RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Duchowość’

LĘKI, MĘKI i JĘKI – między rozpaczą a nadzieją…

09 lip

2017_07_Bledne_kolo (bluszcz) - Jacek Malczewski

„Błędne koło” Jacka Malczewskiego (fragment)

Trudno sobie wyobrazić człowieka pozbawionego lęku – nie strachu przed realnymi i bieżącymi zagrożeniami, ale lęku, który nie daje się tak łatwo racjonalizować. Czy lęki dotyczące projekcji zdarzeń, które są odległe lub mało prawdopodobne, należy traktować jako przejaw nerwic i innych zaburzeń? Jaką rolę odgrywają w naszym życiu? Przychodzi mi na myśli tylko jedno: lęki stanowią wyzwanie do ciągłego przebijania się przez ciasną powłokę egzystencjalnego tu-i-teraz. Bez lęku człowiek łatwo zgnuśniałby w swej próżności i lenistwie, w letargu przyzwyczajenia i samozadowolenia. Podobną rolę spełnia cierpienie – choć ono jest już znacznie bardziej osadzone w realności – a jednocześnie zanurzone głęboko w mrokach tajemnicy, wobec której próżne się staje wszelkie wymądrzanie z pozycji człowieka, który cierpienia nie doświadcza.

Cierpienie w znacznej mierze stanowi podstawę lękowej świadomości, bo zaczyna się już tam, gdzie następuje jego projekcja. Człowiek odpowiedzieć może na swe lęki, jak i na samo cierpienie, w diametralnie różny sposób: buntem lub zawierzeniem. Zgorzkniałość, narzekanie, przeklinanie – to tylko pożywka dla lęków i cierpień, które na tym podłożu jeszcze bardziej wzrastają. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek wchodzi w rolę sędziego, szukając w tym świecie sprawiedliwości – a tym samym również winowajców zła. Bo lęk i cierpienie niewątpliwie jest złem (brakiem dobra), czy – jak kto woli – jego konsekwencją. Znajdując winę w innym, popadamy w złość, a nawet w bluźnierstwo. Znajdując ją w samym sobie – w rozpacz, jeśli tylko ta wina przesłoni nam przestrzeń nadziei.

I tu przed nami odsłania się kolejne słowo-klucz: nadzieja, która wzrasta na glebie podlewanej wdzięcznością i użyźnianej poczuciem przemijalności wszystkiego, co dotyczy tego świata. Jedynym lekarstwem na chorobę potęgujących się lęków i cierpień jest więc świadomość obdarowania. Doświadczenie w życiu bezinteresownego dobra (bo dobro zawsze jest bezinteresowne), pamięć o osobach, które je przyniosły i chwil szczęścia, jakie w nas to dobro wzbudziło – to właśnie pokarm nadziei. Podobnie jak przeżycie piękna czy napełnienie duchem mądrości, stany te bywają w naszym życiu ulotne i krótkotrwałe. Niezwykle ważna jest więc ich kontemplacja i afirmacja. Dopiero duchowe zogniskowanie się na tych refleksach Bożej obecności pozwala na przeniesienie ich potencjału na realne życie. Projekcja przyszłości nastrojona wdzięcznością potrafi zachwycić jak piękny kwiat, który z czasem dojrzewa w owoc nadziei…

 
Komentarze (48)

Napisane w kategorii Duchowość, Psychologia

 

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Trzcinowe miary w sferze ducha…

18 cze

Trzcina_Chrystus_06_2017Chrystus z berłem trzcinowym (w sztuce bieszczadzkiej jest to raczej pałka wodna) – na współczesnym nagrobku (Zagórz) i XVII-wiecznym ołtarzu (Sanok) – oraz prawdziwa trzcina (Phragmites australis).

Trzcina jako berło radykalnie odmienne od ziemskich insygniów władzy. Atrybut szyderstwa, a zarazem władzy pochodzącej nie z tego świata: „Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego” (Mt 27,29)

Symbol cierpienia i osamotnienia. Tu trzcina staje się czytelnym odniesieniem do separacji między agresorem i jego ofiarą, a zarazem między grzesznikiem a Bogiem: „Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić” (Mk 15,36)

Obraz kruchej kondycji człowieka – i szacunku wobec jego wolności. Bóg nie ingeruje w zło, które człowiek wybiera. Tak jak nie powstrzymał ręki z gwoździami wbijanymi do krzyża, tak nie stanął na drodze holokaustu… „Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.” (Mt 12,20).

