RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Biblia’

Tajemnica Logosu

25 gru

2017_12_Logos_TrójcaDeesis (fragment), 1530 r., Bartne, obecnie na zamku w Sanoku – na tle Ustrzyk Dolnych

Gdy wchodzimy w teologiczną i symboliczną wymowę świąt Bożego Narodzenia, siłą rzeczy pojawia się  przed nami pojęcie Logosu. Stajemy tym samym przed największą i niezgłębioną tajemnicą chrześcijaństwa, jaką jest Trójca Święta – tak często opacznie kojarzona z jakimś dziwacznym wielobóstwem, że przyznam, iż sam miałem z tym niegdyś poważny problem. Boże Narodzenie jest więc odpowiednim czasem, by się nieco głębiej pochylić nad tymi dwoma pojęciami. Boga Trójjedynego możemy poznawać niczym odbicie słońca – w mniej lub bardziej trafnych metaforach, z których szczególnie przekonuje mnie trójpodział MYŚL-SŁOWO-RELACJA lub POTENCJA-ŚWIAT-DUCH. „Na początku było Słowo” – czytamy w ewangelii Jana, co sugeruje pojęcie słowa jako osobowego potencjału. W innym miejscu natrafiamy na werset powszechnie znany z kolęd: „A Słowo stało się ciałem…”, który wskazuje na urzeczywistnienie tej odwiecznej potencji w materialnym bycie. Wyzwalając energię z atomu, możemy uzyskać niewyobrażalną siłę, jednak to wciąż ta sama energia. Oczywiście w przypadku Ewangelii nie mówimy o żadnej energii, lecz o dwóch przejawach tej samej Osoby, która jednak również zachowuje pełnię swej tożsamości.

Mamy więc Logos jako SENS materialnego wszechświata, obecny zarówno w jego strukturze (sens łączący budowę najdalszych fragmentów kosmosu), jak i sens zawarty w zasadach (prawach przyrody), wskazujących na harmonię całej materii. Ale mamy też Logos rozumiany jako metafizyczny sens istnienia w historii i rozwoju świadomości. Drugim poziomem pojęcia Logosu jest wypowiedziane słowo, czyli RELACJA – podstawa wszelkiej koegzystencji bytów świadomych. Most przerzucony nad separacją między dwiema osobami, zaistniały w przestrzeni otwarcia i obdarowania. Wreszcie istnieje też trzeci poziom Logosu – rozumianego już w kategoriach konkretnej Osoby, jako Chrystus – realny CZŁOWIEK pojawiający się w historii świata, żywy Wzorzec pozbawiony błędu (grzechu), pełny wszelkiej potencji Syn żyjący w Ojcu. Człowiek, który przychodzi na świat jako konsekwencja obietnicy zawartej w proroctwach. Obietnicy, która trafiła na grunt zawierzenia – najpierw Bogu, potem drugiemu człowiekowi. Wiemy dobrze, że człowiek może też przychodzić na świat poza obietnicą i zawierzeniem – w biologii oderwanej od ducha. Taka sytuacja wzywa do podjęcia wędrówki w głąb własnych korzeni, celem otwarcia się na ich uzdrowienie. Inaczej skazalibyśmy się na trwanie w żywiole materialnego biosu, który odarty z ducha staje się chaosem.

W historii dostrzegamy pewną etapowość poznawania Logosu ukrytego w Trójcy – najpierw widzimy greckie pojęcie Logosu jako sensu, potem historyczne pojawienie się Mesjasza w narodzie żydowskim, wreszcie stajemy się świadkami prawdziwej eksplozji Logosu w łączącej obecności Ducha Świętego, zdolnego do przekraczania wszelkich granic: narodowych, rasowych, kulturowych, a nawet religijnych. Bo Duch Święty to nikt inny, jak duch Chrystusa, łączący wszystkich w jedno, i będący ekspresją ukrytej potencji Ojca… W życiu każdego człowieka Słowo staje się ciałem dopiero wtedy, gdy ten odnajduje sens własnej egzystencji w Chrystusie. Jest to więc proces bardzo osobisty, któremu towarzyszy uzdrowienie (odtworzenie) relacji ze Stworzycielem i drugim człowiekiem. Znamienne jest to, że etapowość procesu odchodzenia od Boga przebiega w kolejności odwrotnej – najpierw człowiek zatraca Ducha, potem neguje Chrystusa, by wreszcie utracić poczucie Ojca – sensu całego istnienia. Tylko w Chrystusie, przez doświadczenie Go w Trójcy Świętej, wkraczamy w przestrzeń pełnej potencji – prawdziwej wiary, obecnej już nie w przestrzeni wyobrażenia, lecz zawierzenia. W życiu każdego chrześcijanina to proces ciągły, ale też bywa radykalną metanoją w sytuacji, gdy chaos ogarnia cały rdzeń i korzeń czyjegoś życia – bo właśnie wtedy może dojść do spektakularnego otwarcia na Łaskę, która w takich sytuacjach potrafi przekraczać granice czasu, uzdrawiając przeszłość. I w tym właśnie tkwi największa nadzieja Bożego Narodzenia.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Biblia, Duchowość, Symbolika, Wiara

