RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Aksjologia’

Między pychą a cieniem istnienia

30 maj

2017_05_kości-przemijanie-pokoraJaki ślad został po minionych światach? Buki mnogością rąk wzniesione ku niebu – lub w dramatycznej ekspresji zdeformowane? Czasem kość zabieleje… Iluzje stabilności doraźnego bytu.

Pokora jest źródłem naturalności - pycha czyni człowieka sztucznym. Pokora żyje nadzieją, że niedoskonałość pełnią jest w Chrystusie. Stąd łatwo zadowala się zwyczajnością. Pycha goni za czymś nadzwyczajnym, szukając czegoś, co dotąd nie zaistniało. Jak pisał Merton: Człowiek używający dóbr tego życia z prostotą i wdzięcznością przyczynia się bardziej do chwały Bożej, niż nerwowy asceta, którego niepokoi każdy szczegół własnych wyrzeczeń.” Ascetyczna neuroza przejawia się często w postaci dostrzeganych wszędzie pokus, które miałyby przenikać całe stworzenie na podobieństwo sideł, na każdym kroku zastawionych na człowieka. Takie podejście tworzy groteskowy obraz świata i Stwórcy. Obraz, który dla jednych staje się powodem do porzucenia wiary, jako zbioru naiwnych mitów wzniesionych na bagnie pierwotnego lęku, dla innych zaś jest przyczyną religijnych obsesji i chorego rygoryzmu.

A przecież już sama opowieść Księgi Rodzaju wskazuje nam prawdę podstawową, że świat został stworzony nie jako mroczna dżungla, lecz raj – sama natura nie może więc być skażona złem. To tylko jej postrzeganie stało się mocno zniekształcone. Dlatego można powiedzieć, że choroba grzechu pierworodnego nie wniknęła w istotę bytu, lecz w sferę ludzkiej relacyjności. W niej trzeba szukać takich pojęć, jak piekło, czyściec czy niebo – te formy rzeczywistości nie mogą istnieć na zewnątrz relacji, ale w samym jej rdzeniu. Psychologia mówi nam, że złodziej zawsze będzie widział w drugim człowieku złodzieja, kłamca – kłamcę, a morderca – mordercę. Właśnie to staje się mechanizmem skażenia naszej relacyjności, od której trudno się uwolnić nawet po śmierci, bez zanurzenia w pokorze i ufności. Wracając do metaforyki raju, ten sam owoc może nam dziś przypominać o grzechu, budząc w nas lęki i pożądania – ale może też w sposób piękny opowiadać o pierwotnej harmonii stworzenia.

Płynąc okrętem, widzę tylko burtę, kawałek pokładu i pozostawioną na morzu smugę – nie mogę jednak objąć wzrokiem statku. Patrząc na świat, nie widzę własnych oczu. Mogę je ujrzeć tylko w odbiciu przedmiotów lub w oczach innych ludzi. Ten paradoks bliskości dotyczy również duszy, którą mogę doświadczyć jedynie w relacjach z otaczającym światem. Słowa i czyny to smuga, którą za sobą ciągnę – która jednak już do mnie nie należy, a jej piana niebawem rozpłynie się w oceanie. I tu znów odwołam się do Mertona: „Przyczyną, dla której ludzie tak gwałtownie chcą patrzeć na siebie, zamiast zadowolić się tym, że są sobą, jest brak wiary we własne istnienie.” Tak, myślę, że to jedyne źródło potrzeby ciągłego potwierdzania swego JA w postaci przeróżnych „selfie”. Chcę doświadczać siebie w efektach swoich działań, w dorobku życia, w reakcji innych na moje osiągnięcia. Gdy jednak cień bierzemy za rzeczywistość, wpadamy w pułapkę bałwochwalstwa lub nihilizmu – raz widząc w tym cieniu nieograniczone możliwości, innym razem wpadając w głęboką frustrację, że wszystko to jedna iluzja.

 

Mistyka biało-czerwonej chorągwi

03 maj

2017_05_Biało_Czerwoni_Ustrzyki Dolne - kilka lat temu na tym bloku powiewała tylko jedna flaga – dziś widać je z góry na dół…

Według heraldycznej symboliki biel oznacza niewinność i czystość, a czerwień – męstwo i poświęcenie. Akurat jestem w trakcie lektury o kontemplacji i w tym kontekście przyszło mi na myśl, że ta prosta kolorystyka wpisuje się w samą głębię mistyki. Chodzi o stosunek akcji do kontemplacji, wdechu do wydechu. Każde duchowe działanie, aby mogło być owocne, musi być poprzedzone aktem wewnętrznego oczyszczenia – dlatego biel widnieje ponad czerwienią.

Biała barwa naszej flagi to czystość – ale w głębokim, duchowym wymiarze tej wymowy chodzi o szczególny jej rodzaj, który obejmuje wyrzeczenie się swoich przywiązań, iluzji, pożądań i chęci odwetu za wszelkie zło. To jednocześnie gotowość do chłonności wobec pełnego wymiaru prawdy i dobra. Natomiast czerwień to wkład każdego z nas w to wspólne Dobro – i w Prawdę, która ma moc wyzwalającą. Czerwień to każde słowo, każdy czyn, każda kropla krwi.

I teraz najważniejsze: gdy brakuje bieli (wycofania, oczyszczenia, chłonności na osobowy i metafizyczny wymiar dobra), pozostaje nam tylko „czerwony sztandar”, czyli propozycja własnej idei narzucanej przemocą. Kiedy zaś poprzestajemy na tymże biernym wycofaniu, rezygnując z aktywnego kształtowania świata wartości, redukujemy biało-czerwony wymiar do nijakiej bieli – opacznie pojętej tolerancji, która de facto jest wywieszeniem białej flagi. To kapitulacja wobec każdego ataku na świat wartości.

