RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bieszczady’

Samotność w murach Jerycha…

15 lis

2017_11_mury_Jerycha_cerkiew_Krywe

 Może odległe jest porównanie ruin cerkwi w Krywem do murów Jerycha - ale czy nawet te najświętsze miejsca nie rozpadają się na znak, że prawdziwa świętość nie tkwi w tym, co przemijalne?

Przeczytałem dziś dwa fragmenty Ewangelii (poniżej), które odnoszą się do problemu ludzkiej nędzy i samotności – rozpatrywanego na dwóch różnych płaszczyznach. Chodzi o fragment dotyczący uzdrowionego ślepca i celnika, którego Jezus osobiście odwiedził. Pierwszy wchodzi w fizyczną nędzę człowieka (choć ślepotę cielesną można też odnieść do mroków duszy), drugi dotyczy nędzy duchowej – ludzkiego grzechu. W pierwszym i drugim przypadku człowiek jest przerażająco samotny. Zarówno ślepiec jak i celnik spotykają Jezusa w Jerychu – najniżej położonym mieście na Ziemi, co również nabiera wymiaru symbolicznego, ilustrując stan rzeczywistej kondycji człowieka. Ślepiec pewnie żebrał na ulicy, musiał więc oderwać się od jej bruku. Zacheusz odwrotnie – zszedł z drzewa. Obaj odnaleźli się na płaszczyźnie żywej relacji.

Ślepiec krzyczał, choć inni go chcieli uciszyć. Zacheusz, aby widzieć (a podświadomie może też, by zostać dostrzeżonym?) wyszedł na sykomorę – to drzewo figowe, które stało się symbolem grzechu i wstydu. Obydwaj za wszelką cenę pragnęli spotkać Chrystusa, będąc mieszkańcami tego samego Jerycha, którego wymowa znana jest też dobrze z murów rozpadających się pod donośnym brzmieniem trąb (Księga Jozuego 6,20). Oczywiście trąby to obraz głębokiego zawierzenia i modlitwy, która jest kluczem do rzeczy niemożliwych. W obydwu fragmentach Ewangelii również czujemy, że na głos tych „trąb” rozpadły się mury - przed każdym z nieszczęśników otwierając nowy horyzont ducha. Jeden wyszedł z mrocznej czeluści, drugi zszedł ze sromotnego drzewa – dla obu skończył się czas beznadziei i dojmującej samotności…

„Kiedy zbliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: ”Co chcesz, abym ci uczynił?” Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga.” (Łk 18,35)  Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. (Łk 19,1)

 
 

Wartość przeciwstawności

06 wrz

2017_09_pokrzyk_tojad_kociołekWśród najsilniej trujących roślin istnieją takie, których działanie wzajemnie  się znosi. Mówimy wtedy o „antidotum” – tak jest w przypadku pokrzyku (z lewej) i tojadu (z prawej). Czy w życiu społecznym nie jest podobnie? Czy przeciwieństwa nie są nam dane (i zadane), by chronić nas przed nami samymi?

Często spotykamy się w życiu z diametralnymi skrajnościami w postawach społecznych – na poziomie lokalnym lub narodowym, w aspekcie politycznym, religijnym, ideologicznym czy każdym innym. Gdy się głębiej zastanowić, u każdej ze stron można znaleźć jakieś racje. Lecz racja to nie to samo, co Prawda – jest zaledwie jej promyczkiem. Samej Prawdy objąć nie sposób, jak nigdy nie obejmiemy Słońca. Możemy jej zaledwie doświadczać – i to jedynie wówczas, gdy sama nam się objawi. Czy zatem brak jedności jest zaprzeczeniem wspólnoty? Czy mimo radykalnych różnic możemy być jedną wspólnotą narodową, religijną, kulturową?…

Przy odpowiednim spojrzeniu sam fakt istnienia przeciwstawnych postaw może się jawić jako realna wartość każdej społeczności i przejaw jej zdrowego funkcjonowania. Niedawno ktoś przy obchodach „sierpnia ’80″ powiedział bardzo mądre słowa: „Solidarność to nie jedność”. Napięcia, jakie powstają między przeciwieństwami, stanowią o stabilności całej konstrukcji (jak naprężenia w żaglu czy namiocie). To dzięki nim możemy mówić o mechanizmie zbiorowej samokontroli. Zrozumienie tych procesów prowadzi do pokory i wzajemnego otwarcia – wbrew oczywistym różnicom, które bywają trudne i bolesne. To właśnie one uczą nas prawdziwej akceptacji osoby, mimo zanegowania jej poglądów.

Materiał pozbawiony naprężeń zamienia się w bezkształtną szmatę - zatęchłą w wilgoci lub po wysuszeniu miotaną wiatrem. Taka sytuacja ma miejsce w społeczeństwach, które uczyniły sobie bożka z tolerancji, rozumianej w kategoriach wzajemnej obojętności, przy jednoczesnym porzuceniu świata niezmiennych wartości. Paradoksalnie to właśnie taka „tolerancja” staje się najprostszą drogą do dyktatury, w której nieustannie być musi narzucana bezwyznaniowość i bezideowość oraz brak tożsamości narodowej czy kulturowej. Taki „namiot” nie chroni już przed wiatrem czy deszczem; „żagiel” nie pcha ku upragnionym lądom. Istnieje tylko bezwolny dryf i powolny rozkład.

 

…lecz w wichrze nie było Pana

14 sie

2017_08_WICHER-LASY„Ocean” bieszczadzkich lasów – z licznymi wiatrołomami i pniami kształtowanymi przez wiatr…

Sobotniej nocy wielka trąba powietrzna skosiła hektary lasu, niszcząc przy tym obóz harcerski i zabijając 5 osób (w tym dwoje dzieci). A w niedzielę obydwa czytania w kościołach dotyczyły właśnie tego żywiołu. Pierwsze o tym, że Boga nie było w wichrze ani w ogniu – był obecny w ciszy. Drugie o łodzi miotanej przeciwnymi wiatrami, gdy Jezus szedł po wodzie ku swym uczniom. Dopóki Piotr wpatrywał się w Mistrza, szedł po falach – gdy spojrzał w stronę żywiołu, zaczął tonąć… Tak i my toniemy w swych lękach, zabieganiach, cierpieniach i obciążeniach, gdy całą naszą uwagę przykuwają żywioły tego świata: widok wszelkiego spustoszenia, lęk przed wojenną zawieruchą, przed cierpieniem i wyniszczającymi chorobami. Dopiero spojrzenie na Jezusa daje siłę, by iść po wodzie mimo wszelkich burz. W samym żywiole nie znajdziemy Boga, choć często Go o to obwiniamy, doszukując się w tych wszystkich kataklizmach jakiejś kary, czy jeszcze gorzej – kaprysu Stwórcy. Owszem, doświadczenie żywiołu może nas uwolnić od przywiązania do dóbr przemijalnych. Bóg jednak czeka na nas tylko w ciszy zawierzenia…

