nie. czytałem wasze komentarze jednak nie potrafiłbym się odnieść do niich – każdy ma inną ostrość patrzenia i wrażliwość – ja jestem za głupi na takie rzeczy

             
    • ~Piotr

      18 lipca 2017 o 02:03

      Skasuj Beszadzie moje wypowiedzi pod twoją notką- bo wprowadzają nieprzyjemną atmosferę – twojego wpisu nie trzeba komentować – moja babcia na takie rzeczy co ja wygaduję czasem mówi „przestań gadać bo to mi szkodzi” – w tym jest dużo mądrości – zanim się odezwę musiałbym to 10 razy przemyśleć – nawet człowiek nie zauważa, że jego wypowiedzi niosą coś takiego jak atmosferę (przyjazną bądż nie przyjazną, rozżalenie nie jest dobre dla zdrowia)

       
    • ~Daniel

      18 lipca 2017 o 03:54

      Nie sądzę, żeby media miały „uronienia”. One prowadzą cyniczną grę na emocjach, a tam gdzie one są zanika myślenie. Niepokojące jest to, że wraz z myśleniem zanika też miłość, która w brew pozorom opiera się na nim.
      Gdy nie ma miłości, to oddalami się od Boga, a szczególnie tego opartego na nim.

      Lęki, męki i jęki to też emocje. To ta sama droga.

       
      • ~Beszad

        18 lipca 2017 o 09:03

        Piotrze – nie kasuję Twych wypowiedzi, bo w każdej z nich jest jakieś ważne ziarno Prawdy. A słowo pisane w komentarzach trzeba czasem traktować jak słowo mówione – może chwilami bywa chaotyczne, ale ma wielką wartość przez to, że jest wydobywane na żywo, bez nadmiernego przedumania – przez to staje się bardziej autentyczne. I za to Ci, Piotrze, dziękuję.

        Przez moment zadałem sobie pytanie, jaki to ma związek z lękami i cierpieniem, ale nie trzeba było długo myśleć – ma bardzo silny związek, bo przecież nasze lęki rodzą się często na bazie potencjalnego osądu naszego słowa, postawy… Jeśli ktoś widzi mnie wyłącznie przez pryzmat moich potknięć, będzie to dla mnie koszmar, bo każdy akt dobra będzie niezauważany. Można to chyba porównać do jakiegoś przedsmaku piekła.

         
    • ~Beszad

      18 lipca 2017 o 08:55

      Te słowa warto jeszcze raz za Piotrem powtórzyć: „Wielu przez to patrzy na kogoś przez pryzmat winy a nie tego co jest w nim dobre, albo i też co było dobre.” To patrzenie na człowieka przez pryzmat zła faktycznie chyba najbardziej deformuje nasze widzenie rzeczywistości, niszcząc relacje i prowadząc do stanu niekończącej się wojny – tak w polityce, jak i w życiu osobistym.

       
  3. ~Daniel

    14 lipca 2017 o 20:45

    Wyczerpał się limit odpowiedzi jednego odgałęzienia. Zakładam następne.

    Czy można tłumaczyć Dekalog tekstami innymi? Myślę, że nie. Tak jak nie można interpretować konstytucji aktami niższego rzędu. To właśnie odwrotnie ma być. Konstytucja ważniejsza jest od ustawy. Tak samo Dekalog ważniejszy jest od tego co ogłoszono później. Jeżeli istnieje sprzeczność interpretacja musi zostać uwzględniona z duchem Dekalogu. Trzymam się tej logiki i przez to dużą część Biblii musiałem odrzucić jako wartości obce Bogu Dekalogu.
    To najbardziej skrajny sposób rozumienia Biblii, bo wymusza weryfikację całej treści pod kontem zgodności z Dekalogiem. Nie ma dla mnie znaczenia jakiej rangi prorok wypowiada objawioną prawdę skoro nie jest ona zgodna z Dekalogiem. Nie komentuję więc wypowiedzi Apostoła Pawła. Z Dekalogu nic nie można wykreślić jak i do niego dopisać. Każda zmiana powoduje jego unicestwienie i staje się on zupełnie innym prawem dającym odmienne skutki. Jak zawirusowany program komputerowy.
    Bez tego radykalnego posunięcia nigdy byśmy nie dowiedzieli się co jest wartością Boską, a co jest wartością ludzką nieprawnie przypisaną Bogu.