 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Renesans tematyki wojennej czy próba przenicowania wartości?

11 lut

2017_02_RELATYWIZACJA_WINYOkładki gier i książek o tematyce wojennej (przykładowe fotografie wybrałem z internetu)

Chyba każdy już zwrócił uwagę, że z jakimś zadziwiającym nasileniem reklamowane są coraz to nowe gry wojenne z tematyką II wojny światowej. Na księgarskich półkach pojawiają się stosy książek, tych historycznych i tych beletrystycznych, których okładki epatują nazistowskimi mundurami. Nie brakuje też filmów o fenomenie niemieckiej hegemonii – czy też o dramatycznych bohaterach tamtych czasów. Przedstawia się ich w ten sposób, by w czytelniku wzbudzić empatię, a nawet próbę zrozumienia zbrodniarzy – jak też uniewinnienia tych, którzy biernie lub czynnie ich wspomagali. Nie twierdzę, że dla wielu ówczesnych obywateli „wielkich Niemiec” ten okres nie był traumą – zastanawiam się jednak, jakie są podstawy tego zadziwiającego renesansu wojennej tematyki (po 72 latach od zakończenia wojny!) – i jak dalece odbiegliśmy od jednoznacznej oceny tych czasów?

Filmowcy, pisarze czy twórcy gier komputerowych skwapliwie korzystają z zapotrzebowania na tematykę wojenną. Skąd się jednak bierze samo zainteresowanie życiorysami zbrodniarzy, siłą demonicznego zła, hekatombą ofiar i apokaliptycznym rozmiarem zniszczenia?  Czy nie powinny nas bardziej inspirować życiorysy twórców i myślicieli – budowniczych naszej cywilizacji oraz dzieła, jakie po sobie pozostawili?… Mam wrażenie, że w naszej zbiorowej podświadomości (zwłaszcza w narodach obciążonych tą bolesną przeszłością) zachodzi jakiś proces banalizacji zła. Dzieje się tak poprzez przełożenie jego metafizycznej siły na mechanizmy psychologii, ogromu spustoszenia – na fascynację strategią, poczucia winy – na różne formy usprawiedliwienia…

Rozmyciu ulega historyczna odpowiedzialność za zło – hitlerowcy, podobnie jak sowieci, coraz częściej odrywani są od ich narodowych korzeni, a ich czyny przedstawia się chętnie w kategoriach następstw uwarunkowań politycznych, społecznych czy psychologicznych. To pozwala zgrabnie żonglować rolami katów i ofiar. Sama istota winy przecieka gdzieś między palcami – trudno już w jednoznaczny sposób wskazać krzywdzicieli i pokrzywdzonych, najeźdźców i oprawców, bo wszyscy byli na swój sposób „ofiarami”. Wobec braku winnych trzeba jednak w sposób czytelny zasugerować przyczynę tego bezmiaru krzywd. W powietrzu unosi się więc fałszywy przekaz, że zło drzemie w narodowej tożsamości, stając się pochodną zbyt poważnego podejścia do honoru i patriotyzmu. Człowiek zostaje w ten sposób uwolniony od winy, która spada na tradycyjne wartości – a te, niczym ofiarne kozły obciążone grzechami ludzi, zostają wypędzone poza mury cywilizacji.

 

Między światłem a mrokiem – życiem a teatrem…

01 sty

2016_12_JASKINIAJaskinia Platona – i nasze studenckie wyprawy (Jaskinia Kryspinowska, 1989 r.)

Obserwując cienie w „jaskini Platona”, człowiek nauczył się je w sposób drobiazgowy opisywać – i na różne sposoby interpretować. Poznanie prawdy wymaga woli ODWRÓCENIA (czy też w nazewnictwie religijnym – nawrócenia) – bo tylko wgląd w rzeczywistość ukrytą za naszymi plecami daje możliwość wejścia w rzeczywistość realną. Takie „odwrócenie” pozwala na powiązanie świata iluzji z tym, co faktycznie istnieje – odkrywając źródło oglądanego dotychczas „teatru cieni” w postaci światła i żywych postaci.

Ale spojrzenie w tył nie jest procesem łatwym – zniewolonych jaskiniowców ograniczają kajdany i lęk przed mrokiem, który ich spowija po lewej i prawej stronie (odwrócenie wymaga przejścia przez ciemność). Proces ten jest aktem woli – musimy chcieć się oderwać od teatru na ścianie – trzeba też pokonać lęk przed niewiadomą i zawieszeniem całej dotychczasowej wiedzy, na której oparliśmy dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa. Wiedzy, którą czerpiemy ze świata iluzji, rzutowanej przez cienie dochodzącego z tyłu światła. Zwrócenie twarzy ku ŚWIATU, czy ku ŚWIATŁU?

Tak więc WOLA poprzedza ZROZUMIENIE – bez ryzyka spojrzenia w mrok nie ma poznania Prawdy. Człowiek w swej historii podejmował różne próby uwolnienia się z przygniatającej go sytuacji jaskiniowego zniewolenia: od porzucenia wszelkiej materialności i zanegowania bytu cielesnego (orficy, platonicy, manichejczycy), poprzez wyłączenie cierpienia (epikurejczycy) i porzucenie własnych pragnień (stoicy) lub sądów (sceptycy, cynicy) – aż po rezygnację z wszelkich wysiłków i skupienie uwagi na samym „teatrze cieni” (materialistycznie ukierunkowani agnostycy i ateiści).