Wiem, że łatwo mi jest o tym pisać, nie doświadczywszy tak bolesnego ciosu, jaki dziś przeżywają rodzice tragicznie zmarłych harcerek. Szczerze im współczuję i modlę się za nich, bo sam mam córkę w wieku tych dziewczynek. Jednak chciałbym też prosić, byśmy nie szukali winy w sobie czy w innych- zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy zadziałał trudny do przewidzenia żywioł. I gdy ci, w których od strony prawnej można by się winy doszukiwać, działali bezinteresownie i w dobrej wierze. Tutaj jedyną odpowiedzią jest ufność, że to co się stało, ma swój ukryty sens. A ufność jest postawą, która pozwala nam odróżnić sumienie od owoców z „drzewa poznania dobra i zła”. Często mylimy jedno z drugim, doszukując się w biblijnym drzewie samej świadomości czynów dobrych i złych. Tymczasem owoc z tego drzewa jest wyłącznie symbolem uzurpacji człowieka wobec wyznaczania granic, a nie ich rozpoznawania. Jeśli ujmujemy byt człowieka ewolucyjnie, to jego stworzeniem było pojawienie się wolnej woli i sumienia. Dopiero później mógł zaistnieć „grzech pierworodny” – czyli próba samodzielnego określania, co jest dobre, a co złe.

Konsekwencją zerwania owocu była więc skłonność do kształtowania granic moralności i do wydawania sądów w zakresie dobra i zła. Dotyczy to zarówno osądu innych, jak też potępiania samego siebie. Podczas gdy sumienie jest tą ciszą, w której mieszka Bóg – i gdzie moja ufność pozostawia wszelki osąd tylko Jemu, „owoc z drzewa poznania” staje się zarzewiem rozpętanego piekła wzajemnych osądów (szukania wszędzie winnych, ale również surowego potępiania samego siebie) – lub odwrotnie: niewoli w zakresie ubóstwiania innych i ciągłego usprawiedliwiania samego siebie. Brak ufności to pochodna wyzbycia się pokory: sam wchodzę w kompetencje Boga. Gdy natomiast trwam w zawierzeniu, w ciszy swego serca staję się wolny od ciągłej presji osądzania i bycia osądzanym – od nieustannego wystawiania bezwzględnej oceny sobie i innym. Wolny od potępiania i ubóstwiania wszelkiego stworzenia. Wolny od osądzania w swym sercu samego Boga – od ponownego krzyżowania Go na Golgocie własnego buntu. Wolność ta stwarza we mnie zupełnie nową jakość człowieka, pozbawionego lęków i przywiązań wobec wszystkiego, co przemija – w tym również wobec mojego życia i życia moich najbliższych.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Biblia, Bieszczady, Wiara, Życie

 

Trzcinowe miary w sferze ducha…

18 cze

Trzcina_Chrystus_06_2017Chrystus z berłem trzcinowym (w sztuce bieszczadzkiej jest to raczej pałka wodna) – na współczesnym nagrobku (Zagórz) i XVII-wiecznym ołtarzu (Sanok) – oraz prawdziwa trzcina (Phragmites australis).

Trzcina jako berło radykalnie odmienne od ziemskich insygniów władzy. Atrybut szyderstwa, a zarazem władzy pochodzącej nie z tego świata: „Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego” (Mt 27,29)

Symbol cierpienia i osamotnienia. Tu trzcina staje się czytelnym odniesieniem do separacji między agresorem i jego ofiarą, a zarazem między grzesznikiem a Bogiem: „Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić” (Mk 15,36)

Obraz kruchej kondycji człowieka – i szacunku wobec jego wolności. Bóg nie ingeruje w zło, które człowiek wybiera. Tak jak nie powstrzymał ręki z gwoździami wbijanymi do krzyża, tak nie stanął na drodze holokaustu… „Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.” (Mt 12,20).

Miara wszelkiej wielkości. Materia najbardziej krucha staje się miarą tego, co silne i monumentalne: „A ten, który mówił ze mną, miał złotą trzcinę jako miarę, by zmierzyć Miasto i jego bramy, i jego mur.” (Ap 21,15)

 Jedyna miara świętości. Kruche dobro, podatne na złamanie przez żywioły tego świata, staje się wyznacznikiem tego, co prawdziwie święte: „Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta, i powiedziano: «Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, o wielbią w niej Boga.” (Ap 11,1)

 

Między pychą a cieniem istnienia

30 maj

2017_05_kości-przemijanie-pokoraJaki ślad został po minionych światach? Buki mnogością rąk wzniesione ku niebu – lub w dramatycznej ekspresji zdeformowane? Czasem kość zabieleje… Iluzje stabilności doraźnego bytu.

Pokora jest źródłem naturalności - pycha czyni człowieka sztucznym. Pokora żyje nadzieją, że niedoskonałość pełnią jest w Chrystusie. Stąd łatwo zadowala się zwyczajnością. Pycha goni za czymś nadzwyczajnym, szukając czegoś, co dotąd nie zaistniało. Jak pisał Merton: Człowiek używający dóbr tego życia z prostotą i wdzięcznością przyczynia się bardziej do chwały Bożej, niż nerwowy asceta, którego niepokoi każdy szczegół własnych wyrzeczeń.” Ascetyczna neuroza przejawia się często w postaci dostrzeganych wszędzie pokus, które miałyby przenikać całe stworzenie na podobieństwo sideł, na każdym kroku zastawionych na człowieka. Takie podejście tworzy groteskowy obraz świata i Stwórcy. Obraz, który dla jednych staje się powodem do porzucenia wiary, jako zbioru naiwnych mitów wzniesionych na bagnie pierwotnego lęku, dla innych zaś jest przyczyną religijnych obsesji i chorego rygoryzmu.

A przecież już sama opowieść Księgi Rodzaju wskazuje nam prawdę podstawową, że świat został stworzony nie jako mroczna dżungla, lecz raj – sama natura nie może więc być skażona złem. To tylko jej postrzeganie stało się mocno zniekształcone. Dlatego można powiedzieć, że choroba grzechu pierworodnego nie wniknęła w istotę bytu, lecz w sferę ludzkiej relacyjności. W niej trzeba szukać takich pojęć, jak piekło, czyściec czy niebo – te formy rzeczywistości nie mogą istnieć na zewnątrz relacji, ale w samym jej rdzeniu. Psychologia mówi nam, że złodziej zawsze będzie widział w drugim człowieku złodzieja, kłamca – kłamcę, a morderca – mordercę. Właśnie to staje się mechanizmem skażenia naszej relacyjności, od której trudno się uwolnić nawet po śmierci, bez zanurzenia w pokorze i ufności. Wracając do metaforyki raju, ten sam owoc może nam dziś przypominać o grzechu, budząc w nas lęki i pożądania – ale może też w sposób piękny opowiadać o pierwotnej harmonii stworzenia.