     
    • ~Beszad

      18 lipca 2017 o 09:07

      Chyba rozumiem, Danielu, co masz na myśli – każde przykazanie Dekalogu powinno być przedmiotem naszych zasadniczych rozważań nad danym nam porządkiem duchowym. I każde z nich kryje w sobie głębię, która domaga się ciągłego odkrywania, bo za każdym razem odsłania nieco inny aspekt problemu. Ale toi chyba nie implikuje konieczności odrzucenia innych tekstów? Przecież słowo natchnione dotyczy nie tylko samego Dekalogu…

       
      • ~Daniel

        18 lipca 2017 o 12:56

        Nie całkiem rozumiesz, ale idziesz w dobrym kierunku. Dekalog jest monolitem wartości i żadne przykazanie nie może być od niego odłączone. Analizowane oddzielnie tracą swoją pierwotną wartość. Z dobrego stają się złymi. Powiązania pomiędzy przykazaniami są tak duże, że minimalna zmiana unicestwia cały Dekalog. Dla przykładu: podobnie jest z programami komputerowymi.

        Nie odrzucam tekstów natchnionych, pod warunkiem, że nie są sprzeczne z Dekalogiem. Duża część Ewangelii nie jest z nim sprzeczna. Przypowieści Chrystusa nabierają zupełnie innego znaczenia niż im przypisano później. Nawet w Starym Testamencie jest dużo fragmentów zgodnych z Dekalogiem i wiele takich, które pierwotnie takimi były, ale z czasem zostały zmodyfikowane. Nie można więc bezkrytycznie przyjmować wszystkiego. Bóg Dekalogu jest bogiem rozumu i wręcz wymusza na nas myślenie, bez którego nie ma miłości. To Bóg, który musi wiedzieć, a nie wierzyć, że ktoś go miłuje czy nienawidzi.

         
        • ~Beszad

          18 lipca 2017 o 14:07

          Danielu, a mógłbyś wskazać, w których punktach Ewangelie są według Ciebie sprzeczne z Dekalogiem? Bo muszę przyznać, że mnie tym zaintrygowałeś. I jeszcze jedno – jeśli Bóg Dekalogu – jak piszesz – jest „Bogiem rozumu”, to gdzie miejsce dla osób upośledzonych lub po prostu mniej rozumnych?

           
          • ~Daniel

            18 lipca 2017 o 20:03

            Muszę trochę poszukać, bo dawno nie zaglądałem. Same Ewangelie najmniej odbiegają od Dekalogu.

            Co do osób mniej rozumnych, którymi z pewnością są dzieci, to jest dla nich miejsce w Królestwie. Dekalog narzuca specyficzną strukturę rodzinną, w której najważniejszy jest mężczyzna będący głową rodziny. To on ma przede wszystkim miłować Boga i strzec jego wartości. Wszyscy członkowie rodziny (poszerzonej) muszą mu być posłuszni i przez to nie koniecznie muszą znać Boga. To on jest łącznikiem z Bogiem, gdy nie zareaguje na nieprawość sam zostanie ukarany wykluczeniem z Królestwa wraz ze wszystkimi bliskimi. Sam upośledzony bez „łącznika” niestety nie może być w Królestwie.
            Królestwo spiera się więc na świadomych odpowiedzialnych silnych mężczyznach, którzy są wstanie zadbać o rodzinę i majątek mu powierzony.