Różne odpowiedzi znajdziemy też w religiach. Judaizm próbuje uwolnić się od jaskini, negując indywidualne odczucia i opierając się na prawie (drogą afirmacji światła i jego radykalnego oddzielenia od człowieka), islam robi to odrzucając osobę człowieka i wynosząc „wolę światła” ponad wszelkie dobro, buddyzm – dystansując się do realności wszystkiego (światła, cienia, jaskini i człowieka). Tylko chrześcijaństwo zdołało rozpoznać w mroku tajemnicę ZŁA (i jego skutków w postaci iluzji), zachowując świadomość realności stworzenia, a zarazem uznając nierozerwalność światła od dobra…

 
 

Przemoc i uwodzenie…

26 lis

2016-11_Kierkegard_przemoc-uwodzeniaUstjanowa – krajobraz w otoczeniu Ustrzyk Dolnych opiera się jeszcze komercyjnej przemocy. Ale jak długo?

Musiałem na jakiś czas zamienić przyjazne Ustrzyki na wielkomiejską aglomerację. Przesiadając się w Krakowie z dworca PKS na pociąg, trzeba przejść przez labirynt galerii. Miejsce dla mnie koszmarne pod wieloma względami i strasznie hałaśliwe – tak w zakresie dosłownym, jak i komercyjnym. Sam już nie wiem, który hałas gorszy – ten z głośników, czy ten, który niczym wiertło drąży naszą psychikę nachalnością reklam. Nie wspomnę już o tragicznej katastrofie w zakresie planistycznym – myślę tu o kompletnym zeszpeceniu architektonicznego układu starej zabudowy dworca, poczty i ciągu secesyjnych kamienic. Ta urbanistyczna plomba stała się dla mnie pomnikiem ku czci przemocy. Niestety takich koszmarków w przestrzeni miejskiej znajdujemy coraz więcej. Dochodzi do tego natłok  wielkopowierzchniowych bilbordów (które, o zgrozo, pojawiły się też na wjeździe do Ustrzyk) – wzmacniają one poczucie hałasu i chaosu, utrudniając zatrzymanie się nad tym, co faktycznie piękne…

Kierkegaard widział sens życia w estetycznym uwodzeniu, najwyższy jego pułap upatrując w tragedii. Kiedy analizuję nasze życie, rozciągnąłbym jego myśl na znacznie szerszy zakres, obejmując całe zanurzenie w tym świecie, które – podobnie do  wspomnianej reklamy – opiera się na dwóch aspektach: UWODZENIU i PRZEMOCY. Uwodzić można przedmiotem (jak w reklamie), można też ciałem (w sferze estetyki – np. w tańcu lub w postaci wulgarnej – w pornografii), przedmiotem uwodzenia może być władza (np. w polityce) lub iluzja prawdy (w rozmaitych ideologiach). Kierkegaard pisał, że uwodzenie musi prowadzić do tragedii – i ta dopiero staje się szczytem piękna. Przyczyną jest niewierność, która niejako wpisana jest w naturę takiego „uwodzenia”. Artysta tworząc swe dzieło, po jego ukończeniu szuka innej inspiracji, niejako zdradzając je na rzecz dzieła „jeszcze większego”. Podobnie jest z uwodzeniem w każdej innej postaci.

Warto zauważyć, że każde z tych uwodzeń prowadzi nie tylko do niewierności, ale także rodzi różne formy przemocy – czasami werbalną, innym razem fizyczną, ale też taką, która realizuje się w całej naszej postawie wobec życia. Zaś przemoc, jak też sama jej potencjalność, budzi LĘK – tak jak uwodzenie wyzwala POŻĄDANIE. Mam tu na myśli bardzo różne, czasem ukryte i niebezpośrednie formy tych reakcji, wychodzące daleko poza pospolite znaczenie pojęć. Lęk i pożądanie to dwa najbardziej destruktywne żywioły naszego wnętrza. Jedyną odpowiedzią, która może im zaprzeczyć, jest DOBRO – ono nigdy nie jest podatne na uwodzenie, bo nie stanowi ODBICIA wartości iluzorycznych, będąc niewyczerpalnym ŹRÓDŁEM jedynej rzeczywistości. A dobro wyrasta właśnie na podłożu ciszy, tj. autentyczności i wewnętrznego wyciszenia – uwolnionego od zgiełku tego świata, budowanego na wzniecaniu lęków i pożądań. Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić świat pełen wdzięku i żywej relacyjności, pozbawionej iluzji i przemocy – świat bez „reklam”?…

 
 

Istota Prawdy – przez „P” jak PERSONA

07 paź

2016_10_Gromadzyn

Prawda jest jak ta góra, którą na co dzień widzimy w prostej bryle – dopiero mgły wydobyć z niej potrafią całą złożoność rzeźby, zakrywając inne fragmenty krajobrazu, do których tak bardzo przywykliśmy… Gromadzyń.

Dwie osoby jadą na wczasy, trafiając na ten sam turnus, do tego samego pensjonatu. Po powrocie jedna mówi, że pogoda była paskudna, hotel niewygodny, a obsługa nieprzyjemna. Relacja osoby drugiej jest dokładnie odwrotna. Czy któraś z nich kłamie? Nie, bo obydwie odnoszą się do swego odczucia, na które składają się fakty, ale już wewnętrznie przetworzone. I bynajmniej nie można tu mówić, że są różne prawdy. Taka analogia nasunęła mi się dziś po rozmowie na temat pewnego filmu historycznego o tematyce biblijnej, kiedy zetknąłem się z dwiema różnymi opiniami. Pierwszy rozmówca uznał, że film był nudny i kiczowaty. Druga osoba wskazała na różnorodność interpretacji historycznych – konkludując, że skoro jest ich tak wiele i tak bardzo od siebie odbiegają, to znaczy, że wszystkie je można włożyć między bajki. Dodam, że obydwie osoby bardzo szanuję, a ich opinie były dla mnie ważne nie tylko odnośnie filmu, ale przede wszystkim dlatego, że zainspirowały mnie do rozważań nad prawdą obiektywną.