Płynąc okrętem, widzę tylko burtę, kawałek pokładu i pozostawioną na morzu smugę – nie mogę jednak objąć wzrokiem statku. Patrząc na świat, nie widzę własnych oczu. Mogę je ujrzeć tylko w odbiciu przedmiotów lub w oczach innych ludzi. Ten paradoks bliskości dotyczy również duszy, którą mogę doświadczyć jedynie w relacjach z otaczającym światem. Słowa i czyny to smuga, którą za sobą ciągnę – która jednak już do mnie nie należy, a jej piana niebawem rozpłynie się w oceanie. I tu znów odwołam się do Mertona: „Przyczyną, dla której ludzie tak gwałtownie chcą patrzeć na siebie, zamiast zadowolić się tym, że są sobą, jest brak wiary we własne istnienie.” Tak, myślę, że to jedyne źródło potrzeby ciągłego potwierdzania swego JA w postaci przeróżnych „selfie”. Chcę doświadczać siebie w efektach swoich działań, w dorobku życia, w reakcji innych na moje osiągnięcia. Gdy jednak cień bierzemy za rzeczywistość, wpadamy w pułapkę bałwochwalstwa lub nihilizmu – raz widząc w tym cieniu nieograniczone możliwości, innym razem wpadając w głęboką frustrację, że wszystko to jedna iluzja.

 

Mistyka biało-czerwonej chorągwi

03 maj

2017_05_Biało_Czerwoni_Ustrzyki Dolne - kilka lat temu na tym bloku powiewała tylko jedna flaga – dziś widać je z góry na dół…

Według heraldycznej symboliki biel oznacza niewinność i czystość, a czerwień – męstwo i poświęcenie. Akurat jestem w trakcie lektury o kontemplacji i w tym kontekście przyszło mi na myśl, że ta prosta kolorystyka wpisuje się w samą głębię mistyki. Chodzi o stosunek akcji do kontemplacji, wdechu do wydechu. Każde duchowe działanie, aby mogło być owocne, musi być poprzedzone aktem wewnętrznego oczyszczenia – dlatego biel widnieje ponad czerwienią.

Biała barwa naszej flagi to czystość – ale w głębokim, duchowym wymiarze tej wymowy chodzi o szczególny jej rodzaj, który obejmuje wyrzeczenie się swoich przywiązań, iluzji, pożądań i chęci odwetu za wszelkie zło. To jednocześnie gotowość do chłonności wobec pełnego wymiaru prawdy i dobra. Natomiast czerwień to wkład każdego z nas w to wspólne Dobro – i w Prawdę, która ma moc wyzwalającą. Czerwień to każde słowo, każdy czyn, każda kropla krwi.

I teraz najważniejsze: gdy brakuje bieli (wycofania, oczyszczenia, chłonności na osobowy i metafizyczny wymiar dobra), pozostaje nam tylko „czerwony sztandar”, czyli propozycja własnej idei narzucanej przemocą. Kiedy zaś poprzestajemy na tymże biernym wycofaniu, rezygnując z aktywnego kształtowania świata wartości, redukujemy biało-czerwony wymiar do nijakiej bieli – opacznie pojętej tolerancji, która de facto jest wywieszeniem białej flagi. To kapitulacja wobec każdego ataku na świat wartości.

 

Obumieranie świata – i nadzieja cudzych butów…

12 mar

2017_03_stare_buty_Obumieranie starych chałup na Strwiążku (dzielnica Ustrzyk Dolnych)

Bywa czasem, że jakieś oczywiste słowa w konkretnym momencie przemówią do nas mocniej. Tak było dziś z dwoma, zupełnie osobnymi zdaniami papieża Franciszka, który przed chwilą powiedział: „Jeśli ktoś z Chrystusem umiera, z Chrystusem zmartwychwstaje”. Przypomniało mi się też, że kiedyś, przy innej sposobności powiedział też: „Aby komuś pomóc, trzeba wejść w jego buty”. Kiedy nad tym myślałem, te dwa osobne zdania połączyły się w jedno…

Pierwsze przesłanie otwiera nas na istotę umierania. Nie tylko tego ostatecznego, w sytuacji granicznej - ale też tego, które się w nas każdego dnia dokonuje. Czasem to rezygnacja z prawa do czegoś, z własnego zdania, z bycia „kimś” w oczach innych. To gotowość zapomnienia o sobie – bo tylko w takim formacie dokonuje się dobro. Jak bardzo przeszkadza w tym świadomość własnego „ja”, może dać wyobrażenie sytuacja, gdy np. czytając książkę, próbujemy myśleć o procesie czytania – nie ma siły, by nie zgubić wtedy wątku.

W drugim przesłaniu buty stają się obrazem odmiennych przyzwyczajeń, pragnień i wyobrażeń, jakie nosi w sobie drugi człowiek. Aby wejść w „cudze buty”, muszę więc zostawić na boku własne, wygodne obuwie. A wdziać buty, które nie zawsze będą miłe – czasem stare, zniszczone, przesycone niemiłym zapachem i dopasowane już do zupełnie innej stopy… Zanim wejdę w czyjeś buty, muszę stać się bosy – bezbronny i obnażony, muszę wejść w kontakt z surową ziemią, narażony na ciernie i błoto…

 

Relacja przełamująca separację…

05 mar

2017_03_Beksinski_relacje_separacjeRelacyjność wobec radykalnej separacji śmierci (na bieszczadzkich nagrobkach) i separacji światów wewnętrznych (na obrazach Beksińskiego)

Gdy zadałem komuś pytanie „co to znaczy żyć w dobrej relacji?”, otrzymałem odpowiedź „to proste – być życzliwym dla kogoś”. Taka odpowiedź prowokuje jednak do następnego pytania: „co to znaczy dobrze komuś życzyć?” Czy nie bywa często tak, że to JA wiem, co dla kogoś jest dobre – i według tej „wiedzy” spełniam czyjeś życzenia? Czuję się wtedy życzliwy – a że ktoś tej życzliwości nie potrafi docenić, to już nie mój problem. Tak często w tej naszej „życzliwości” się rozmijamy, że wyraźnie brakuje w niej czegoś zasadniczego. Może zwykłej otwartości, by najpierw poznać, co dla drugiej osoby jest ważne? Jaka jest jej wrażliwość? W jaki sposób widzi i czuje ten świat?