Miara wszelkiej wielkości. Materia najbardziej krucha staje się miarą tego, co silne i monumentalne: „A ten, który mówił ze mną, miał złotą trzcinę jako miarę, by zmierzyć Miasto i jego bramy, i jego mur.” (Ap 21,15)

 Jedyna miara świętości. Kruche dobro, podatne na złamanie przez żywioły tego świata, staje się wyznacznikiem tego, co prawdziwie święte: „Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta, i powiedziano: «Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, o wielbią w niej Boga.” (Ap 11,1)

 

Statyka czy dynamika? Między Duchem a Tradycją…

04 cze
2017_06_Zesłanie_Ducha

Motywy zesłania Ducha Świętego bywały wyrażane bardzo statycznie – u góry: włoski obraz Duccio di Buoninsegna (XIV w.) i wschodnia ikona (na podst. XV w.).  Ale też miewały charakter niezwykle ekspresyjny – u dołu: Tycjan (1545) i El Greco (1600). Na tle obrazu „Zielone Świątki” Piotra Suchodskiego (1884)

Czy tradycja musi pozostawać w opozycji do ożywczego powiewu Ducha? Warto na samym początku wspomnieć, że katolicka myśl teologiczna dosyć ostro oddzielała zwyczaj od tradycji, czasem nawet je sobie przeciwstawiając. Thomas Merton pisał, że zwyczaj jest jak pasożyt, który potrafi tak silnie zespolić się z tradycją, że z czasem przestajemy jedno od drugiego rozróżniać. Zwyczaj czerpie z tradycji soki i tak doskonale potrafi ją udawać, że tamta w końcu całkiem zamiera, ustępując miejsca groteskowemu, częstokroć rygorystycznie traktowanemu formalizmowi. Taki kanon skostniałych zwyczajów w istocie staje się swoistym bałwochwalstwem – kultem rutyny, a jednocześnie zakamuflowaną postacią konformizmu.

W bezrefleksyjnym przestrzeganiu zwyczajów czujemy się bezpiecznie, bo odsuwamy od siebie zarówno egzystencjalne lęki, jak też wygaszamy niepokoje sumienia. Taki stan działa usypiająco wobec duchowej czujności i wrażliwości, w którą każdy został mocą Ducha wyposażony. Prawdziwa tradycja jest otwarta na nowe horyzonty – jest bowiem świadomością przebytej drogi i kryje w sobie pamięć o całym procesie dochodzenia do Prawdy. W ten sposób zachowuje żywą świadomość, że duchowość nie jest stabilnym ołtarzem, ale dynamiczną drogą. Zesłanie Ducha Świętego wpisuje się w tą tradycję, odsłaniając nowy horyzont w świetle konsekwencji tego, co już było, łącząc przeszłość z przyszłością. Czy zatem El Greco i Tycjan lepiej ujęli to zdarzenie, widząc w nim ożywioną dramaturgię? Chyba nie – wyrazili to tylko inaczej, bo przecież to, co się dzieje za sprawą Ducha, nie musi być dynamiczne na zewnątrz, przełamując przede wszystkim wewnętrzne bariery formalizmu.

Formalizm jest martwy i zamknięty na przestrzeń duchowego wzrastania. Żyjąc lękami naruszenia swej stabilności, nie dopuszcza do siebie powiewu Ducha Świętego. Tym samym jest również zatrzaśnięty na drugą osobę – zarówno na Boga, jak i na żywego człowieka, zastępując go figurą totemiczną lub abstrakcyjną. Dlatego też tradycja jest ze swej natury twórcza i ożywiająca, a wszelka niechęć do niej bierze się z owego pasożytowania formy na treści. Chciałbym być jednak dobrze zrozumiany – jeśli chcemy mieć udział we współczesnej Pięćdziesiątnicy, nie musimy walczyć z pięknymi zwyczajami, które nas otaczają. Wystarczy tylko mieć świadomość, że to są tylko drogowskazy. Tradycja jest jak samochód, którym zmierzamy do celu – nie może być jednak celem. Tradycja jest też jak droga, która nie stanowi domu, ale do niego prowadzi, stanowiąc jego żywą obietnicę.

 
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Duchowość, Tradycja

 

Między mrokami puszczy a horyzontami połonin…

09 maj

2017_05_Wyspa_MertonPuszcza może stać się dla nas duchową pułapką, skłaniającą do szukania własnej dziupli – albo wyzwaniem, by wspiąć się ponad nią, na połoninę, doświadczając pełnej wolności…

Otrzymałem dziś zamówioną paczkę z książkami Thomasa Mertona – w tym słynną „Siedmiopiętrową górę”, którą zostawiam sobie na później. Zacząłem od skromniejszej pozycji – „Nikt nie jest samotną wyspą”. Merton dotyka w niej dramatu człowieka rozpiętego między pragnieniem sensu - wpisanym w jego najgłębszą istotę – a pokusą odczytania powszechnego bezsensu, uwalniającego od wszelkiej odpowiedzialności i oferującego narkotyk dryfującej beztroski. W każdym z nas tkwi ta ziemia obietnicy i wygnania – wyboru na przemian kreatywnej wolności i ślepego determinizmu. Ten stan bolesnego rozdarcia może się stać zarówno źródłem przekleństwa, jak i błogosławieństwa…

Rozdarcie to stanowi wyzwanie dla każdego z osobna, bo nikt nie może ci powiedzieć, kim jesteś – i co stanowi sens twego istnienia. Ty także nie możesz nikogo w tym zakresie oświecić. To droga, którą musimy podjąć samotnie, choć wiedzie nas ku rozdrożu, otwierającemu przed nami drogę na pustynię zbielałych kości lub ku pustelni, która jest pełna żywej obecności. Bo każdy z nas po części taką pustynią i pustelnią żyje – czasem przeważa jałowy piasek, innym razem samotność przeradza się w poczucie szczególnej więzi… Jednak wrodzone lenistwo skłania nas często do szukania łatwych rozwiązań. Staje się to idealną pożywką dla rozmaitych konformizmów, pustych pasji czy ideologii. Dlatego, jak pisze Merton: „optymistyczny pogląd na życie nie zawsze jest owocem cnoty”.