            Jak bardzo to już odbiega od komunistycznej struktury rodziny pozbawionej „głowy”.

             
            • ~Beszad

              19 lipca 2017 o 09:22

              Nie mam nic przeciwko zdrowemu patriarchalizmowi – takiemu, jak to było np. przed wojną na moim Śląsku. W moich stronach dziadkowie byli głowami rodziny, dbając o utrzymanie i mając ostatnie słowo w sprawach życia moralnego. Nie znaczy to jednak, że byli despotami – przeciwnie. To ich żony, a moje Babcie, najbardziej dyrygowały wszystkim w domu i najwięcej miały zawsze do powiedzenia. :) Dziadek był jednak tą ostatnią ziemską instancją, do której można się odwołać.

              Jak więc widzisz, Danielu, daleki był to model od komunistycznej wizji „rodziny pozbawionej głowy” – jak to określiłeś). Czuję jednak wewnętrzny sprzeciw wobec uzależniania od tej głowy rodziny zbawienia wszystkich innych. Tu już nie chodzi o jakąś demokrację, ale o elementarny wymiar sprawiedliwości i osobowego podejścia do każdego człowieka. Bez tego pewne osoby byłyby traktowane przez Boga instrumentalnie, a przecież Bóg jest dla nas jedynym wzorem miłości.

               
              • ~Daniel

                19 lipca 2017 o 19:25

                To zupełnie inny patriarchalizm. Rodzina należy do Boga, a „głowa” zarządza ją, ale jako własność Boga. Wszystko co rodzina posiada i jej członkowie należą do Boga. Nie może „głowa” być niesprawiedliwa dla nikogo, a tym bardziej traktować instrumentalnie. Ma być dobrym gospodarzem i pomnażać dobro.
                Przy tym nie można zapominać, że Bóg także karze tych co go nienawidzą, a kara ta polega na wykluczeniu z Królestwa.
                To głowa rodziny realizuje wartości Boga w rodzinie. Jest tak jak Bóg, jest Synem Bożym.

                 
                • ~Beszad

                  8 sierpnia 2017 o 14:20

                  Dobrze to ująłeś, Danielu – istnieje tu jednak rozdźwięk między tym, co realne a idealne. Wiemy dobrze, że głowa w życiu ziemskim nie zawsze pełni rolę głowy – czasem bardziej przypomina pięść, innym razem brzuch czy inną część ciała… ;) Różnie z tym bywa i w związku z tym nie zawsze układ patriarchalny można uznać za uprawniony.

                  Nieco inaczej patrzę też, Danielu, na tajemnicę Synostwa Bożego. Wcielenie jest dla mnie przede wszystkim rzeczywistością mistyczną – i w tym zakresie nie ogranicza się do porządku społecznego, ale ma wymiar głównie wertykalny, na wzór wieży (ja-Bóg niepojęty) lub studni (ja-moja dusza, której dno zanurzone jest w Bogu). Oczywiście obydwa te wymiary spełniają się również w relacji do drugiego człowieka (ale nie tyle w relacjach społecznych, co raczej indywidualnych).

                  Owo WCIELENIE tanowi więc żywą relację między człowiekiem a Bogiem, a także między naszym JA-immanentnym a JA-transcendentnym… Więcej na ten temat możesz poczytać w dzisiejszym moim wpisie na śląskim blogu: http://www.ajnfart.blog.pl

                   
                  • ~Daniel

                    9 sierpnia 2017 o 17:25

                    To z Dekalogu dokładnie wynika jaki ma mieć kształt rodzina. Można z tym nie zgadzać się ale to oznacza wybranie innego Boga. Nie da się pogodzić obecnego modelu rodziny narzuconego przez państwo z boskim. Coś trzeba wybrać, bo dwóm panom nie można służyć.