Bez uważnego wsłuchania się w czyjś głos, nawet najbardziej wyrafinowane formy dogadzania staną się tylko zakamuflowanym egoizmem. Wyrażać się one będą w apodyktycznej „posłudze”, która dla obiektu tych starań będzie tylko formą osaczenia i zniewolenia, a dla osoby dogadzającej - balastem próżnych wysiłków i źródłem rozdrażnienia z powodu „niewdzięczności”. Co jednak sprawia, że tak często realizujemy tylko własną WIZJĘ „uszczęśliwiania” drugiego człowieka? Myślę, że przyczyna tkwi w dwóch płaszczyznach: egzystencjalnej, wynikającej z radykalnej separacji między naszymi światami – i aksjologicznej, wyrażanej w braku woli wniknięcia w świat drugiej osoby. A wpływ mamy tylko na tę ostatnią.

Jedynie wsłuchując się w czyjeś pragnienia, w ten swoiście odmienny sposób przeżywania rzeczywistości, możemy dostroić swą empatię do wrażliwości drugiego człowieka. Z jakim zdumieniem odkrywamy wówczas, że prawdziwa życzliwość nie wymaga rzeczy wielkich, bo już sama próba zrozumienia staje się spełnieniem podstawowego pragnienia. Wysłuchanie jest ważniejsze od usługiwania – tak jak postawa Marii u stóp Jezusa ma głębszy wymiar, niż cała krzątanina Marty. Wewnętrzna radość powstaje tylko wtedy, gdy udaje się przezwyciężyć radykalną separację – gdy zamknięta monada człowieka otwiera okno na drugą monadę, by choć przez moment gościć w jej wnętrzu, zapraszając ją też do siebie. I chyba właśnie to uczucie jest przedsionkiem stanu, który nazywamy „niebem”?

 

Zawiła i ciernista droga bieszczadzkich krzewów w naszej kulturze

01 gru

2016_12_głóg-tarnina-róża-kalina_1Zimowe gałązki dzikich krzewów z owocami – od lewej: głogu jednoszyjkowego, tarniny i dzikiej róży oraz kaliny.

Obserwując dzikie owoce, przez długi czas pozostające jeszcze zimą na gałązkach tutejszych krzewów, warto wiedzieć, że stanowią one nie tylko urozmaiconą stołówkę dla ptaków, od zarania dziejów dostarczając też surowca dla wielu ludowych potraw i leków (o czym już wielokrotnie pisałem) – mają też swoją bogatą historię w naszej kulturze. Ich symbolika, jak też emocjonalna barwa odniesień, zmieniała się przez wieki, ewoluując często w zupełnie przeciwną stronę. Spróbujmy tę zawiłą wędrówkę znaczeń prześledzić na kilku wybranych przykładach.

GŁÓG już kilka tysięcy lat temu był symbolem nadziei – dlatego w starożytnej Grecji jego gałązkami przyozdabiano głowy nowożeńców. W średniowieczu za sprawą długich cierni odnoszono go już bardziej do bolesnej i tragicznej miłości. I właśnie taka wymowa przeważa w poezji, literaturze i malarstwie. To pędy głogu wyrosły z grobów Tristana i Izoldy – splatając się ze sobą nierozłącznie. W Bieszczadach cierniste gałązki pełniły amulet przeciwko wampirom – wbijano je w język zmarłego. Dziś już mało kto pamięta o tych mrocznych kartach ludowej magii – utrwaliła się natomiast mroczna konotacja, związana z cierpieniem i smutkiem – np. u Kasprowicza: cierniste głogi / wstały i idą / Liśćmi miękkiemi / wierzb zaszeleścił rząd / i w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobie… Obecne jest także skojarzenie głogu z czystością, samotnością i niedostępnością, jak w „Irysie” Harasymowicza: Do jej stóp wymyślonych / przez zarosły dzikim głogiem / pałac samotności…

TARNINA bardzo silnie wpisała się w kulturę materialną i duchową – jej owoce odnaleziono już w wykopaliskach neolitycznych (kilka tysięcy lat temu), co wskazuje, że już wtedy była przez człowieka spożywana, a ich zagęszczony sok stosowano też do leczenia biegunek. Takie wykorzystanie tarninowych śliwek przetrwało u bieszczadzkich Bojków do współczesności. Wpłynęło to zapewne na symbolikę tarniny, która wraz z głogiem była początkowo kojarzona z dobrobytem, co znajdujemy w strofach poezji starożytnej – np. u Owidiusza:  Z drzew owoc, z gór poziomki zbierali wieśniacy / Tarnki i głóg… (Metamorfozy). W tym kontekście pojawia się też w poezji staropolskiej, np. w słowach kierowanych do mistrza Polikarpa: Otchoceć się z miodem tarnek / Gdyć przyniosę jadu garnek (Rozmowa mistrza Polikarpa ze śmiercią). Z czasem jednak w symbolicznych odniesieniach coraz bardziej dominowała jej „ciernistość”, co widoczne jest m. in. w tradycyjnym wyplataniu z niej koron cierniowych na czas Wielkiego Tygodnia. Wymowa żałobna przeszła tym sposobem również na tarninowe owoce, jak u Barbary Bandurki w wierszu „Bieszczady”: Wygasłe paleniska / Serca dzwonków / I żałobny koralik tarniny…

Dzika RÓŻA początkowo poświęcona była Afrodycie, Erosowi i Dionizosowi, symbolizowała więc miłość wybitnie cielesną i zmysłową. Ale już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa stała się symbolem miłości heroicznej i chwalebnego męczeństwa (wieniec z róż składano poległym za wiarę) oraz czystości i uduchowienia (kwieciem róż dekorowano najzacniejszą niewiastę roku). Za sprawą ciernistości pędu, przywodzącego skojarzenia z cierpieniem, starożytna roślina Afrodyty stała się w wiekach średnich różą poświęconą Maryi, co przypieczętowało wprowadzenie modlitwy różańcowej w roku 1208 przez św. Dominika. Również w poezji róża stała się znakiem duchowego odrodzenia w cierpieniu, jak u Kasprowicza w „Krzaku dzikiej róży”: Gdzie pawiookie drzemią stawy, / Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy / Na plamy szarych złomów ciska…

KALINA pierwotnie uważana była wyłącznie jako symbol młodości, delikatności, piękna i dziewictwa, co znajduje wyraz w poezji Teofila Lenartowicza – w wierszu „Kalina”: U tej krynicy, u tej kaliny / Jasio fujarki kręcił z wierzbiny. W tym też kontekście strojono głowę panny młodej gałązkami kaliny. Zdarzały się jednak pogrzeby niezamężnych kobiet, kiedy trzeba było podkreślić ich panieństwo – a zarazem dopełnić kobiecy żywot, wkładając kalinę do trumny. Wśród Bojków i Łemków wierzono, że jeśli krzew ten wyrośnie na cmentarzu, wstępuje weń dusza zmarłej dziewczyny. Odtąd symbolika kaliny zaczęła zmieniać swą wymowę, stopniowo przesuwając swój akcent w stronę śmierci i nostalgii. Znajduje to wyraz w strofach bieszczadzkiego poety – Janusza Gołdy: I jakby tego umierania / było wokół mało / procesję zielonych kalin / z cerkiewki na wzgórzu / do zakola Sanu / Boh brodatyj / niefrasobliwie rozkrwawił („List z Chmiela”). Bezpośrednio ze śmiercią kalinę powiązała też Kazimiera Iłłakowiczówna, w wierszu „Umarli”, gdzie dusze zmarłych: Idą ku mnie tylko kalinami…