Wchodząc w dziewiczą puszczę pytań, które rodzą się z najgłębszych lęków i pragnień, stajemy przed dwoma rodzajami niepokoju. Pierwszy rodzi się z braku odpowiedzi na postawione pytania – to stan naturalny, prowadzący na połoninę nadziei, z której otwiera się szeroki horyzont wiary. Drugi jest mroczną czeluścią, jaka może usidlić człowieka, zanim podejmie jakikolwiek krok ku górze. To lęk przed samym stawianiem pytań. Grzęźniemy wtedy w bagnie lenistwa lub rozpaczy. Albo wchodzimy w zmurszałą dziuplę, tworząc z niej własny dom - strojąc się w pióra mądrych pytań i błyskotliwych odpowiedzi. Ale sytuacja bagna i dziupli, stanowić może również zarodek nadziei – jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku…

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Życie

 

Merton – między duchem a ciałem

06 maj

2017_05_ziarna_kontemplacji_MertonPrzytulenie drzewa nie wymaga jego zrozumienia – tak jak wejście na most nie wymusza znajomości jego konstrukcji…

Kupiłem na prezent książkę Tomasa Mertona „Nowe ziarna kontemplacji” i jeszcze w księgarni po uszy wsiąkłem w tę lekturę. :) Merton pisze, że kontemplacja jest przeciwieństwem kartezjańskiego „Cogito ergo sum” – żeby w nią wejść, trzeba właśnie porzucić swoje „cogito”. Intensywna myśl w dwójnasób potrafi stawać tu w opozycji – po pierwsze dlatego, że staje się formą jałowej aktywności, próbując tworzyć coś od siebie (zasłaniając tym samym obraz rzeczywistości); po drugie – nastawiona jest na umacnianie swej fałszywej, partykularnej jaźni. W efekcie łapie tylko cień istnienia – fałszywą tożsamość „to-ja” oraz iluzję bytów obok „tamto-on”. Połączenie ze swoim „ja” prawdziwym i nienazwanym możliwe jest tylko przez własne OTWARCIE na przepływ rzeczywistości w jedynym Bogu – bo prawdziwe ja nigdy nie dąży do potwierdzania samego siebie. Z całego „cogito ergo sum” pozostaje tylko „sum” – jestem. Jeśli człowiek szuka potwierdzenia swego istnienia w myśleniu, kurczowo trzyma się swej subiektywnej jaźni, bojąc się opuścić swój ciasny pokoik, by zobaczyć prawdziwy świat – uznaje więc swoje wnętrze sztucznej jaźni za cały świat. Kontemplacji nie jest potrzebny ani intelektualny wysiłek (cogito), ani żadna konstrukcja zależności (ergo).

Kontemplacja nie może być celem wykalkulowanych ambicji, dlatego Merton nie zaleca sięganie po nią w sposób programowy – zwłaszcza wtedy, gdy czynimy z niej kolejne zadanie swego życia. Dlatego dużą trudność z kontemplacją mają ludzie z natury swej aktywni i pragmatyczni, osiągający życiowe sukcesy. Stosunkowo łatwo i spontanicznie wchodzą w nią natomiast ludzie, którzy z natury swej są wobec żywiołów tego świata nieporadni – szczególnie gdy zderzyli się z jakimś poważnym kryzysem.  Jednak wielkim błędem byłoby uważać kontemplację jako ucieczkę od świata fizycznego. Nic bardziej mylnego! Ucieczka od rzeczywistości nie wyzwala nas od fałszywej (zewnętrznej) jaźni – bo to właśnie ona jest tym światem, który może się stać przekleństwem. Pogarda do fizycznego stworzenia to w istocie nienawiść do jego Stwórcy – to oskarżenie, które próbujemy zrzucić z siebie na innego – jak biblijny Adam oskarżył Ewę, a ona węża. Również nasze ciało nie jest źródłem zła – bo negacja cielesności jest takim samym samobójstwem prawdziwej tożsamości, jak negacja swej duszy. Merton idzie tu dalej – samo oddzielanie duszy od ciała jest negacją tego świętego małżeństwa ducha i materii.

