RSS
 

Archiwum - Październik, 2017

Czereśnie i nagie kości – świat ducha i materii

09 paź

2017_10_Kirschenmadonna_duch_i_materia

Obraz Tycjana „Madonna z czereśniami” – w kontekście przemijalności, którą symbolizują kości, rozwłóczone po bieszczadzkiej puszczy…

Kiedy nasz umysł, do szpiku przesiąknięty dyktaturą empirycznego myślenia, zderza się z rzeczywistością cudu, próbuje go na swój sposób racjonalizować. I często przyjmujemy do swej świadomości tylko taką postać zjawisk nadnaturalnych, która pozwala się jakoś wytłumaczyć na płaszczyźnie naturalizmu – czy to zbiegiem okoliczności, czy siłą nieznanych jeszcze fal i form energii, czy też przełamaniem bariery czasoprzestrzeni – wszystko jednak zgodnie z prawem fizyki. Dzieje się tak dlatego, że założyliśmy bezwzględny prymat materii nad światem ducha. Świadomie lub podświadomie traktujemy sferę duchową jako pochodną materii lub przynajmniej jako arenę równoległą, która musi uwzględniać to, co zachodzi na płaszczyźnie fizycznych zjawisk, bo tylko od nich zależy jej wiarygodność. A co by było, gdybyśmy tę zależność odwrócili? Gdyby to świat materii uczynić jedynie ekspresją ducha – na wzór wyświetlanego na ścianie filmu?

Dzisiejszej nocy miałem dziwny sen. Był bardzo krótki, lecz niesamowicie wyrazisty – do tego stopnia, że jeszcze teraz widzę jego poszczególne kadry w najdrobniejszych szczegółach (co raczej się nie zdarza, bo moje sny zwykle szybko rozpływają się we mgle). A śnił mi się rzymski cesarz – właściwie nie wiem, po czym poznałem w nim cezara, skoro była to jakaś bezkształtna masa zmurszałych kości, tu i ówdzie porośniętych mchem. Nagle paskudna czaszka, schowana w miednicy szkieletu, przemówiła do mnie, żądając dokonania mordu na swym przeciwniku. Czaszka wyszczerzyła swe pożółkłe zęby w szyderczym  śmiechu, dając mi do zrozumienia, że niewykonanie polecenia jest równoznaczne z wyrokiem śmierci na mnie samym, po czym wysunęła się z tej obrośniętej mchem miednicy, unosząc się w górę, niespodziewanie wysoko, na swej smukłej, kościanej szyi. Zostałem sam w poczuciu sytuacji bez wyjścia. Wtedy przykuł moją uwagę świerk, który obficie owocował …czereśniami. Na ten widok zapomniałem o swym położeniu, usilnie zastanawiając się, co to ma znaczyć. I nagle, jeszcze we śnie, wszystko stało się jasne!

Cesarz jest symbolem przemijającej władzy i ziemskich zależności. Czereśnie to dla mnie wyraz miłości i nadziei związanej z Maryją (pierwszy obraz, jaki mi się z nimi skojarzył, to „Madonna z czereśniami” Tycjana – poniżej). A to, że czereśnie rosły na świerku to oczywiście cud, dokonany w kontekście życia wiecznego (świerk). Sytuacje bez wyjścia pojawiają się tylko tam, gdzie myślimy po ziemsku, podporządkowując swe życie duchowe „cesarzowi” tego świata. Zależność odwrotna: gdy życie ziemskie zaczynamy widzieć tylko z perspektywy ducha (jako pochodną rzeczywistości duchowej – nie odwrotnie), otwiera przed nami zupełnie nową, niczym nie ograniczoną perspektywę. Upiorny cesarz nie musi być obrazem realnej władzy – stanowi raczej wyraz duchowej śmierci, jaka tkwi w grzechu. Bo każdy z nas takiego „cesarza” znaleźć może w sobie samym…

 
 

Heglowska triada starej i nowej Europy

03 paź

2017_10_JESIONOd lewej: 1) sędziwy jesion w Caryńskiem, 2) próchniejący pień jesionu na wołosackim cmentarzu, 3) odbijające pędy na pniu pod cerkwią w Stefkowej.

Chwilami odnoszę wrażenie, że cały ten radykalny podział, jaki dziś w Europie (a jeszcze bardziej w Polsce) obserwujemy na płaszczyźnie ideowej i politycznej, przypomina heglowską triadę. Pierwotną tezą były kultury przypisujące sobie prawo do zabijania w imię przyjętych przez siebie wartości. Antytezą stał się paradygmat ofiary – aby dać się zabić za wartości, w które się wierzy. Ta antyteza realizowała się w niezłomnej postawie wobec wielkich totalitaryzmów. Syntezą takiej dziejowości staje się konieczność unicestwienia w sobie imperatywu wszelkich wartości, dla których dotąd mordowano i za które się ginęło. Oczywiście tak to wygląda w oczach „nowoczesnej” Europy…

Czy jednak cała ta obłąkana triada nie jest wytworem chorej wyobraźni? Wszak na zmurszałym pniu takiego świata wyrastać już mogą tylko wyniszczające grzyby nihilizmu lub śluzowce krótkotrwałego hedonizmu. Główny zrąb życia zaczynają więc stanowić formy pasożytnicze (korzystające z tlących się jeszcze przejawów życia – tu i ówdzie gasnących idei) oraz saprofityczne, które w sposób już ostateczny rozkładają próchno materii organicznej, redukując je do składników gleby. Jedne i drugie stają się pożywnym i bogato zastawionym stołem dla różnej maści drapieżników, coraz liczniej napierających do wnętrza butwiejącego pnia, by w końcu posiąść go na własność.

W przyrodzie cenimy sobie takie siedliska, dopatrując się w nich ekosystemów o wysokim wskaźniku bioróżnorodności. Jednak schodząc z tej metafory na poziom realnego społeczeństwa, utopią byłoby żywić nadzieję na własny rozkład. Tutaj już nie ma bezstronnego obserwatora – są tylko uczestnicy szekspirowskiego dramatu, wystawianego pod tytułem „zjeść czy być zjedzonym?” A odpowiedzią na tak postawione pytanie jest coś, co w całym tym zgiełku nie wszyscy potrafią dostrzec: nowe pędy ducha, odbijające od zmurszałego pnia, a czerpiące soki ze starych korzeni. Za kilka lat to właśnie one staną się młodym drzewkiem, a za kilka dekad wszystko pogrąży się w ich cieniu. To one staną się wyznacznikiem nowego porządku.