 

Żywa pamięć – mowa cmentarnych kwiatów…

01 lis

2016_11_miechunka-chryzantema-rozaMiechunka w Dukli, chryzantema w Równi i róża – jako ornament i żywy kwiat w Olszanicy

Wspominałem już o wymowie dzikich roślin na naszych cmentarzach. A jakie żywe i sztuczne kwiaty podczas zbliżających się Świąt pojawiają się na bieszczadzkich grobach? Spójrzmy na kilka z nich…

ASTER – symbol życia, radości, życiodajnego słońca, a tym samym również Chrystusa. W greckim nazewnictwie astra utrwaliło się odniesienie do gwiazdy. W wymiarze świeckim odniesienie do optymizmu, w chrześcijańskim – do nadziei odkupienia. Aster należy do najpóźniejszych kwiatów, szczególnie jego dwa dość wysokie (do 1,5 m) amerykańskie gatunki, które tylko z tradycji zwane są astrami, bo należą do innego rodzaju – Symphyotrichum, o kwiatach niebieskich, fioletowych różowych lub białych – z żółtymi środkami – to aster nowoangielski (popularnie zwany „michałkami” lub „jadwiżkami” i nowobelgijski, zwany „marcinkami” – ich kwiaty pojawiają się jeszcze w listopadzie. Dużą rolę na cmentarzach odgrywają też astry chińskie, włączone również do innego rodzaju – Callistephus.

CHRYZANTEMA – w dniu Wszystkich Świętych pojawia się na niemal wszystkich naszych cmentarzach – w kontekście świeckim jako wyraz pamięci i przyjaźni. Warto też wspomnieć o pradawnym, chińskim odniesieniu chryzantemy do słońca, które w chrześcijańskiej symbolice zbiegło się z odwołaniem do Chrystusa, w czym odnajdujemy podobieństwo do wymowy astrów. W ostatnich dekadach chryzantema stała się jednym z najpowszechniej stosowanych kwiatów żywych i sztucznych.

KALIA – podobnie jak lilia, stanowi symbol czystości, ale także łaski Bożej i zbawienia. Dawniej również magiczny gwarant ochrony przed ukąszeniem (które w kontekście duchowym można odnieść do pokusy i grzechu). Kwiat jest na grobach stosowany w postaci ciętej i sztucznej – często w kompozycji z wieńcami. Coraz częściej kalia obecna jest na zdobieniach dużych zniczów lub innych ornamentów w zdobnictwie cmentarnym.

MIECHUNKA – choć ten bardzo popularny późną jesienią motyw zdobniczy jest owocem, nie kwiatem, warto o niej wspomnieć. Intensywnie pomarańczowe, owoce stanowią bardzo czytelny symbol duszy – ich barwa odnosi się do miłości, a trwałość – do wieczności. Pusty owoc wypełniony jest powietrzem, co zawsze było kojarzone z treścią duchową, a lekkość kierowała myśl ku eteryczności duszy. Istota wypełniona Bogiem, a jednak zachowująca swą tożsamość, którą symbolizują  delikatne nasionka.

NIEŚMIERTELNIK, czyli kocanka ogrodowa – oznacza zachowane w pamięci, trwałe piękno i dobro, a także trwały ból po odejściu zmarłej osoby. W Indiach kwiaty kocanki ogrodowej składane są w ofierze bóstwu śmierci i zniszczenia, Śiwie, uosobieniu przemijalności świata materialnego – stąd Śiwa przedstawiany jest często jako niszczyciel wędrujący po cmentarzach. Choć hinduistyczne odniesienia dalekie są kulturze bieszczadzkiej, to jednak nieśmiertelniki na trwałe wpisały się również w tutejsze odniesienia do przemijania czasu i umierania tego co piękne.

 RÓŻA – kwiat przede wszystkim znany z symbolizowania żarliwej miłości (często trudnej i bolesnej) – w wymowie religijnej związana z Maryją. Kopaliński pisze, że róża oznaczać może serce, mistykę, uduchowienie, modlitwę, natchnienie – ale także śmierć w kontekście zmartwychwstania, miłości i wieczności [Ko 1999]. Pojawiała się często na starych nagrobkach polskich, czasem również żydowskich (tam szczególnie róża dzika). Jako ornament najpowszechniej obserwować ją można na współczesnych pomnikach katolickich.

WRZOS – roślina o silnych konotacjach romantycznych, wnosząca w naszą kulturę nostalgiczne odniesienia do przemijania, w poezji – do spóźnionej miłości, a także bezpośrednio do śmierci, jak u Kasprowicza: Wrzos na granitów podścielisku szarem / spełznął na wieki („Z chałupy”).  Wrzos często też łączył symbolikę śmierci z tematyką żołnierską – i taką wymowę znajdziemy u bieszczadzkiego poety, Jana Szelca: Usłyszałem galop jego krwi / Potem palec położył na ustach / i zakwitły wrzosy… („Ostatnia szarża”). Częściej jednak się zdarzają odniesienia do nostalgii, również tej związanej z bezpowrotnym przemijaniem bieszczadzkiego świata, jak to czytamy u Wojciecha Maciaszka: W pajęczynie ścieżek, wśród wrzosów / Połonin i otryckich skał / Szukam historii bieszczadzkich losów („Obłoki bieszczadzkie rydwany”). W Bieszczadach dzikie wrzosy rosną na opuszczonych pastwiskach i przesuszonych torfowiskach – na cmentarzach nie pojawiają się prawie wcale, z wyjątkiem tych sadzonych.

ZIMOWIT – jedne z najpóźniej kwitnących kwiatów, pojawiające się nawet w listopadzie, stanowią wyraz nadziei na to, że dusza może rozkwitnąć o każdej porze życia. Kwiat ten symbolizuje także proces przejścia przez próg śmierci. Zimowit jest rośliną silnie trującą, co może tylko wzmacniać tę wymowę. W świeckim odczytaniu symboliki kwiatów oznacza melancholię, a także cudowną przemianę ducha.