 

Samotność w murach Jerycha…

15 lis

2017_11_mury_Jerycha_cerkiew_Krywe

 Może odległe jest porównanie ruin cerkwi w Krywem do murów Jerycha - ale czy nawet te najświętsze miejsca nie rozpadają się na znak, że prawdziwa świętość nie tkwi w tym, co przemijalne?

Przeczytałem dziś dwa fragmenty Ewangelii (poniżej), które odnoszą się do problemu ludzkiej nędzy i samotności – rozpatrywanego na dwóch różnych płaszczyznach. Chodzi o fragment dotyczący uzdrowionego ślepca i celnika, którego Jezus osobiście odwiedził. Pierwszy wchodzi w fizyczną nędzę człowieka (choć ślepotę cielesną można też odnieść do mroków duszy), drugi dotyczy nędzy duchowej – ludzkiego grzechu. W pierwszym i drugim przypadku człowiek jest przerażająco samotny. Zarówno ślepiec jak i celnik spotykają Jezusa w Jerychu – najniżej położonym mieście na Ziemi, co również nabiera wymiaru symbolicznego, ilustrując stan rzeczywistej kondycji człowieka. Ślepiec pewnie żebrał na ulicy, musiał więc oderwać się od jej bruku. Zacheusz odwrotnie – zszedł z drzewa. Obaj odnaleźli się na płaszczyźnie żywej relacji.

Ślepiec krzyczał, choć inni go chcieli uciszyć. Zacheusz, aby widzieć (a podświadomie może też, by zostać dostrzeżonym?) wyszedł na sykomorę – to drzewo figowe, które stało się symbolem grzechu i wstydu. Obydwaj za wszelką cenę pragnęli spotkać Chrystusa, będąc mieszkańcami tego samego Jerycha, którego wymowa znana jest też dobrze z murów rozpadających się pod donośnym brzmieniem trąb (Księga Jozuego 6,20). Oczywiście trąby to obraz głębokiego zawierzenia i modlitwy, która jest kluczem do rzeczy niemożliwych. W obydwu fragmentach Ewangelii również czujemy, że na głos tych „trąb” rozpadły się mury - przed każdym z nieszczęśników otwierając nowy horyzont ducha. Jeden wyszedł z mrocznej czeluści, drugi zszedł ze sromotnego drzewa – dla obu skończył się czas beznadziei i dojmującej samotności…

„Kiedy zbliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: ”Co chcesz, abym ci uczynił?” Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga.” (Łk 18,35)  Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. (Łk 19,1)

 
 

…lecz w wichrze nie było Pana

14 sie

2017_08_WICHER-LASY„Ocean” bieszczadzkich lasów – z licznymi wiatrołomami i pniami kształtowanymi przez wiatr…

Sobotniej nocy wielka trąba powietrzna skosiła hektary lasu, niszcząc przy tym obóz harcerski i zabijając 5 osób (w tym dwoje dzieci). A w niedzielę obydwa czytania w kościołach dotyczyły właśnie tego żywiołu. Pierwsze o tym, że Boga nie było w wichrze ani w ogniu – był obecny w ciszy. Drugie o łodzi miotanej przeciwnymi wiatrami, gdy Jezus szedł po wodzie ku swym uczniom. Dopóki Piotr wpatrywał się w Mistrza, szedł po falach – gdy spojrzał w stronę żywiołu, zaczął tonąć… Tak i my toniemy w swych lękach, zabieganiach, cierpieniach i obciążeniach, gdy całą naszą uwagę przykuwają żywioły tego świata: widok wszelkiego spustoszenia, lęk przed wojenną zawieruchą, przed cierpieniem i wyniszczającymi chorobami. Dopiero spojrzenie na Jezusa daje siłę, by iść po wodzie mimo wszelkich burz. W samym żywiole nie znajdziemy Boga, choć często Go o to obwiniamy, doszukując się w tych wszystkich kataklizmach jakiejś kary, czy jeszcze gorzej – kaprysu Stwórcy. Owszem, doświadczenie żywiołu może nas uwolnić od przywiązania do dóbr przemijalnych. Bóg jednak czeka na nas tylko w ciszy zawierzenia…