Przenosząc powyższe historie na sferę duchową, żyjemy na rożnych płaszczyznach i poziomach, wlokąc za sobą worki rozmaitych doświadczeń i uwarunkowań. Bywają więc różnice w wewnętrznej konstrukcji, balaście, położeniu i duchowej dojrzałości. Ktoś może w pewnych sprawach być ode mnie bardziej zaawansowany i wymaga już innych bodźców do dalszego rozwoju. Może też mieć inną naturę – więc co innego będzie do niego mocniej przemawiać. Albo znajdować się w innym punkcie drogi, z którego widoczne są już inne szczyty. Błędem byłoby jednak z tego wyciągać wnioski o relatywności prawdy, bo przecież uczestniczymy w tej samej rzeczywistości zewnętrznej, choć nasze położenie sprawia, że dla każdego wygląda ona zupełnie inaczej… Dlaczego Jezus milczał na pytanie Piłata „co to jest prawda?” – czyżby uchylał się od odpowiedzi, bo rozmówca nie był jej godny? A może właśnie milczenie było w tej konkretnej sytuacji najlepszą odpowiedzią? Wcześniej przecież wyraził się na temat Prawdy do swych uczniów – w słowach równie trudnych dla nich do pojęcia: „Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem” (J 14,6)…

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie: dlaczego Jezus po prostu nie spisał całej prawdy? Byłoby wtedy wszystko jednoznaczne… Może właśnie dlatego, że Prawdy nie da się zmieścić w żadnym słowie. Każda próba jej literalnego wyłożenia dałaby tylko kolejny traktat filozoficzny czy teologiczny, być może mądrzejszy niż wszystkie inne – ale nadal ograniczony miałkością słowa, które każdy rozumiałby po swojemu. Bo Prawda ma zawsze wymiar OSOBOWY. Stąd słowa „Ja jestem Prawdą…” nie są wyrazem jakiegoś egocentryzmu, ale wskazaniem na własne życie. Tak jak Jezus urzeczywistnił tę Prawdę przez całopalną ofiarę z siebie, tak każdy z nas wchodzi w Jej wymiar o tyle, o ile pełni posługę wobec drugiego, otwiera się przed nim, obdarowuje go i ponosi za niego ofiarę, znajdując tę Prawdę w postawie pokory wobec tajemnicy istnienia – i w gotowości oddania swego życia. Tylko to jest pełnym wymiarem Prawdy, której można DOŚWIADCZAĆ – nigdy nie da się jej POJĄĆ. Wkraczanie w przestrzeń dobra usuwa z nas lęki i wątpliwości. Osobowe pojęcie Prawdy na trwałe zespala ją z Dobrem, dystansując się do suchej faktografii. Bo czy prości ludzie, którzy wierzą w słodkie historie hagiograficzne, muszą być dalsi Prawdy niż mędrcy? Nie – bo właśnie ci prostaczowie wchodzą w wymiar Prawdy przez duże „P”… P jak Persona.

 

Między siatkarzami a …aniołami

18 sie

2016-08_rudbekie-anioł

Żaden kwiat i żaden owoc naszego życia nie może być na ziemi policzony. Jedynie anioły to potrafią…

Z przykrością obserwuję cały wysyp nieprzychylnych komentarzy wobec naszych siatkarzy po wczorajszym meczu. Ostra krytyka płynie tylko dlatego, że o włos ustąpili swoim mocnym rywalom. Dopóty wygrywali, nosili ich na rękach – gdy przegrali, automatycznie stali się „miernotami”, a trener – „nieudacznikiem”, który natychmiast powinien ustąpić…  Mam wrażenie, że jeszcze nie do końca potrafimy patrzeć na sport przez pryzmat PIĘKNA walki (nie tylko tej zewnętrznej), widząc w nim jedynie same punkty i medale. Gdybym mógł to zrobić osobiście, podziękowałbym naszym siatkarzom (z ich trenerem na czele) za dostarczenie sporych emocji i wspaniałego widowiska. No i za bardzo sportowe podejście do walki. Mam też nadzieję, że Stéphane Antiga będzie nadal szkoleniowcem naszej reprezentacji, bo według mnie to nie tylko dobry trener, ale także doskonały psycholog i po prostu sympatyczny gość!

Przy tej okazji znów nachodzą mnie myśli, jak bardzo nasze wysiłki, ambicje i działania nastawione są na wymierną efektywność. Jesteśmy w stanie przyznać wartość tylko tym staraniom, które zwieńczone są jakąś gratyfikacją, które pozostawiają po sobie konkretny ślad. A przecież większość naszej pracy rozpływa się w nieokreśloności. Bywają zawody, których efekt w ogóle nie jest w żaden sposób mierzalny. Bo czy po jakichkolwiek wynikach można określić wartość pedagoga, księdza, lekarza, robotnika czy sprzedawcy? Owszem, można mówić, że ten a ten jest pracowity, że to człowiek z powołania, że potrafi wiele dobrego zrobić – można to nawet podeprzeć jakimiś statystykami. Ale czy w tym wszystkim można zmieścić wartość jego intencji i włożonych wysiłków? A tym samym czy można wartościować człowieka po jakichkolwiek wynikach?

Żaden kwiat i żaden owoc naszego życia nie może być policzony czy skatalogowany, bo widzimy to wszystko jak plątaninę nici z tylnej strony haftu. Na ile ten haft jest piękny i czytelny, może powiedzieć tylko Bóg jeden – i może jeszcze anioły. Bo żaden śmiertelnik nie ma pełnego wglądu w tę materię. I niech tak pozostanie, bo to uczy pokory i ufności. To również powinno skłaniać ku radości wobec wszystkiego, w czym może przejawiać się piękno i dobro. A jedno i drugie widać tam, gdzie jawi się nieograniczony świat ludzkich możliwości i poruszające piękno relacyjności. Jedno i drugie zawarte jest również w sporcie – pod warunkiem, że nie spłaszczymy go do roli przepychanek ku urojonej wielkości, a sportowca nie zredukujemy do maszynki produkującej medale. Prawdziwy kwiat i owoc sportu pozostanie w naszej duszy, nie w żadnej tabeli wyników.