 
 

Duchy starych cmentarzy – czyli wśród mrocznych bylin…

01 lis

2016_10_bodziszek_czosnek_GROBY BODZISZEK żałobny (kirkut w Rymanowie – po lewej i w środku) oraz CZOSNEK niedźwiedzi (cerkwisko w Rabem – po prawej)

Ziołorośla na starych cmentarzach

Na opuszczonych cmentarzach tworzy się najczęściej ruń sięgająca po uda lub po kolana, którą oprócz wysokich traw tworzy bujna okrywa ziół. Szczególnie częste są tutaj: bniec – biały i czerwony, bodziszek żałobny, dziurawiec czteroboczny, czosnaczek pospolity, czyściec – leśny i błotny. Czasem pojawia się łan czosnku niedźwiedziego, tudzież widać pojedyncze bukiety goryczki trojeściowej lub wzniesione kwiatostany dziewanny pospolitej.

Nazwa BODZISZEK ŻAŁOBNY przywodzić może jednoznaczne skojarzenia, a jeszcze gdy spojrzymy na kolor kwiatów i zwrócimy uwagę, z jak zadziwiającą regularnością ten kwiat pojawia się na starych cmentarzach, trudno nie odnieść wrażenia, że w ręku bieszczadzkiej natury jest szczególnym atrybutem spontanicznej żałoby i wyrazem żalu po tych co odeszli.

W ludowym ziołolecznictwie DZIURAWIEC zajmował szczególne miejsce, jako tzw. fuga demonum, czyli ziele odstraszające wszelkie demony, przez co na cmentarzach gwarantował wieczny odpoczynek. Być może wynikało to z wyciszającego działania tej rośliny, zaliczanej do tzw. ziół księżycowych. W rejonie Wołkowi bukiet suchego dziurawca wkładano pod poduszkę na lepsze spanie – a jak wyżej już wspomniano, sen miał dość mocne związki skojarzeniowe ze śmiercią.

Powszechnie znanym środkiem odstraszającym złe moce, zwłaszcza te wampirycznego pochodzenia, był CZOSNEK – nie tylko ten zwyczajny, znany z ogrodów, ale również dzikie gatunki należące do tego rodzaju, do których w Bieszczadach należał głównie CZOSNEK NIEDŹWIEDZI . A wiadomo, że w Bieszczadach wiara w wampiry była głęboko zakorzeniona. U Bystronia o zwyczajach na dawnej Rusi czytamy: „Czosnku, jak i sil­niej pachnących ziół, bylicy i innych, używa się przeciw urokom i czarom”. Niewykluczone, że dlatego właśnie spotykamy gdzieniegdzie czosnek niedźwiedzi na cmentarzach…

W czasach zarazy, szczególnie gdy ludy całej Europy, również Karpat, były dziesiątkowane przez cholerę lub inną śmiertelną zarazę, Bojkowie używali nalewkę z „tendiawy”. W Bieszczadach była to GORYCZKA TROJEŚCIOWA, której przypisywano nie tylko działanie lecznicze, ale również magiczne, bo też o wywołanie wszelkiego moru zwykle siły nieczyste podejrzewano. Kto wie, czy nie sadzono wtedy również tych roślin jako talizman ochronny przed straszną śmiercią?…

Przedchrześcijańskie odniesienia zachowała DZIEWANNA, która pierwotnie była przez Słowian nazywana „divizną” – w pojęciu potocznym kojarzoną ze słowem dziewa, czyli niezaślubiona jeszcze dziewczyna. Natomiast właściwa, indoeuropejska etymologia tutejszego rdzenia „div” to bóg (u Słowian przybrał on postać demona). „Divo” znaczy też tyle co „pierwotny” lub „żyjący w naturze”, zaś „divy” to słowiańskie rusałki.

Dziewanna była stosowana jako amulet do odstraszania zła, ale także stała się już bardzo wcześnie wyrazem dziewictwa, szczególnie tego związanego z ubóstwem. Stare przysłowie „Gdzie rośnie dziewanna, tam bez posagu panna” być może kojarzone było z zaniedbanymi i jałowymi łąkami, gdzie dziewannę łatwo spotkać. Ale zaniedbanie mogło dotyczyć również spraw duchowych – gdy dziewanna wyrosła na grobie, wierzono, że dusza dopominała się modlitwy. Jan Kasprowicz pisał: A ci się wloką, / świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką, / jak cienie, / do wielkiej się wloką mogiły… / Za nimi DZIEWANNY / z piaszczystych wydm się ruszyły.

Poniżej: DZIEWANNA pospolita w Tarnawie i na panieńskim grobie po stronie słowackiej Bieszczadów, z prawej – na obrazie Malczewskiego

2016_10_dziewanna_GROBY

 
 

Przekraczając rozum…

24 paź

2016_10_WIARA-NADZIEJA-MILOSCŚwięty Andrzej z Hoszowa i Dymitr z Wołosatego (moje wizje na szklanych miniaturkach)

Coraz częściej można się zetknąć z podejściem, że religia jest zaprzeczeniem wiary. To wynik zarówno relatywistycznego podejścia do prawdy, jak też antyświadectwa ludzi podających się za wierzących. Spotykamy się z różnymi definicjami wiary, jak też z jej zupełnie prywatnymi pojęciami. Wczoraj rozmyślałem, czym właściwie jest ta wiara dla mnie – rozpatrując ją w kontekście z dwiema pozostałymi cnotami teologalnymi – nadzieją i miłością. Rozważania te doprowadziły mnie do pewnego schematu, który oczywiście jest tylko uproszczonym szkicem myślowym, nie obejmując całości zagadnienia i nie dając odpowiedzi uniwersalnej. Stanowi dla mnie formę uporządkowania moich osobistych myśli na ten temat. Byłbym jednak wdzięczny za podzielenie się własną weryfikacją tych odniesień do życia duchowego w każdym innym osobistym jego przeżywaniu. Chciałbym też zadać pytanie, czy możliwa jest ekspresja wiary w życiu całej społeczności, jeśli wyjmie się ją z ram religijności?

Według mojego schematu WIARA musi się wspierać na dwóch filarach – na postawieniu zasadniczych PYTAŃ (zadanych uczciwie i odważnie, motywowanych pragnieniem wypełnienia swego życia sensem) oraz na uznaniu TAJEMNICY (transcendencji, która wpisana jest w byt i nasze w nim bytowanie). Bo człowiek mimo usilnych starań nigdy nie będzie w stanie ogarnąć całej prawdy, tak jak nie jest w stanie wyobrazić sobie całego kosmosu w jego nieograniczonej potencji i czasoprzestrzeni). Pytanie wymaga więc całkowitej redukcji w punkcie wyjścia: nic nie wiem, ale mam szczerą wolę poznać główne drogowskazy i za nimi podążać. Tajemnica jest natomiast postawą szacunku wobec przerastającej mnie rzeczywistości – jest zapatrzeniem w ogrom stworzenia i paradoksu, medytacją nad jego Źródłami i kontemplacją całego Istnienia, z nakierowaniem ku jego Horyzontom.