I tutaj wyłania się przed nami istota najgłębszej relacji człowieka – ukierunkowania do swego Stwórcy, który wcale nie potrzebuje być nazywanym i określanym. Bo każda idea Boga mówi więcej o nas samych, niż o Nim – pisał Merton. Każde przebudzenie wychodzące poza zewnętrzną jaźń implikuje pewien rodzaj śmierci, którego panicznie się lękamy. Na koniec znów zacytuję Mertona: „Umysł, który jest więźniem konwencjonalnych idei, i wola, która jest więźniem własnego pragnienia, nie potrafią przyjąć ziaren nieznanej prawdy i nadprzyrodzonego pragnienia.” Stąd przyszło mi na myśl skojarzenie z mostem, który został dla nas przerzucony przez rwącą rzekę zjawisk. Próbując budować własne mostki, skazani jesteśmy na ich nieustanne zrywanie przez nurt tego świata. Bo brzeg materii (immanencji) połączony jest z brzegiem ducha (transcendencji) tylko jedynym mostem. Syn-Logos, obecny w każdym, kto podejmuje w Jego kierunku krok otwarcia, stanowi dwa przyczółki po obydwu stronach rzeki – Syna Człowieczego i Syna Bożego, będąc oparciem dla jedynego przęsła, jakim jest Duch Święty, zachowujący zdolność dwukierunkowego przepływu Bóg-człowiek, dusza-ciało, duch-materia. W chwili obecnej nie znamy jeszcze drugiego Brzegu …ale w każdej chwili możemy po prostu wejść na Most.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara

 

Mistyka biało-czerwonej chorągwi

03 maj

2017_05_Biało_Czerwoni_Ustrzyki Dolne - kilka lat temu na tym bloku powiewała tylko jedna flaga – dziś widać je z góry na dół…

Według heraldycznej symboliki biel oznacza niewinność i czystość, a czerwień – męstwo i poświęcenie. Akurat jestem w trakcie lektury o kontemplacji i w tym kontekście przyszło mi na myśl, że ta prosta kolorystyka wpisuje się w samą głębię mistyki. Chodzi o stosunek akcji do kontemplacji, wdechu do wydechu. Każde duchowe działanie, aby mogło być owocne, musi być poprzedzone aktem wewnętrznego oczyszczenia – dlatego biel widnieje ponad czerwienią.

Biała barwa naszej flagi to czystość – ale w głębokim, duchowym wymiarze tej wymowy chodzi o szczególny jej rodzaj, który obejmuje wyrzeczenie się swoich przywiązań, iluzji, pożądań i chęci odwetu za wszelkie zło. To jednocześnie gotowość do chłonności wobec pełnego wymiaru prawdy i dobra. Natomiast czerwień to wkład każdego z nas w to wspólne Dobro – i w Prawdę, która ma moc wyzwalającą. Czerwień to każde słowo, każdy czyn, każda kropla krwi.

I teraz najważniejsze: gdy brakuje bieli (wycofania, oczyszczenia, chłonności na osobowy i metafizyczny wymiar dobra), pozostaje nam tylko „czerwony sztandar”, czyli propozycja własnej idei narzucanej przemocą. Kiedy zaś poprzestajemy na tymże biernym wycofaniu, rezygnując z aktywnego kształtowania świata wartości, redukujemy biało-czerwony wymiar do nijakiej bieli – opacznie pojętej tolerancji, która de facto jest wywieszeniem białej flagi. To kapitulacja wobec każdego ataku na świat wartości.

 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Polski romantyzm vs zachodni pozytywizm

25 mar

2017_03_ROMANTYZM Modlitwa konfederatów barskich (Grottger)Modlitwa konfederatów barskich, Artur Grottger 1860

Często słyszymy utrwalony stereotyp, że Polacy są niepoprawnymi romantykami – że do dziś nie potrafiliśmy zamknąć za sobą drzwi do krypty Słowackiego i Mickiewicza. Zapewne jest w tym dużo prawdy, ale spójrzmy też na to z drugiej strony. Czy taka ocena Polaków nie wypływa z silnej polaryzacji Europy? Zapatrzeni w cywilizacyjny sukces Zachodu zatraciliśmy zdolność pełnego widzenia, jak silnie dziś skażona jest ta część Europy ideologią pozytywistyczną… Chciałbym tu szczególnie zogniskować się na myśli dwóch filozofów – Augusta Comte’a i Johna Milla. Wielki demontaż Kościoła i całej duchowości, jaki nastąpił po rewolucji francuskiej, pozostawił pustkę, którą trzeba było czymś zapełnić. Comte wprowadził więc w obieg pojęcie „religii ludzkości”, która w skrócie opierała się na swoistym tłumaczeniu zasad altruizmu: człowiek silny pomaga słabemu, za co ten słaby oddaje mu swoje uwielbienie. W ten sposób ludzkość stała się jednocześnie bogiem, mesjaszem (odkupicielem) i ludem odkupionym.

Warto tu jednak zauważyć, że sam Comte stanowczo odcinał się od ateizmu, uważając celowość świata za bardziej prawdopodobną od przypadkowości. Było mu też równie daleko do empiryzmu, który traktował jako skrajność równą mistycyzmowi. Odcinał się także od materializmu, uważając materię za taką samą fikcję (!), jak pojęcie duszy. A fikcje według Comte’a wytwarza w człowieku zarówno intelekt (w postaci metafizyki), jak i uczucia (kształtujące mitologię). Nękany chorobą psychiczną, Comte nie mógł stanowić osobowości zrównoważonej i poukładanej (co znajdowało wyraz w jgo życiu osobistym). Mimo to zdołał się głęboko zakorzenić we francuskiej myśli, utrwalając w niej podejście deistyczne, które z czasem powszechnie ewoluowało w radykalny ateizm. Wpłynął też znacząco na społeczne życie Francuzów – szczególnie na ówczesne elity, coraz silniej zwracające się w stronę masonerii. Comte był twórcą samego pojęcia „pozytywizm”, dając też podwaliny pod panującą do dziś ideologię totalnego relatywizmu, wyrażającą si jego słowami: „Jedna jest tylko maksyma bezwzględna – że nie ma nic bezwzględnego.”