 
 

Czy różniąca się interpretacja zjawisk musi się wzajemnie wykluczać?

05 lip

2016_07_GRAD-LILIABurza i gradobicie w Wołosatem po dokuczliwym upale – i kruche piękno lilii złotogłów tuż przed burzą na Połoninie Bukowskiej…

Istnieją różne formy pamięci i historii, z których wyodrębniłbym szczególnie trzy: 1) FAKTOGRAFIĘ – powszechnie zwiemy ją historią, jej zadaniem jest obiektywne gromadzenie wiedzy o minionych wydarzeniach. Ten rodzaj pamięci wymaga maksymalnego dystansu emocjonalnego – wygaszenia wszelkich subiektywizmów i jednostronnych komentarzy; 2) WSPOMNIENIA – to również historia, tylko o charakterze bardzo osobistym. Taką historię poznajemy zwykle w naszych rodzinach lub kontaktach z osobami starszymi. Bardzo lubię czytać pamiętniki, które przeniknięte są subiektywnymi odczuciami i refleksjami – czyjeś wspomnienia wnoszą w historię coś, co pozwala nam ją na nowo przeżywać przez pryzmat konkretnej osoby. Wreszcie poziom 3) MITOLOGIA – to historia pamięci zbiorowej, często świadomie lub nieświadomie zdeformowanej, przybierającej postać metaforyczną lub mocno wyidealizowaną. Tutaj poznajemy społecznie utrwalone przekonania, pragnienia czy wyobrażenia. Mitologia nigdy nie jest kłamstwem – pod warunkiem, że potrafimy ją oddzielić od faktów.

Każdy z tych trzech poziomów historii opowiada nam jakąś prawdę, odsłaniając przed nami istotę samych zdarzeń, albo też koncentrując się na osobistych wspomnieniach lub zbiorowych wyobrażeniach. Problemem nie jest ani jednostronny subiektywizm (towarzyszący historii wspomnieniowej), ani deformacja obecna w zbiorowym idealizowaniu zdarzeń lub postaci. Prawdziwy zgrzyt rodzi się tam, gdzie próbujemy ze sobą rozmawiać, obierając za punkt wyjścia różne płaszczyzny i usiłując je sobie wzajemnie narzucać. Można to dostrzec w tak drażliwych tematach, jak stosunek do UPA czy do historii Solidarności. Ale by uniknąć niepotrzebnych emocji, które mogłyby przysłonić istotę rzeczy, weźmy przykład bardziej neutralny – dotyczący powyższych zjawisk. Ktoś powie, że ów grad jest aktem zazdrosnego Płanetnika, który zesłał gradową chmurę wraz z burzą jako wyraz gniewu za naszą niefrasobliwość. Ktoś inny wyśmieje takie tłumaczenie, starając się naukowo przedstawić proces powstawania gradu w cyklicznie wstępujących ruchach powietrza. Znajdzie się też trzeci człowiek, który westchnie, że za jego czasów stawiało się w oknie gromnicę, a bukiet lilii ofiarowało się Matce Bożej – dziś już nikt tego nie robi, więc żywioły niszczą ziemię… Czy tylko jeden z nich będzie mówił prawdę?

Przyznając rację każdej z powyższych wypowiedzi, wcale nie muszę wchodzić na grunt sprzeczności czy relatywizmu. Wystarczy, że oddzielę od siebie poszczególne płaszczyzny. Prawda mitologiczna mówi o naszych lękach i pragnieniach na sposób wierzeniowy i metaforyczny. Dojrzała mitologia staje się poezją, która odkrywa przed nami świat duchowych wartości i międzyosobowych relacji, tłumacząc w tym języku również stosunek do otaczających nas zjawisk. Historia wspomnieniowa przekazuje nam prawdę o wewnętrznym świecie minionych pokoleń – aby je zrozumieć, nie sposób pomijać ich stanu wiedzy i wyobrażeń. Nie można też oddzielać ich życiowej postawy od wiary, którą żyli. Wreszcie faktografia daje nam w miarę obiektywny opis zjawisk – ale pozbawiony emocji, pragnień i fantazji, przez co jest on uboższy o czynnik czysto ludzki… Czy można zadowolić się tylko jednym sposobem przedstawiania historii? Pytanie wcale nie jest takie abstrakcyjne, zważywszy, jak często zdarza nam się dziś wkraczać na płaszczyzny mitologii i subiektywizmu, myląc je z obiektywnym stanem rzeczy. Ulegamy wzajemnym niechęciom, potęgując narodowe i religijne napięcia, nie próbując głębiej wejść w motywy czyjegoś przeinaczania zdarzeń. Czy zawsze musi ono płynąć ze złej woli?