Warto się teraz zastanawiać, czy swoistą kruchtą, przez którą człowiek musi wkroczyć w przestrzeń wiary, nie jest NADZIEJA – bo przecież to w niej musimy najpierw porzucić to, co dotąd okazało się złudne i niewystarczające: ludzką WIEDZĘ (potencję i cały zasób naszego rozumu), jak też ZMYSŁY (opieranie się na danych empirycznych). Dopiero doświadczenie radykalnego SCEPTYCYZMU wprowadza mnie w przestrzeń ufności, której wyrazem jest pokora i cierpliwość… Wreszcie MIŁOŚĆ, którą Paweł Apostoł wskazuje jako cnotę najważniejszą i nieprzemijającą, a która według mnie musi opierać się na filarze OTWARTOŚCI – zarówno wobec Prawdy (tu już używam dużej litery, bo mamy do czynienia z mniej lub bardziej świadomym wychodzeniem ku Chrystusowi), jak też wobec drugiego człowieka. Ale otwartość musi być w miłości zawsze zwieńczona ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ – za SIEBIE (gdy konsekwencja moich działań wynika z uczciwości wobec własnego rozpoznania) – i za INNEGO, gdy otwarcie na drugiego człowieka skłania mnie do współprzeżywania jego sytuacji i gotowości do ofiarowania się za niego.

 

Między mieczem a ogołoceniem…

29 wrz

2016_09_MIECZ-a-CHRYSTUS

Na zamku w Sanoku: po lewej – średniowieczny miecz (na tle Michała Archanioła z mieczem). Po prawej – inna wersja tej ikony z Karpat. W środku – ogołocony Chrystus z XVII-wiecznego ołtarza.

Czasem praktykuję przypadkowe otwieranie Biblii (choć w tym przypadku w przypadki nie wierzę). ;) Takie czytania potrafiły mi już niejednokrotnie coś ważnego w życiu naświetlić. Tym razem jednego dnia w dwóch niezależnych czytaniach natrafiłem na dwa osobne wątki o mieczu. Pierwszy z Ewangelii Łukasza: I rzekł do nich: «Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?» Oni odpowiedzieli: «Niczego». «Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! (Łk 22,35-36). Drugi werset dotyczy pokoju: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową. (Mt 10,34-35).

Ostatni fragment jest dość jednoznaczny w swej wymowie. Jezus nie ma zamiaru budować jakiegoś długotrwałego pokoju na ziemi, bo świadom jest upadłej natury człowieka, która nieustannie będzie ciążyć ku konfliktom. To w naszym duchowym życiu ma nastać pokój Chrystusowy – nie w przestrzeni politycznej czy nawet rodzinnej (choć niewątpliwie dążyć do tego trzeba). Pokój zaś wewnętrzny osiągamy, gdy tylko całą duszą skłonimy się ku Dobru i Prawdzie. Bo świat i tak pozostanie skażony ciągłym konfliktem. Nawet przy obustronnie dobrej woli może dochodzić do poróżnień. Ani wspomniana tu synowa, ani teściowa, nie muszą być przecież osobami złymi – a mimo to nie potrafią dojść do porozumienia… Bardziej zastanowił mnie jednak ten pierwszy fragment Ewangelii, który zdaje się całkowicie zaprzeczać coraz bardziej rozpowszechnianej wizji Chrystusa-pacyfisty, zawsze tylko nadstawiającego drugi policzek…

W cytowanym wezwaniu Jezusa miecz występuje wespół z trzosem i torbą. Owszem, wszystkie te akcesoria mogą być tylko obrazem jakiejś duchowej roztropności. Jeśli jednak torba i trzos (pas z kieszeniami) są symbolem przyzwolenia na dysponowanie środkami materialnymi, to miecz staje się wezwaniem, by wobec zła nie pozostawać całkowicie bezbronnym. Ktoś może tu zadać pytanie o samego Jezusa – przecież nie bronił się przed męczeńską śmiercią. Ale też Jezus mówi dalej: „To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu” (Łk 22,37). Kresem jest doskonała ofiara Krzyża, która oczywiście godna jest naśladowania w wymiarze indywidualnym. Gdy jednak chodzi o obronę innych, zwłaszcza w obliczu zagrożenia złem, Jezus wzywa do uzbrojenia się w oręż. Bo czy chwytanie za broń w chwili najazdu barbarzyńców (obojętnie czy będą spod znaku półksiężyca, swastyki czy czerwonej gwiazdy), nie będzie postawą miłości wobec tych, których bronimy? Czy obojętność lub ucieczka byłaby tu postawą ewangeliczną?

 

Barwinek – brama do dawnych światów i okno nadziei w pośmiertną przyszłość

23 cze

2016_06_barwinek_cmentarze

Barwinek (Vinca minor), cieszący się tak bogatą gamą kulturowych odniesień i tak głęboko w naszą historię zakorzeniony – na grobach w Hoszowczyku (w środku) i w Wołosatem (po bokach)

Naturalny składnik runa w lasach grądowych na pogórzu, dziś bardziej znany ze stanowisk wtórnych, gdzie przez dawnych Bojków i Łemków był przenoszony. Barwinek, tak często w Bieszczadach porastający stare cmentarze, kapliczki i cerkwiska, radzi sobie z konkurencją innych roślin doskonale – często przeżywając wszystkie pomniki nagrobne i jako jedyny wskazując na dawne miejsca pochówków. Roślina do dziś często używana do zdobienia kościołów i cerkwi – z uwagi na jej mocno utrwaloną symbolikę dotyczącą życia wiecznego… Dziś widać już jego ostatnie kwiaty (kwitnie w maju i czerwcu) – czasem powtarzając kwitnienie późniejszym latem, ale zimotrwałe liście zachowuje przez cały rok, również zimą. Nie zamierają mimo najsroższych mrozów, stąd ich odniesienia do nieśmiertelnej duszy. Barwa kwiatu wiedzie ku skojarzeniom z niebem. Łatwo zakorzeniający się pęd, szybko tworzący zwarte kobierce – to obraz ożywczego niesienia i zakorzeniania Dobrej Nowiny, a lecznicze działanie tej rośliny – może sami spróbujecie odpowiedzieć, jaki mogło mieć wpływ na symbolikę?