                    Niestety, nie ma w tym żadnej duchowości, która najbardziej Tobie odpowiada. Struktura Królestwa musi być dokładnie zbudowana i funkcjonować jak szwajcarski zegarek. Nie ma tu miejsca na słabość i dlatego kobietom trudno zostać głową rodziny. Bo miłość do dziecka może stać silniejsza od miłości do Boga, a to ona jest podstawą Królestwa. Głowa rodziny musi reagować na każdy występek i w przypadku nienawiści wykluczyć z rodziny nawet własnego syna.

                     
                    • ~Beszad

                      9 sierpnia 2017 o 21:18

                      Danielu, pozwól, że zadam pytanie – a gdzie w tym wszystkim jest miejsce na Dobrą Nowinę? Bo starotestamentalna wizja patriarchalna pozbawiona Ewangelii przypomina mi raczej koszary. Stary Testament jest o tyle czytelny, o ile uzupełniony ostaje żywym słowem Chrystusa – Jego życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem.

                       
  4. ~Daniel

    10 lipca 2017 o 17:42

    Ciekawe jaką miał nadzieję Chrystus wiedząc, że przed nim cierpienie i śmierć?
    Może liczył, że w ostatnim momencie Ojciec zmieni swoją wolę, tak jak to było z Abrahamem. Czy miał nadzieję czy bezgranicznie poddał się woli Ojca? Nie sprzeciwił się jednak woli Ojca i z pokorą znosił cierpienie.
    Zastanawiam się wtedy: ilu współczesnych jest wstanie stawić czoło cierpieniu i nie cofnąć przed śmiercią. Chyba nikt, bo to samoluby żyjący tylko dla swojej wygody napełnieni nadzieją na własne szczęście i dobrobyt

     
    • ~Beszad

      10 lipca 2017 o 18:12

      Miło Cię znów „widzieć”, Danielu. Myślę, że świadomość Chrystusa jako człowieka była taka sama jak nasza – tzn. mógł przyjąć drogę buntu lub zawierzenia. Wybrał tę drugą. Nie dysponował wiedzą Boga. Przyjął krzyż z pokorą, co nie znaczy, że nie było w tym nadziei. Przeciwnie – myślę, że cała perspektywa krzyża musiała być w niej zanurzona, aby Jezus potrafił ją udźwignąć. Nadzieja to świadomość, że cierpienie i śmierć nie mogą nigdy stanowić rzeczywistości ostatecznej.

       
      • ~Daniel

        11 lipca 2017 o 04:41

        Nie zastanawiałem się nigdy nad nadzieją, aż do dziś. Myślę, że nadzieja jest tak jak dobro ściśle związana z bytem, którego dotyczy. Inna jest więc dla pojedynczego człowieka, inna dla jego rodziny i inna dla jego narodu.
        Ten sam człowiek uczestniczy w tych trzech nadziejach, ale one są zupełnie różne.
        Jeżeli chodzi o Chrystusa, to moja teoria mówi, że miał i musiał mieć tylko jedną nadzieję, Boską. Stał się przecież Bogiem łącząc się z nim jako człowiek. Te połączenie wymagało zrzeczenia się swego jestestwa, swego ciała, swoich przyjemności. Nie mógł mieć więc żadnych dylematów poddając się cierpieniu i nieprawdą jest to co piszą w Ewangeliach, że je miał. Pisali je przecież ludzie na podstawie własnych wyobrażeń.

         
        • ~Beszad

          11 lipca 2017 o 09:19

          Ewangelie pisali apostołowie oraz świadkowie tamtych czasów, więc chyba jednak są bardziej wiarygodne, niż nasze, współczesne wyobrażenia. Gdyby zaś Chrystus miał tylko boska naturę, nie mógłby być Żywym Pomostem, bo między człowiekiem a Bogiem pozostałaby nadal przepaść nie do pokonania.