 

Putta z Ustjanowej – w poszukiwaniu tożsamości…

30 maj

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKościół w Ustjanowej (dawna cerkiew z 1792 r.) – i XVIII-wieczny ołtarz przeniesiony tu z Hoczwi k.Leska (fragm. zdjęcia ze strony monterek58.rzeszow.pl)

Niedawno media komentowały ingerencję prezydenta Obamy w …publiczne toalety. Zalecenie nakazuje dostosować je do genderowskiego modelu płci – posuwając się do groźby zamknięcia tych szkół, które się do niego nie zastosują. Ktoś złośliwy zauważył, że zgodnie z wyróżnionymi ponoć 53 modelami płci, w każdym obiekcie trzeba będzie stworzyć tyleż samo toalet. ;) Ale znamienne jest to, że wraz z mnożeniem płci społecznych, zanika polaryzacja płci biologicznych, które sukcesywnie zostają sprowadzane do jakiegoś nijakiego „ono”. Z jednej strony wynikać to może z pewnego uwrażliwienia i wysubtelnienia naszej zachodniej cywilizacji wobec różnych form rozchwiania tożsamości. Z drugiej jednak strony jest to smutne, a nawet tragiczne, bo pozbawia człowieka jednego z podstawowych punktów odniesienia – tego, który oparty jest na jednoznaczności płci i wynikających z niej ról społecznych.

 Kiedy tylko jestem w Ustjanowej koło Ustrzyk Dolnych, lubię zachodzić tam do małego, drewnianego kościółka (starej cerkwi z 1792 roku). Po zaadaptowaniu cerkwi na kościół rzymskokatolicki umieszczono w niej XVIII-wieczny, rokokowy ołtarz, który został tu przeniesiony z pobliskiej Hoczwi. W górnej części ołtarza, po obu jego stronach, znajdują się dwie nagie postacie (rzecz w wiejskich kościołach dość osobliwa) – to Adam i Ewa, którzy stoją na solidnych filarach, zasłonięci figowymi listkami. Nieco niżej, tuż obok prarodziców, po całkiem zewnętrznych stronach ołtarza, ustawione zostały rokokowe putta (które zawsze były dla mnie jakimś osobistym symbolem nijakości – nie miały przecież nigdy płci, nie były też ani człowiekiem, ani aniołem). Mam nadzieję, że wybaczycie mi takie uproszczenia, bo nie jestem biegły w historii sztuki, ale pozwólcie, że pociągnę tę osobistą interpretację ołtarza nieco dalej.

Otóż wspomniane bobasy zostały umieszczone na filarach, które są dziwnie przechylone, zdając się dramatycznie wykręcać i walić. Nadają tym samym całemu ołtarzowi jakąś niepokojącą dynamikę. Nie wiem, jaki był zamysł artysty, ale do mnie ta kompozycja przemawia tylko w jeden sposób: ludzkość może być stabilna tylko w wartościach jednoznacznych (centrum ołtarza zajmuje ikona Maryi z Dzieciątkiem, nad którą wrasta drzewo poznania dobra i zła, oplecione wężem – a nad nim znowu dominuje błogosławiąca światu postać Maryi). Człowiek grzęźnie i upada tam, gdzie wchodzi na opłotki relatywizmu i niejednoznaczności – choćby w imię najpiękniejszych idei. Putta są przecież wyrazem piękna, a mylone z Erosem, często bywają odnoszone do miłości zmysłowej, przelotnych impulsów i ulotnego szczęścia…

 

Iluzja przemijalności…

19 maj

2016_05_Czaszka_jelenia_3

Dzisiejsza czaszka jelenia podczas leśnego monitoringu była swoistym przyczynkiem do rozmyślań nad życiowym vanitas…

Lęk przed utratą wolności, godności, miłości, radości, płodności, stabilności – to jedne z podstawowych lęków, które nas na co dzień nękają, a które płyną z iluzji. Dzieje się tak zawsze, gdy egzystencja rości sobie prawa do wartości zarezerwowanych wyłącznie dla przestrzeni transcendentalnych. Przemijalność ubiera się wtedy w szaty nieśmiertelności. Czym dokładniej jest każdy z tych lęków? Zacznijmy od końca…

STABILNOŚĆ to ułuda niezmiennej trwałości – płynie z przekonania, że życie można zalać w bursztynie (owszem, można, tylko wtedy każda zalana muszka staje się tylko obrazem życia, ulegając niechybnej śmierci). PŁODNOŚĆ to potrzeba samorealizacji, spełnienia i przekazania siebie innym – nie tylko na płaszczyźnie biologicznej - dla człowieka liczy się przede wszystkim płodność w zakresie kreatywnym, intelektualnym, społecznym, rodzinnym itd. Kiedy boimy się utracić MIŁOŚĆ, to znak, że przestajemy rozumieć, czym ona w istocie jest – nie można przecież stracić woli obdarowywania innych, jeśli się tego nie chce. Lęk przed utratą RADOŚCI to obawa przed jarzmem i nudą. Troska o własną GODNOŚĆ to brak wiary, że ona jest wartością niezbywalną i niezależną od innych. I wreszcie lęk o własną WOLNOŚĆ płynie stąd, że na ogół mylimy wolność z nieskrępowaną swobodą. A przecież można się cieszyć nieograniczoną swobodą i nie być człowiekiem wolnym, jak też na odwrót – cieszyć się wolnością w ciemnej i ciasnej celi…

Wszystkie nasze lęki są produktami demonów iluzji. To ona roztacza przed nami obrazy nieśmiertelności, by następnie wymóc na nas postawę nieustannych starań o jej utrzymanie – tak jakby samo pojęcie nieśmiertelności nie było sprzeczne z koniecznością jej obrony. Nie muszę niczego bronić, bo to, co mam, jeśli mam, nie jest moje – a to, co mogę otrzymać, ma wartość tylko o tyle, o ile istnieje poza czasem, poza dyktatem egzystencji. Przemijalność uczy mnie żeglowania i dryfowania – oraz umiejętności rozróżnienia jednego od drugiego.