Współczesnym Comte’owi propagatorem pozytywistycznego liberalizmu na Wyspach Brytyjskich był John Mill – syn Jamesa Milla, twórcy idei utylitaryzmu. James Mill postanowił w ramach eksperymentu wychować syna w duchu swej ideologii, izolując go od otoczenia. Eksperyment się powiódł – indoktrynacja zrobiła swoje. I choć John w wieku 21 lat przeżył z tego powodu silne załamanie nerwowe, to jednak z duchowego balastu do końca wyzwolić się nie potrafił. Pozostał zagorzałym liberałem i empirystą, na każdym kroku zwalczającym filozoficzny aprioryzm i uniwersalizm. W procesie poznawczym zręcznie połączył indukcję z dedukcją, wywodząc obydwie z doświadczenia (eksperymentalizm). Cały jednak dorobek nauki kierował w stronę utylitaryzmu. To z kolei stało się zaczynem pod anglosaski pragmatyzm, wprzęgając etykę w kryterium użyteczności. Pragmatyzm w znaczącym stopniu przyczynił się do ustanowienia kultu sukcesu – i do przedkładania go nad światem klasycznych wartości. Z pewnością dało to mocny impuls dla technicznego rozwoju anglosaskiej cywilizacji. Czy jednak nie było wykrojeniem z niej duszy?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Naród

 

Obumieranie świata – i nadzieja cudzych butów…

12 mar

2017_03_stare_buty_Obumieranie starych chałup na Strwiążku (dzielnica Ustrzyk Dolnych)

Bywa czasem, że jakieś oczywiste słowa w konkretnym momencie przemówią do nas mocniej. Tak było dziś z dwoma, zupełnie osobnymi zdaniami papieża Franciszka, który przed chwilą powiedział: „Jeśli ktoś z Chrystusem umiera, z Chrystusem zmartwychwstaje”. Przypomniało mi się też, że kiedyś, przy innej sposobności powiedział też: „Aby komuś pomóc, trzeba wejść w jego buty”. Kiedy nad tym myślałem, te dwa osobne zdania połączyły się w jedno…

Pierwsze przesłanie otwiera nas na istotę umierania. Nie tylko tego ostatecznego, w sytuacji granicznej - ale też tego, które się w nas każdego dnia dokonuje. Czasem to rezygnacja z prawa do czegoś, z własnego zdania, z bycia „kimś” w oczach innych. To gotowość zapomnienia o sobie – bo tylko w takim formacie dokonuje się dobro. Jak bardzo przeszkadza w tym świadomość własnego „ja”, może dać wyobrażenie sytuacja, gdy np. czytając książkę, próbujemy myśleć o procesie czytania – nie ma siły, by nie zgubić wtedy wątku.

W drugim przesłaniu buty stają się obrazem odmiennych przyzwyczajeń, pragnień i wyobrażeń, jakie nosi w sobie drugi człowiek. Aby wejść w „cudze buty”, muszę więc zostawić na boku własne, wygodne obuwie. A wdziać buty, które nie zawsze będą miłe – czasem stare, zniszczone, przesycone niemiłym zapachem i dopasowane już do zupełnie innej stopy… Zanim wejdę w czyjeś buty, muszę stać się bosy – bezbronny i obnażony, muszę wejść w kontakt z surową ziemią, narażony na ciernie i błoto…

 

Relacja przełamująca separację…

05 mar

2017_03_Beksinski_relacje_separacjeRelacyjność wobec radykalnej separacji śmierci (na bieszczadzkich nagrobkach) i separacji światów wewnętrznych (na obrazach Beksińskiego)

Gdy zadałem komuś pytanie „co to znaczy żyć w dobrej relacji?”, otrzymałem odpowiedź „to proste – być życzliwym dla kogoś”. Taka odpowiedź prowokuje jednak do następnego pytania: „co to znaczy dobrze komuś życzyć?” Czy nie bywa często tak, że to JA wiem, co dla kogoś jest dobre – i według tej „wiedzy” spełniam czyjeś życzenia? Czuję się wtedy życzliwy – a że ktoś tej życzliwości nie potrafi docenić, to już nie mój problem. Tak często w tej naszej „życzliwości” się rozmijamy, że wyraźnie brakuje w niej czegoś zasadniczego. Może zwykłej otwartości, by najpierw poznać, co dla drugiej osoby jest ważne? Jaka jest jej wrażliwość? W jaki sposób widzi i czuje ten świat?

Bez uważnego wsłuchania się w czyjś głos, nawet najbardziej wyrafinowane formy dogadzania staną się tylko zakamuflowanym egoizmem. Wyrażać się one będą w apodyktycznej „posłudze”, która dla obiektu tych starań będzie tylko formą osaczenia i zniewolenia, a dla osoby dogadzającej - balastem próżnych wysiłków i źródłem rozdrażnienia z powodu „niewdzięczności”. Co jednak sprawia, że tak często realizujemy tylko własną WIZJĘ „uszczęśliwiania” drugiego człowieka? Myślę, że przyczyna tkwi w dwóch płaszczyznach: egzystencjalnej, wynikającej z radykalnej separacji między naszymi światami – i aksjologicznej, wyrażanej w braku woli wniknięcia w świat drugiej osoby. A wpływ mamy tylko na tę ostatnią.