 Liście barwinka zawierają alkaloidy obniżające ciśnienie krwi. Obecna w barwinku winkamina stosowana jest jako lek przeciwskurczowy, głównie na dolegliwości wieńcowe, choć jednocześnie w większych dawkach może być trująca. Ksiądz Baroni zalecał go na wspomaganie całego układu krwionośnego. Napar był stosowany zewnętrznie na okłady – głównie na drobne zranienia. Nalewka zażywana w postaci kropel przez niektórych bywała też zalecana w stwardnieniu rozsianym (młode pędy zalane 95 % spiritusem i na 2 tygodnie odstawione). W południowych regionach Polski (Wallis 1995) świeżymi liśćmi okładano szyję chorego na gardło. Ziele to było również zewnętrznie stosowane na Ukrainie – jako środek gojący rany, a wewnętrznie – na krwawienia jelitowe i maciczne (Wołynczenko 2002). Młode liście z octem spożywano po ukąszeniu żmii lub owadów. Zaś kwitnące pędy zalane winem służyły do hamowania upławów. W czasach Pliniusza (I wiek) barwinek znany był jako „ziele zębowe” – przy bólach zębów usta płukało się jego wywarem. Syreniusz (XVI w.) podawał, że barwinek przewiązany u łona miał przed poronieniem chronić. W ukraińskiej części Karpat Wschodnich stosowało się go również jako środek krwiotwórczy i oczyszczający. W średniowiecznej Francji ziele to nie miało tak jednoznacznych konotacji i zwano je „fiołkiem czarownic”, co wynikało z powszechności magicznego stosowania. Z kolei Słowianie wierzyli, że to właśnie barwinek chroni od wszelkich złych mocy, również od czarownic. W ludowej obrzędowości Karpat ulistnionymi pędami przyozdabiano też koszyczki z wielkanocną święconką i wyplatano z nich panieńskie wianuszki (Siarkowski 1890). U Bojków wiązał się z ceremonią zaślubin, dlatego niezamężnym pannom wkładano do trumny wianek z barwinka (Falkowski,  Pasznycki 1935). W okolicy Wołkowyi przed Weselem zdobiło się chałupy (okna i drzwi) plecionkami z barwinka, a barwinkowe wianki ze wstążkami, stosowane były jako naznaczenie młodożeńców.

 Skąd się biorą te wszystkie nasze subiektywne relacje do roślin? Czy bardziej wpływ na to mają dawne WIERZENIA? (które często w sposób zupełnie podświadomy przekazywane są z pokolenia na pokolenie – jako emocjonalne podejście do określonych roślin), utrwalone w kulturze MOTYWY? (w malarstwie, literaturze, poezji itd.), FUNKCJE LECZNICZE? (sposób fizjologicznego oddziaływania na nasz organizm), a może sama BIOLOGIA i MORFOLOGIA? (cechy budowy i sposób „zachowania”, czyli wrażenia wizualne, w których odczytujemy różne treści), czy też całkiem indywidualne i osobiste SKOJARZENIA? (czyli aspekty wiążące daną roślinę z różnymi wydarzeniami w naszym życiu). Nie bez znaczenia pozostaje łacińska nazwa - barwinek zwany mniejszym (minor) staje się prawdziwym gigantem w zakresie symboliki życia duchowego… A może jeszcze inne aspekty, których tu nie wymieniłem?…

Literatura:
  • Falkowski J., Pasznycki B. 1935. Na pograniczu Łemkowsko-Bojkowskiem. Prace etnograficzne. Wydawnictwo Towarzystwa Ludoznawczego. Lwów.
  • Siarkowski W. 1883. Legendy o zwierzętach, drzewach i roślinach. Zwak, Kraków.
  • Wallis Stanisław 1995. Stanisława Wallisa zielnik roślin leczniczych i magicznych. Muzeum w Chorzowie.
  • Wołynczenko W. A. 2002. Lekarstwiennyje trawjanyje zbory. 3600 cjelitelnych receptow. Izdatjelstwo Act, Izdatjelstwo Stałker, Donieck.
 

Historia bojkowskich wołów – w bukach zapisana…

09 cze

2016_06_Wincenty_Pol_buczyny_pastwiskowe

Buczyny popastwiskowe – po prawej stary, olbrzymi buk, spod którego wypływa źródło (może to o nim pisał Wincenty Pol?) – w środku historyczne zdjęcie stoków Wetlińskiej, odlesionych przez bojkowski wypas.

Dziś w całości oddam głos naszej narodowej literaturze, w której nie brakuje pięknych stronic poświęconych Bieszczadom. A rzecz będzie o dawnym pasterstwie – i połączeniu go z dzisiejszą fizjonomią bieszczadzkich lasów. Wincenty Pol w 1869 roku tak o Bieszczadach i tutejszych wołach pisał:

„Wielkie równiny obiegły olbrzymi łuk
Karpat i trzy rasy stepowego bydła, węgierskiego,
wołoskiego i podolskiego wołu, zetknęły się na
„Beskidzie, a odrębny rodzaj paszy wydał tak zwane
•werhowyskie woły. Ani wół z kampanii rzymskiej
nie jest okazalszy: rogi i kształt biorą od wę-
gierskich wołów, ale wagę, budowę kości i ogrom
biorą od podolskiego wołu.

Gdy spojrzyć na stado
takich werchowyskich wołów, zdaje się jak gdyby
z suchego lasu wychodziły, tak ogromne sterczą po
nad stadem rogi, przytem ma to bydło wielkie zalety,
bo z ręki przez długą zimę chowane jest łagodne,
uczne, nakłada się łatwo do jarzma, jest w orce
spore, bo ma krok bardzo duży, nie bodzie i nie
ma narowów. Nieraz z zadziwieniem patrzałem na
małego chłopczynę lub małą dziewczynkę jak sześć
i ośm takich rogaczy prowadziła do wody, z jaką
powolnością szły za nią, lub wracały przed nią od
wody, oglądając się co chwila i porykując z cicha,
jak gdyby się bały, żeby im dziecko nie zginęło,
które niemi rządzi.

Przypatrywałem się takiemu stadu werchowyrskich
wołów w Siankach na Beskidzie, siedząc w cieniu
starego buka, z pod którego korzeni San srebrnym
wypływał potokiem… Tu u źródeł Sanu w tem
uroczysku ziemi były pokoszone łąki dokoła i wonnem
sianem pachniał cały Beskid, — a myśl biegła
z szumnym potokiem w równiny o mil kilkadziesiąt,
gdzie pod wysokiem brzegowiskiem starego Sandomierza
San domierzył Wisły!.. Ostatnie to wody górskie,
które Wisła z sobą zabiera…” * (1)

Jako pamiątka po dawnych wołach ostały się jeszcze malownicze buczyny popastwiskowe, które raz przybierają postać dziwacznych, olbrzymich mioteł – innym razem wprowadzają nas do baśniowego lasu.  Fantazyjnie powykręcane, zgrubiałe i guzowate konary oraz głęboko wydziuplone pnie mogą snuć niejedną opowieść, przywodząc przed oczy minione kształty świata Bojków.

*(1) Wincenty Pol, Północny wschód Europy – w: „Obrazy z życia i natury” Serya I. Tom 1., str. 214 -
http://rcin.org.pl/Content/4632/WA51_2713_PAN32475-t1-r1869_Obrazy-z-zycia.pdf

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bieszczady, Biologia, Historia