          Zastanawiałem się kiedyś, co znaczy tytuł Syn Boży – w kontekście synostwa, jakie wszyscy posiedliśmy i wobec wyjątkowości tego tytułu, za który Jezusa ukrzyżowano… I wiesz co? Nieodparcie myśl moja biegła w stronę Plotyna i jego emanacyjnej koncepcji, przejętej przez szkołę neoplatończyków. Otóż w każdym z nas przejawia się Boża obecność – niczym światło rozlane w kosmosie bywa raz jaśniejsze, innym razem ledwo zauważalne.

          W tym znaczeniu wszyscy jesteśmy synami Bożymi. Ale jest tylko jeden Syn (z dużej litery), który niczym słońce jest pełnią światła – należąc do świata materii (jak Słońce zbudowane z plazmy), stał się też źródłem światła dla otaczających planet. Stąd wzięły się wyobrażenia Chrystusa-Słońca z pierwszych wieków (nie znano jego kosmicznej natury, a jednak symbolika była niezwykle trafiona).

           
          • ~Daniel

            11 lipca 2017 o 19:55

            Potencjalnie każdy z nas może stać się Synem Bożym. Wystarczy tylko wybrać Boga i przyjąć tylko jego wartości.
            Oczywiście mam na myśli Boga Dekalogu, który oparty jest na miłości. To ona w symbolice ma kolor żółty, a nie czerwony.
            To co niby jest proste, to dla człowieka jest bardzo trudne do zrozumienia, a co dopiero w wykonaniu.
            Królestwo Boga Dekalogu składa się z samych Synów Bożych, a tak praktycznie sam Bóg z nich się składa.

             
            • ~Beszad

              11 lipca 2017 o 21:42

              Danielu, powiem więcej – w Biblii jest nawet napisane „bogami jesteście” (Psalm 82,6). Oczywiście, tak jak w przypadku „synów bożych” odnosi się to do pojęć innego rzędu – dlatego powyżej rozróżniłem obydwie kategorie synostwa.

               
          • ~artur*

            12 lipca 2017 o 18:26

            Beszad napisał : „Zastanawiałem się kiedyś, co znaczy tytuł Syn Boży – w kontekście synostwa, jakie wszyscy posiedliśmy i wobec wyjątkowości tego tytułu”.

            Beszadzie a mnie zastanawia to cz zrównywanie tytułu „Syna Bożego” z Bogiem Jedynym nie wymaga czasem przeegzaminowania? Holenderski teolog Klaas Runia twierdzi na przykład , że określenie Syn Boży w naturalny sposób prowadzi do w pełni rozwiniętego – ortodoksyjnego dogmatu , który mówi, że Jezus jest Bogiem Synem. Co jednak oznacza w Biblii bycie Synem Bożym? Czy tytuł Syn Boży użyty w Nowym Testamencie oznacza że Jezus jest preegzystującym Bóstwem ? Czy pojęcie Syn Boży które uzywa Stary Testament przestało obowiazywać z chwilą kiedy pojawił się Jezus i objawił swoje Synostwo? Czy Staro Testamentowe Syn Boży a Nowo Testamentowe Syn Boży to dwie różne nauki o Synostwie Bożym? Czy dla Żydów tytuł Syn Boży sugerował kiedykolwiek to , że ten który się tak tytułuje jest Bogiem – jest Bóstwem ? Czy Jezus mówiąc że jest Synem Bożym twierdził przez to że jest Bogiem? Pospieszna krytyka faryzeuszy jakoby Jezus rościł sobie bycie Bogiem, przez używanie tytułu Syn Boży, wymaga przeegzaminowania. Należałoby się zastanowić czy aby rzeczywiście ich wniosek był trafny i czy Jezus mówiąc o sobie Syn Boży został właściwie przez nich zrozumiany. Bardzo ważne jest by nie stracić Staro Testamentowego rozumienia Synostwa Bożego. Pozbawienie tego tytułu jego Biblijnego kontekstu i nadanie mu znaczenia nie znajdowanego w Piśmie świętym mogło by okazać się zgubne. Jezus posługiwał się Starym Testamentem aby poprzeć swe nauczanie. Nie odwoływał się do filozofów Greckich itp. Ta metoda – posługiwania się Starym Testamentem pozwoliła mu obalić argumenty Żydowskich przywódców religijnych kiedy ci fałszywie oskarżali go o przywłaszczania Bożych prerogatyw. Jezus odpowiedział im że błędnie zrozumieli swoje własne Pisma.