Jedynie wsłuchując się w czyjeś pragnienia, w ten swoiście odmienny sposób przeżywania rzeczywistości, możemy dostroić swą empatię do wrażliwości drugiego człowieka. Z jakim zdumieniem odkrywamy wówczas, że prawdziwa życzliwość nie wymaga rzeczy wielkich, bo już sama próba zrozumienia staje się spełnieniem podstawowego pragnienia. Wysłuchanie jest ważniejsze od usługiwania – tak jak postawa Marii u stóp Jezusa ma głębszy wymiar, niż cała krzątanina Marty. Wewnętrzna radość powstaje tylko wtedy, gdy udaje się przezwyciężyć radykalną separację – gdy zamknięta monada człowieka otwiera okno na drugą monadę, by choć przez moment gościć w jej wnętrzu, zapraszając ją też do siebie. I chyba właśnie to uczucie jest przedsionkiem stanu, który nazywamy „niebem”?

 

W kainowym mroku…

04 lut

2017_02_Kain

„Kain, Abel i Adam” – William Bouguereau (1888) oraz “Kain i Abel” – Pietro Novelli (1630) – w środku: stary, bieszczadzki buk, który był pewnie świadkiem niejednego…

Czy podział na Abla-pasterza i Kaina-rolnika mówi nam o jakiejś ukrytej prawdzie? Dlaczego Bóg nie chciał spojrzeć na ofiarę Kaina? Bóg mówi do niego: „gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną”. Czyli grzech starszego brata miał początek nie tylko przed samym dokonaniem zbrodni, ale nawet przed złożeniem ofiary. Jego źródłem nie była więc odmowa jej przyjęcia, ale coś znacznie głębszego, co tkwiło w sercu Kaina. Co symbolizują „wrota” w słowach Boga: „grzech leży u wrót i czyha na ciebie”? Czy owe „wrota” nie są prapoczątkiem aktu woli, kiedy to człowiek decyduje się na wpuszczenie do swego serca zazdrości lub pożądania? Czy sama zbrodnia nie jest już tylko zewnętrzną ekspresją tego pierwotnego aktu?

Gdy Bóg pyta Kaina, gdzie jest Abel, pada znamienna odpowiedź „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” – słowa świadczące o zerwaniu nici odpowiedzialności za brata. Co to znaczy, że ziemia Kaina nie wyda już plonu? Przecież wiemy, że złoczyńca często osiąga większy „plon” od człowieka dobrego. Ale czy potrafi się nim prawdziwie cieszyć? Czy brak plonu nie dotyczy duchowego wymiaru „plonowania”? Przecież sam Kain mówi „każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!” – jego sumienie skazuje go na wieczny lęk. To sumienie jest prawdziwą ziemią wygnania „na wschód od Edenu” . I to ono stwarza glebę jałową, która nie może już wydać plonu radującego serce.

Ale Bóg nie chciał zemsty na Kainie, ogłaszając też, że: „ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie”. Dlaczego bratobójca Kain był przez Boga chroniony – a inny zabójca miałby ponieść karę siedmiokrotną? Warto tu jednak zauważyć, że Bóg nie mówi, iżby sam miał być mścicielem. Źródłem każdej pomsty jest również sumienie – to ono rodzi lęki i wszelkie niepokoje. Człowiek sam na sobie szuka wyroku za zło, które wyrządził. Sam też próbuje to prawo zemsty stosować na innych, z każdym aktem kolejnego odwetu biorąc na siebie jeszcze większe jarzmo – oddalając się coraz dalej od Edenu, na ziemie jeszcze bardziej cierniste i jałowe. W jakim wymiarze tragedia Kaina dotyka każdego z nas?…

 
 

Przekraczając rozum…

24 paź

2016_10_WIARA-NADZIEJA-MILOSCŚwięty Andrzej z Hoszowa i Dymitr z Wołosatego (moje wizje na szklanych miniaturkach)

Coraz częściej można się zetknąć z podejściem, że religia jest zaprzeczeniem wiary. To wynik zarówno relatywistycznego podejścia do prawdy, jak też antyświadectwa ludzi podających się za wierzących. Spotykamy się z różnymi definicjami wiary, jak też z jej zupełnie prywatnymi pojęciami. Wczoraj rozmyślałem, czym właściwie jest ta wiara dla mnie – rozpatrując ją w kontekście z dwiema pozostałymi cnotami teologalnymi – nadzieją i miłością. Rozważania te doprowadziły mnie do pewnego schematu, który oczywiście jest tylko uproszczonym szkicem myślowym, nie obejmując całości zagadnienia i nie dając odpowiedzi uniwersalnej. Stanowi dla mnie formę uporządkowania moich osobistych myśli na ten temat. Byłbym jednak wdzięczny za podzielenie się własną weryfikacją tych odniesień do życia duchowego w każdym innym osobistym jego przeżywaniu. Chciałbym też zadać pytanie, czy możliwa jest ekspresja wiary w życiu całej społeczności, jeśli wyjmie się ją z ram religijności?