 

Kamienie na drodze relacyjności

17 mar

2016_03_Kosma i Damian - Piotr i Paweł - Cyryl i Metody

Bieszczadzkie miniaturki  na szkle: Kosma i Damian, Piotr i Paweł, Cyryl i Metody

Rosnący pośpiech i powierzchowność relacji sprawia, że wyrażanie myśli i odczuć bywa często nieprecyzyjne i skrótowe, nasycone specyficznymi skojarzeniami (dla każdego nieco innymi – czasem diametralnie odmiennymi), a także obarczone metaforami, które nie dla każdego są czytelne.  Ciekawym doświadczeniem, dostępnym dla każdego, jest introspekcyjna próba dogrzebania się do korzeni własnych emocji. A konkretnie do tego, co nimi zarządza poza naszą wolą i poza intencjami drugiej osoby. Na ile słowo staje się dla nas MOSTEM, a na ile MUREM?

Mówię np. „jesteś agresywny” – to jawna ocena nie tylko czyjegoś zachowania, ale całej osoby. Z góry można więc powiedzieć, że jest niesprawiedliwa, bo żaden człowiek nie może być w całości oceniony przed pryzmat jednej sytuacji czy nawet jakiejś dłuższej sekwencji zachowań. Lepiej więc brzmieć będą słowa: „Twoja postawa jest dosyć agresywna” – tu już nie oceniam osoby, lecz słowa, czyny, bieżącą postawę. W ten sposób moja uwaga skierowuje się na charakter relacyjności, a nie na wartościowanie osoby. Jednak i tutaj można napotkać na emocjonalny odpór…

Tak więc chyba najlepiej jest wyrazić to przez pryzmat własnego odbioru: „odnoszę wrażenie, że moje słowa wywołują w tobie agresję”. Tu już nie oceniam nawet postawy, ale mówię wyłącznie o własnych ODCZUCIACH, które przecież mogą się mylić. W ten sposób przyznaję też, że nie jestem arbitrem, lecz subiektywnym odbiorcą, podatnym na różne zniekształcenia odbioru i błędne interpretacje. Niech ta krótka myśl będzie jakimś przyczynkiem do rozważań nad mechanizmami naszej emocjonalności. Myślę, że ważnym kluczem do głębszego wejścia w ten problem jest dostrzeżenie podświadomego wartościowania osób przez ocenę subiektywnie przypisanych intencji…

 

 

Platon po bieszczadzku

02 mar

2016_03_Platon

Co to znaczy mieć naturę platonika? Platonik zawsze stara się patrzeć dalej niż zmysły, wybiegając ponad rzeczy i zjawiska, które na dłuższą metę go zwyczajnie nudzą. W tym miejscu muszę się przyznać, że choć studiowałem biologię i przez ćwierć wieku do dziś pracuję w tym zawodzie, nie potrafiłbym z pełnym zaangażowaniem poświęcić się wyłącznie naukom przyrodniczym, bo się w nich zwyczajnie duszę. To dla mnie za ciasne, by tkwić w analitycznym opisywaniu gatunków czy nawet całych ekosystemów – co nie znaczy, że się w ten sposób wynoszę nad tych, którzy tym żyją – oni zapewne dusiliby się w moim widzeniu świata, który byłby dla nich za ciasny. :)

 Dlatego w poszukiwaniach dryfuję zawsze po granicy między naturą a kulturą – tam gdzie następuje zderzenie naszej świadomości ze światem przyrody. Wtedy mogę obserwować świat nie od strony analitycznego odwzorowania rzeczywistości, ale w zakresie jej odbierania i przetwarzania przez naszą myśl, nasze wyobrażenia, emocje, lęki, pragnienia… Tym samym natura staje się dla mnie czymś na wzór sceny dla aktora – a w teatrze nie chodzi przecież o scenografię, choćby ona była najpiękniej wykonana. Nie chodzi o rekwizyty – choćby wśród nich były rzeczy niezwykle ciekawe i piękne. Nie chodzi też o stroje ani maski, które mogą jedynie podkreślać lub wyrażać pewną ekspresję.

 Istotą teatru jest dramat, który w obrębie całej tej szerokiej oprawy się rozgrywa – i jest to odwieczny dramat człowieka rzuconego w żywioł różnorodności i przemijalności. Dramat, z którym trzeba się zmierzyć, aby odsłonić coś, co w każdym z nas jest rdzeniem naszego bycia – ducha niezmiennej PRAWDY, niezależnej od mnożących się prawd relatywnych. Ducha uskrzydlającego PIĘKNA, wznoszącego człowieka ponad byty doczesne i ponad własną przemijalność. Ducha uwalniającego DOBRA, dającego poczucie spełnienia i uwalniającego z ram czasu - idącego zawsze pod prąd natury i zdolnego przemienić nas w istoty wznoszące się ponad całą przyrodę i ponad naszą naturę…

 
 

Mit w historii – kłamstwo czy inny rodzaj prawdy?

01 lut

2016_01_MIT_BIESZCZADÓWMit jest rodzajem wewnętrznej prawdy, dotyczącej różnych sfer i poziomów relacji. W Polsce głęboko zakorzeniony jest mit Bieszczadów, którym i ja, jako młody chłopak żyłem, budując na nim swoje ideały i marzenia - by w końcu obrócić  je w rzeczywistość. :) Powyżej kilka ujęć z moich starych, odkurzonych slajdów

Każda historia – szczególne ta najbardziej odległa –  w jakimś tam zakresie miesza się z mitologią, której często towarzyszy idealizacja postaci. Czy jednak mamy prawo na własnych domysłach budować ich przeciwstawny obraz, odmalowany w czarnych barwach? Czy nie ma w tym jakiegoś przejawu podcinania własnego korzenia, wyzbywania się narodowej tożsamości? Ostatnio w polskim Senacie mieliśmy debatę na temat zasadności oddania czci Mieszkowi I w kontekście 1050 rocznicy chrztu Polski. Na taką inicjatywę oburzyła się pewna pani senator, tak oto uzasadniając swój sprzeciw: „Mamy niewątpliwie do czynienia z jakąś mitologizacją samego Mieszka I, towarzyszących mu postaci i okoliczności. To wszystko jest dziś spowite mgłą historii i możemy tylko się domyślać, jak się zachowywał i kim był Mieszko I. Można domniemywać, że był to zabijaka i zapewne palił i gwałcił.”