             
            • ~Daniel

              13 lipca 2017 o 07:10

              Ciekawe, ale to same pytania.
              Można nie używać terminu „Syn Boży” i nie odpowiadać na dylematy Starego czy Nowego Testamentu. Ta konstrukcja połączenia z Bogiem wynika z samego Dekalogu, a dokładnie z pierwszego przykazania ” Nie będziesz mieć cudzych bogów obok Mnie”. Oznacza ono, że nie będziesz mieć cudzych wartości obok Moich. Tym samym jedyne wartości są wartościami Boga i wtedy nie ma żadnej różnicy miedzy Nim, a jego Królestwem składającym się z ludzi. To właśnie ci ludzi sami wybrali tego Boga z takimi wartościami wyzbywając się wszystkich pozostałych. Nie może być wiec różnicy w ich działaniu opartym na tych wartościach a działaniem samego Boga. Na tym właśnie fundamencie zbudowane jest pojęcie Syna Bożego, który jest częścią Boga. Zabicie jednego Syna Bożego nie uśmierca Boga, bo On w trzy dni odbuduje swoje Królestwo. Nie ma to nic wspólnego z doktryną chrześcijańską nieśmiertelności jednostki ludzkiej.

               
              • ~Beszad

                13 lipca 2017 o 13:51

                Danielu, często się różnimy w spojrzeniu na Biblię (pięknie się różnimy – mam taką nadzieję) :) – ale w tym przypadku oddałeś co do joty moją myśl, że aż za Tobą powtórzę: „Ta konstrukcja połączenia z Bogiem wynika z samego Dekalogu, a dokładnie z pierwszego przykazania ” Nie będziesz mieć cudzych bogów obok Mnie”. Oznacza ono, że nie będziesz mieć cudzych wartości obok Moich. Tym samym jedyne wartości są wartościami Boga i wtedy nie ma żadnej różnicy miedzy Nim, a jego Królestwem składającym się z ludzi.”

                Dziękuję Ci za te słowa, bo lepiej bym tego ująć nie potrafił.

                 
                • ~artur*

                  13 lipca 2017 o 17:49

                  Co macie na myśli mówiąc wartości ? Wartości Boga to ? Czy np buddyści mają wartości Boga? a jeśli tak to czy jest różnica między nimi a chrześcijanami ?

                   
                  • ~Beszad

                    13 lipca 2017 o 21:15

                    Świat wartości jest uniwersalny, stojąc ponad religiami – a zarazem przenikając każdą religię. Oczywiście nie czyni to w żaden sposób religii równoprawnymi.

                     
            • ~Beszad

              13 lipca 2017 o 13:47

              Stawiasz niezwykle ważne pytania, Arturze – przez długi czas się z nimi zmagałem. Aż do momentu, gdy uświadomiłem sobie, że radykalna separacja między pojęciami Bóg i człowiek wynika z grzechu i ukrycia się Adama wśród rzeczy. Jak pisał któryś ze średniowiecznych myślicieli (chyba Eckhart) – dusza człowieka zakorzeniona jest w Bogu i gdyby ją oczyścić z grzechu, stałaby się w takim samym wymiarze Bogiem, jak korzeń jest częścią drzewa. Izraelici słusznie spuścili zasłonę wokół Świętego Przybytku, czując że nadmierne spoufalenie byłoby bluźnierstwem. Jednak wygnanie z raju człowieka było też wygnaniem Boga w krainę religijnej abstrakcji. I właśnie Jezus jako Syn Boży zdołał to przezwyciężyć, przekraczając radykalną separację między realnością człowieka a rzeczywistością Boga.