Według mojego schematu WIARA musi się wspierać na dwóch filarach – na postawieniu zasadniczych PYTAŃ (zadanych uczciwie i odważnie, motywowanych pragnieniem wypełnienia swego życia sensem) oraz na uznaniu TAJEMNICY (transcendencji, która wpisana jest w byt i nasze w nim bytowanie). Bo człowiek mimo usilnych starań nigdy nie będzie w stanie ogarnąć całej prawdy, tak jak nie jest w stanie wyobrazić sobie całego kosmosu w jego nieograniczonej potencji i czasoprzestrzeni). Pytanie wymaga więc całkowitej redukcji w punkcie wyjścia: nic nie wiem, ale mam szczerą wolę poznać główne drogowskazy i za nimi podążać. Tajemnica jest natomiast postawą szacunku wobec przerastającej mnie rzeczywistości – jest zapatrzeniem w ogrom stworzenia i paradoksu, medytacją nad jego Źródłami i kontemplacją całego Istnienia, z nakierowaniem ku jego Horyzontom.

Warto się teraz zastanawiać, czy swoistą kruchtą, przez którą człowiek musi wkroczyć w przestrzeń wiary, nie jest NADZIEJA – bo przecież to w niej musimy najpierw porzucić to, co dotąd okazało się złudne i niewystarczające: ludzką WIEDZĘ (potencję i cały zasób naszego rozumu), jak też ZMYSŁY (opieranie się na danych empirycznych). Dopiero doświadczenie radykalnego SCEPTYCYZMU wprowadza mnie w przestrzeń ufności, której wyrazem jest pokora i cierpliwość… Wreszcie MIŁOŚĆ, którą Paweł Apostoł wskazuje jako cnotę najważniejszą i nieprzemijającą, a która według mnie musi opierać się na filarze OTWARTOŚCI – zarówno wobec Prawdy (tu już używam dużej litery, bo mamy do czynienia z mniej lub bardziej świadomym wychodzeniem ku Chrystusowi), jak też wobec drugiego człowieka. Ale otwartość musi być w miłości zawsze zwieńczona ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ – za SIEBIE (gdy konsekwencja moich działań wynika z uczciwości wobec własnego rozpoznania) – i za INNEGO, gdy otwarcie na drugiego człowieka skłania mnie do współprzeżywania jego sytuacji i gotowości do ofiarowania się za niego.

 

Istota Prawdy – przez „P” jak PERSONA

07 paź

2016_10_Gromadzyn

Prawda jest jak ta góra, którą na co dzień widzimy w prostej bryle – dopiero mgły wydobyć z niej potrafią całą złożoność rzeźby, zakrywając inne fragmenty krajobrazu, do których tak bardzo przywykliśmy… Gromadzyń.

Dwie osoby jadą na wczasy, trafiając na ten sam turnus, do tego samego pensjonatu. Po powrocie jedna mówi, że pogoda była paskudna, hotel niewygodny, a obsługa nieprzyjemna. Relacja osoby drugiej jest dokładnie odwrotna. Czy któraś z nich kłamie? Nie, bo obydwie odnoszą się do swego odczucia, na które składają się fakty, ale już wewnętrznie przetworzone. I bynajmniej nie można tu mówić, że są różne prawdy. Taka analogia nasunęła mi się dziś po rozmowie na temat pewnego filmu historycznego o tematyce biblijnej, kiedy zetknąłem się z dwiema różnymi opiniami. Pierwszy rozmówca uznał, że film był nudny i kiczowaty. Druga osoba wskazała na różnorodność interpretacji historycznych – konkludując, że skoro jest ich tak wiele i tak bardzo od siebie odbiegają, to znaczy, że wszystkie je można włożyć między bajki. Dodam, że obydwie osoby bardzo szanuję, a ich opinie były dla mnie ważne nie tylko odnośnie filmu, ale przede wszystkim dlatego, że zainspirowały mnie do rozważań nad prawdą obiektywną.

Przenosząc powyższe historie na sferę duchową, żyjemy na rożnych płaszczyznach i poziomach, wlokąc za sobą worki rozmaitych doświadczeń i uwarunkowań. Bywają więc różnice w wewnętrznej konstrukcji, balaście, położeniu i duchowej dojrzałości. Ktoś może w pewnych sprawach być ode mnie bardziej zaawansowany i wymaga już innych bodźców do dalszego rozwoju. Może też mieć inną naturę – więc co innego będzie do niego mocniej przemawiać. Albo znajdować się w innym punkcie drogi, z którego widoczne są już inne szczyty. Błędem byłoby jednak z tego wyciągać wnioski o relatywności prawdy, bo przecież uczestniczymy w tej samej rzeczywistości zewnętrznej, choć nasze położenie sprawia, że dla każdego wygląda ona zupełnie inaczej… Dlaczego Jezus milczał na pytanie Piłata „co to jest prawda?” – czyżby uchylał się od odpowiedzi, bo rozmówca nie był jej godny? A może właśnie milczenie było w tej konkretnej sytuacji najlepszą odpowiedzią? Wcześniej przecież wyraził się na temat Prawdy do swych uczniów – w słowach równie trudnych dla nich do pojęcia: „Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem” (J 14,6)…