Wiem, że łatwo mi jest o tym pisać, nie doświadczywszy tak bolesnego ciosu, jaki dziś przeżywają rodzice tragicznie zmarłych harcerek. Szczerze im współczuję i modlę się za nich, bo sam mam córkę w wieku tych dziewczynek. Jednak chciałbym też prosić, byśmy nie szukali winy w sobie czy w innych- zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy zadziałał trudny do przewidzenia żywioł. I gdy ci, w których od strony prawnej można by się winy doszukiwać, działali bezinteresownie i w dobrej wierze. Tutaj jedyną odpowiedzią jest ufność, że to co się stało, ma swój ukryty sens. A ufność jest postawą, która pozwala nam odróżnić sumienie od owoców z „drzewa poznania dobra i zła”. Często mylimy jedno z drugim, doszukując się w biblijnym drzewie samej świadomości czynów dobrych i złych. Tymczasem owoc z tego drzewa jest wyłącznie symbolem uzurpacji człowieka wobec wyznaczania granic, a nie ich rozpoznawania. Jeśli ujmujemy byt człowieka ewolucyjnie, to jego stworzeniem było pojawienie się wolnej woli i sumienia. Dopiero później mógł zaistnieć „grzech pierworodny” – czyli próba samodzielnego określania, co jest dobre, a co złe.

Konsekwencją zerwania owocu była więc skłonność do kształtowania granic moralności i do wydawania sądów w zakresie dobra i zła. Dotyczy to zarówno osądu innych, jak też potępiania samego siebie. Podczas gdy sumienie jest tą ciszą, w której mieszka Bóg – i gdzie moja ufność pozostawia wszelki osąd tylko Jemu, „owoc z drzewa poznania” staje się zarzewiem rozpętanego piekła wzajemnych osądów (szukania wszędzie winnych, ale również surowego potępiania samego siebie) – lub odwrotnie: niewoli w zakresie ubóstwiania innych i ciągłego usprawiedliwiania samego siebie. Brak ufności to pochodna wyzbycia się pokory: sam wchodzę w kompetencje Boga. Gdy natomiast trwam w zawierzeniu, w ciszy swego serca staję się wolny od ciągłej presji osądzania i bycia osądzanym – od nieustannego wystawiania bezwzględnej oceny sobie i innym. Wolny od potępiania i ubóstwiania wszelkiego stworzenia. Wolny od osądzania w swym sercu samego Boga – od ponownego krzyżowania Go na Golgocie własnego buntu. Wolność ta stwarza we mnie zupełnie nową jakość człowieka, pozbawionego lęków i przywiązań wobec wszystkiego, co przemija – w tym również wobec mojego życia i życia moich najbliższych.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Biblia, Bieszczady, Wiara, Życie

 

Trzcinowe miary w sferze ducha…

18 cze

Trzcina_Chrystus_06_2017Chrystus z berłem trzcinowym (w sztuce bieszczadzkiej jest to raczej pałka wodna) – na współczesnym nagrobku (Zagórz) i XVII-wiecznym ołtarzu (Sanok) – oraz prawdziwa trzcina (Phragmites australis).

Trzcina jako berło radykalnie odmienne od ziemskich insygniów władzy. Atrybut szyderstwa, a zarazem władzy pochodzącej nie z tego świata: „Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego” (Mt 27,29)

Symbol cierpienia i osamotnienia. Tu trzcina staje się czytelnym odniesieniem do separacji między agresorem i jego ofiarą, a zarazem między grzesznikiem a Bogiem: „Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić” (Mk 15,36)

Obraz kruchej kondycji człowieka – i szacunku wobec jego wolności. Bóg nie ingeruje w zło, które człowiek wybiera. Tak jak nie powstrzymał ręki z gwoździami wbijanymi do krzyża, tak nie stanął na drodze holokaustu… „Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.” (Mt 12,20).

Miara wszelkiej wielkości. Materia najbardziej krucha staje się miarą tego, co silne i monumentalne: „A ten, który mówił ze mną, miał złotą trzcinę jako miarę, by zmierzyć Miasto i jego bramy, i jego mur.” (Ap 21,15)

 Jedyna miara świętości. Kruche dobro, podatne na złamanie przez żywioły tego świata, staje się wyznacznikiem tego, co prawdziwie święte: „Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta, i powiedziano: «Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, o wielbią w niej Boga.” (Ap 11,1)