              Jezus nie potrzebował głosić, że jest Synem Bożym (nawet nakazał milczeć złym duchom, które wyganiał z człowieka, a które próbowały to rozgłaszać). Do czasu zmartwychwstania możemy wskazać tylko kilka momentów w których nie zaprzeczył, że Nim jest (Synem, nie Bogiem). Jednak jak czytamy w Piśmie – Syn w stosownym czasie obejmuje pełne dziedzictwo Ojca. Ale wyrodny byłby to syn, gdyby tego od ojca żądał. Stąd u Jezusa widzimy pełnię pokory – aż do śmierci krzyżowej. Termin „synostwo” możemy więc rozumieć jako swoisty rodzaj POMOSTU, który umożliwia nam ponowne objęcie Ojca po długim czasie niewidzenia i zepchnięcia Go do świata abstrakcji.

              Jezus był też do końca bogobojnym Żydem – dlatego, jak słusznie zauważasz, mógł przeciwstawić faryzeuszom tylko to, co dla nich było najświętsze: Torę i pozostałe Księgi, na których opierała się cała ich mądrość.

               
              • ~artur*

                13 lipca 2017 o 18:20

                Pięknie to napisałeś Beszadzie. Zastanawiam się jednak wciąż nad tym dlaczego, jeżeli Jezus głosił, że jest Synem Boga, z punktu widzenia judaizmu było to traktowane jako bluźnierstwo? Dlaczego deklaracja: „jestem synem Boga” było bluźnierstwem dla słuchających Jezusa Żydów ?

                Stary Testament nazywa ‚synami Boga np anioły, albo np Izrael jest Synem Boga . Skąd zatem myśl, że w ustach Jezusa wyrażenie to miało jakieś nowe, nadzwyczajne znaczenie? Czy Jezus mówić że jest Synem Boga sugerował materialność, fizyczność Boga, ucieleśnienie Boga , który – według judaizmu – jest bezcielesny – ponadfizyczny?

                 
                • ~Beszad

                  13 lipca 2017 o 21:22

                  Arturze – myślę, że często grzęźniemy w dualizmie ducha i materii – stąd problem w pojmowaniu synostwa. Ale spróbujmy zatrzymać się przy samej materialnej (biologicznej) stronie tego pojęcia – być synem to przecież dziedziczyć geny ojca. Syn staje się więc jakimś przedłużeniem ojcowskiej tożsamości. Myślę, że jest w tym jakiś kierunkowskaz, jak mamy traktować pojęcie „Syn Boży” w kontekście czysto duchowym. Jeśli uznajemy związek Boga ze światem widzialnym, to odrzucenie bezpośredniego związku z tą rzeczywistością byłoby aktem wygnania Boga poza naszą rzeczywistość do jakiegoś rezerwatu ducha. Tymczasem, jak wiemy, duch przenika wszystko co materialne.

                   
                  • ~Daniel

                    14 lipca 2017 o 08:07

                    Od dawna szukałem kogoś, kto będzie to rozumiał. W końcu jesteś, Adamie. Nie jestem już sam …

                    Tą tematyką zajmuję się od przeszło dziesięciu lat i nadal nie widzę końca. Tak obszerny w swojej treści jest Dekalog.
                    Nie dziwię się więc, że trudno zrozumieć treści idące niemal pod prąd przyjętym stereotypom.