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie: dlaczego Jezus po prostu nie spisał całej prawdy? Byłoby wtedy wszystko jednoznaczne… Może właśnie dlatego, że Prawdy nie da się zmieścić w żadnym słowie. Każda próba jej literalnego wyłożenia dałaby tylko kolejny traktat filozoficzny czy teologiczny, być może mądrzejszy niż wszystkie inne – ale nadal ograniczony miałkością słowa, które każdy rozumiałby po swojemu. Bo Prawda ma zawsze wymiar OSOBOWY. Stąd słowa „Ja jestem Prawdą…” nie są wyrazem jakiegoś egocentryzmu, ale wskazaniem na własne życie. Tak jak Jezus urzeczywistnił tę Prawdę przez całopalną ofiarę z siebie, tak każdy z nas wchodzi w Jej wymiar o tyle, o ile pełni posługę wobec drugiego, otwiera się przed nim, obdarowuje go i ponosi za niego ofiarę, znajdując tę Prawdę w postawie pokory wobec tajemnicy istnienia – i w gotowości oddania swego życia. Tylko to jest pełnym wymiarem Prawdy, której można DOŚWIADCZAĆ – nigdy nie da się jej POJĄĆ. Wkraczanie w przestrzeń dobra usuwa z nas lęki i wątpliwości. Osobowe pojęcie Prawdy na trwałe zespala ją z Dobrem, dystansując się do suchej faktografii. Bo czy prości ludzie, którzy wierzą w słodkie historie hagiograficzne, muszą być dalsi Prawdy niż mędrcy? Nie – bo właśnie ci prostaczowie wchodzą w wymiar Prawdy przez duże „P”… P jak Persona.

 

Między mieczem a ogołoceniem…

29 wrz

2016_09_MIECZ-a-CHRYSTUS

Na zamku w Sanoku: po lewej – średniowieczny miecz (na tle Michała Archanioła z mieczem). Po prawej – inna wersja tej ikony z Karpat. W środku – ogołocony Chrystus z XVII-wiecznego ołtarza.

Czasem praktykuję przypadkowe otwieranie Biblii (choć w tym przypadku w przypadki nie wierzę). ;) Takie czytania potrafiły mi już niejednokrotnie coś ważnego w życiu naświetlić. Tym razem jednego dnia w dwóch niezależnych czytaniach natrafiłem na dwa osobne wątki o mieczu. Pierwszy z Ewangelii Łukasza: I rzekł do nich: «Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?» Oni odpowiedzieli: «Niczego». «Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! (Łk 22,35-36). Drugi werset dotyczy pokoju: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową. (Mt 10,34-35).

Ostatni fragment jest dość jednoznaczny w swej wymowie. Jezus nie ma zamiaru budować jakiegoś długotrwałego pokoju na ziemi, bo świadom jest upadłej natury człowieka, która nieustannie będzie ciążyć ku konfliktom. To w naszym duchowym życiu ma nastać pokój Chrystusowy – nie w przestrzeni politycznej czy nawet rodzinnej (choć niewątpliwie dążyć do tego trzeba). Pokój zaś wewnętrzny osiągamy, gdy tylko całą duszą skłonimy się ku Dobru i Prawdzie. Bo świat i tak pozostanie skażony ciągłym konfliktem. Nawet przy obustronnie dobrej woli może dochodzić do poróżnień. Ani wspomniana tu synowa, ani teściowa, nie muszą być przecież osobami złymi – a mimo to nie potrafią dojść do porozumienia… Bardziej zastanowił mnie jednak ten pierwszy fragment Ewangelii, który zdaje się całkowicie zaprzeczać coraz bardziej rozpowszechnianej wizji Chrystusa-pacyfisty, zawsze tylko nadstawiającego drugi policzek…

W cytowanym wezwaniu Jezusa miecz występuje wespół z trzosem i torbą. Owszem, wszystkie te akcesoria mogą być tylko obrazem jakiejś duchowej roztropności. Jeśli jednak torba i trzos (pas z kieszeniami) są symbolem przyzwolenia na dysponowanie środkami materialnymi, to miecz staje się wezwaniem, by wobec zła nie pozostawać całkowicie bezbronnym. Ktoś może tu zadać pytanie o samego Jezusa – przecież nie bronił się przed męczeńską śmiercią. Ale też Jezus mówi dalej: „To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu” (Łk 22,37). Kresem jest doskonała ofiara Krzyża, która oczywiście godna jest naśladowania w wymiarze indywidualnym. Gdy jednak chodzi o obronę innych, zwłaszcza w obliczu zagrożenia złem, Jezus wzywa do uzbrojenia się w oręż. Bo czy chwytanie za broń w chwili najazdu barbarzyńców (obojętnie czy będą spod znaku półksiężyca, swastyki czy czerwonej gwiazdy), nie będzie postawą miłości wobec tych, których bronimy? Czy obojętność lub ucieczka byłaby tu postawą ewangeliczną?