Problem tu jest dwojakiego rodzaju. Pierwszy to właśnie „historia domniemana”. Pani senator nie jest historykiem, ale dość śmiało lansuje swój osąd historii. Mógłby ktoś powiedzieć, że przecież nie trzeba być specjalistą, aby snuć własne dywagacje na różne tematy, bo przecież żyjemy w wolnym kraju, bez cenzury. Zgadza się – choć formułowanie tak swobodnych sądów z ławy senackiej ma już nieco inną wagę. Ale odłóżmy na bok politykę. Zauważamy, jak wielką karierę robi ostatnio słowo „mitologizacja” – używane dla zdyskredytowania odległych wydarzeń czy historycznych postaci. I tu właśnie wkraczamy w drugi obszar prawdy – otóż według mnie prawda zawarta jest nie tylko w suchej faktografii, ale również w mitologii. A samo użycie słowa „odmitologizować” wynika z uznania tylko jednego, faktograficznego poziomu. Tak, prawda ma też wymiar aksjologiczny. Jeśli opowiadamy dziecku bajki, to byłoby niewychowawcze zakończyć opowieść stwierdzeniem, żeby w to nie wierzył, bo to wierutne bzdury. Wtedy właśnie niszczylibyśmy zawartą w tych bajkach prawdę aksjologiczną…

Warto zaznaczyć, że nie mówimy tu o kontekście religijnym, lecz o wartościach uniwersalnych dla wszystkich Polaków. Moją wątpliwość budzi ocenianie ludzi z odległej przeszłości (bo zwykle toniemy tutaj we mgle), jak też w oderwaniu od kontekstu historycznego (bo powinniśmy zawsze odnosić ocenę działań jakiejś osoby do współcześnie jej żyjących ludzi)… No dobrze, ale ktoś może zadać pytanie, że skoro uznajemy różne mitologie narodowe, to przecież często one się wzajemnie zdają wykluczać. I która z nich jest ta właściwa? Nie chciałbym tu wchodzić w wartościowanie, bo nie o to tutaj chodzi. Nie chodzi też o oddzielanie mitu od faktu, bo w odniesieniu do historii najstarszej byłoby to bardzo trudne. Problem dotyczy raczej kwestii niszczenia pewnych pomników historyczno-mitologicznych (pozostańmy przy tym nierozerwalnym splocie pojęciowym). Czy „odmitologizowując” historię poprzez trywializację postaci, albo wręcz drogą przypisywania im domniemanych cech negatywnych, możemy przysłużyć się Prawdzie? Czy nie podcinamy tu jakiegoś ważnego korzenia, odcinając pień od życiodajnych soków? Czyż nie to właśnie nastąpiło w wielu krajach Europy Zachodniej?

 

Relacja ducha do natury

24 sty

2016_01_wilk_aniołAnioł z Ustjanowej jako symbol istoty duchowej – i wilki jako symbol dzikiej natury pośród lasów Laworty – swobodna kompilacja fotografii (wilki zaczerpnięte z hdwallpapersd.com)

Jak życie jest zjawiskiem przeciwnym do entropii, tak rozwój duchowy człowieka przypomina wędrówkę łososi do górskich źródeł – jest to nieustanne podążanie pod prąd natury. Tam, gdzie natura osiąga sukces drogą bezwzględnej konkurencji – np. przez zabijanie i pożeranie, tam nie po drodze jest istocie duchowej, która nie może upatrywać celu w funkcjach biologicznych: odżywianiu, zdobywaniu terytorium, reprodukcji czy przetrwaniu. Te dwa światy są tak radykalnie różne, że to, co w jednym nazywamy sukcesem, w drugim staje się okrucieństwem i egoizmem. Im bardziej istota duchowa płynie z prądem natury, tym bardziej się wyniszcza, aż ginie pośród żywiołów tego świata.

Jaka więc powinna być właściwa relacja istoty duchowej do świata przyrody? Czy wroga i negująca? A może obojętna i wzgardzająca? Gdyby taką postawę przyjąć, odrzucilibyśmy jedną z największych tajemnic swego istnienia – paradoks zespolenia ducha z ciałem. Cielesność nie może być naszym przekleństwem, bo wskazywalibyśmy wtedy na wewnętrzną sprzeczność stworzenia i samego Stwórcy, oskarżając go o okrucieństwo lub niemoc. Musielibyśmy założyć istnienie złego demiurga, rozumianego na wzór manichejski. Każda próba podeptania materialnej natury świata prowadzi do nihilistycznego absurdu lub do religijnego fanatyzmu.

Skoro więc błędem jest zarówno wrogość i obojętność wobec przyrody, jak też jej uwielbienie i podążanie z nurtem natury, to cóż nam pozostaje? Schizofreniczne podejście do człowieka, rozumianego w kategoriach dwóch światów, które spotkać się nigdy nie mogą?… Myślę, że jest lepsza propozycja – traktowanie natury jako swoistej sceny, na której mamy do odegrania swój dramat. Wiemy, że bez sceny nie byłoby teatru. Pomocne okazują się tu również rekwizyty, choć one już nie są tak konieczne – bywa, że doświadczamy ich ascezy w teatrze i w życiu. Zarówno scena, jak i cała rekwizytornia, nie może jednak zagłuszyć gry aktora. Materialna oprawa jest więc tylko wyzwaniem, by ją możliwie jak najlepiej wykorzystać do wyrażenia tego, co niewyrażalne…