                    Wracając do tematu i Syna Bożego, to znów trzeba wrócić do pierwszego przykazania. Mówi ono jeszcze coś więcej, a mianowicie Bóg Dekalogu (odróżnienie od innych) dopuszcza istnienie innych bogów. Tym samym nie uważa siebie za jedynego boga, bo gdyby tak uważał to pierwsze przykazanie musiałoby brzmieć inaczej np. „Nie ma innych bogów oprócz Mnie”. To kompletnie nie pasuje do pojęcia boga trzech największych religii świata, które uznają, że istnieje tylko jeden Bóg. Każda jednak rozumie go inaczej, a tym samym bóg stał się roszczeniowy do wszystkiego co ludzie sobie wyobrażą. Takim bogiem jest Absolut. Bóg nielogiczny, który nie istnieje.

                    Po co o tym piszę? Bo Chrystus wybrał sobie za boga właśnie Boga Dekalogu,a tym samym musiał wyrzec się Boga Abrahama, Izaaka, Jakuba. Gdy tego nie zrozumie się, to nie da się zrozumieć reszty.

                     
                    • ~artur*

                      14 lipca 2017 o 10:17

                      Danielu dlaczego Paweł Apostoł napisał w liście do Koryntian „nie ma bożka na świecie i że nie ma żadnego innego boga, oprócz Jednego” ? ! 1 Koryntian 8,4

                       
                    • ~artur*

                      14 lipca 2017 o 10:20

                      Beszadzie . Co miał na myśli Paweł pisząc w 1 Koryntian 8,5 „Bo chociaż nawet są tak zwani bogowie, czy to na niebie, czy na ziemi i dlatego jest wielu bogów i wielu panów” ?

                       
                    • ~artur*

                      14 lipca 2017 o 10:22

                      Polecam do wglądu na temat Jedynego Boga . link poniżej należy zaznaczyć i wkleić w wyszukiwarkę

                      docelu.biblia.info.pl/jpp/jpp03.htm

                       
                    • ~Beszad

                      14 lipca 2017 o 17:55

                      Danielu – trudne jest to, co piszesz, do przyjęcia z ortodoksyjnie chrześcijańskiego punktu widzenia, bo sugerować to może istnienie dwóch demiurgów: Jahwe i Chrystusa, Boga zakonu i Boga Dekalogu. A przecież nie można ich sobie przeciwstawiać – tak jak nie przeciwstawiamy sobie widocznej i niewidocznej strony Księżyca, które stanowią dwa aspekty jednej całości.

                      Zazdrość i roszczeniowość Boga zawsze stanowiła dla mnie jeden z problemów najtrudniejszych do przezwyciężenia. Aż w końcu zdałem sobie sprawę, że przypisywane Bogu cechy są tak naprawdę projekcjami naszego umysłu. Gdy mówimy Bóg spojrzał, rozgniewał się, wyraził zazdrość – mówimy o zwierciadle, w którym się sami przeglądamy.

                      Ale to nie znaczy, że przez to pomijamy Boga – bo On jest w nas. Trzeba tylko odfiltrować całą antropomorfizację, aby odnaleźć w tym odbiciu Boga żywego. Tak właśnie zacząłem czytać Pismo – i dzięki temu coraz bardziej ono do mnie trafia.

                       
                    • ~Beszad

                      14 lipca 2017 o 18:05

                      Arturze – myślę, że ilekroć mowa w Biblii o wielu bogach lub o „cudzych bogach”, tylekroć chodzi o „stwarzanie” tych bóstw w duszy człowieka. Oczywiście ten akt „stworzenia” ma miejsce wyłącznie w naszej wyobraźni – a także w naszym świecie wartości. Jeśli dla kogoś bogiem jest pieniądz, to będzie nim w sposób realny, ale tylko w jego osobistej płaszczyźnie relacyjnej. Stąd te pozorne rozbieżności w tekstach biblijnych. Człowiek może mieć wiele bogów (z małej litery), ale będą to zawsze jego urojenia – co nie znaczy, że urojenie jest czymś, co nie istnieje. Ono zachodzi w wewnętrznej przestrzeni, która ma silny wpływ na całe życie. Myślę, że przytoczone przez Ciebie fragmenty doskonale to ilustrują.