RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Duchowość’

Między skruchą a poczuciem winy

03 gru

2017_12_SKRUCHA-POCZUCIE_WINYWidok z mojego okna. Przed wschodem czy po zachodzie słońca? Wybór należy do Ciebie.

Skrucha i poczucie winy to dwa, jakże często ze sobą utożsamiane stany duszy, które wykazują skrajnie odmienne źródło pochodzenia i motywację ukierunkowania. Poczuciu winy towarzyszy samooskarżenie się, podjęte ze strachu przed zewnętrzną odpowiedzialnością i widmem ciążącej kary. Prowadzi niejednokrotnie do postawy obwarowania lub ucieczki. Człowiek chce uciec przed samym sobą, budując zarazem grube mury, oddzielające go od konsekwencji wyrządzonego zła. Biblijny obraz wstydu przed własną nagością i wypędzenia z raju odczytuję właśnie jako alegorię takiej ucieczki. Jakże odmienna to postawa od mądrości ukorzenia i pragnienia pojednania. Człowiek, chcąc  zagłuszyć w sobie wyrzuty sumienia, podąża w jeszcze większy zgiełk – zmysłowy, emocjonalny czy intelektualny.

Poczucie winy wpycha człowieka w brak akceptacji samego siebie, co z kolei może się przekładać na inne sfery życia, niosąc za sobą również negatywne konsekwencje na płaszczyźnie somatycznej. Chyba najczęstszym jego skutkiem bywają rozmaite nerwice. Coraz częstszym zjawiskiem jest też wrogość wobec własnego ciała, własnej płci, biologicznych ograniczeń itp. Skrajną postacią jest samookaleczenie i samobójstwo. Niewinną ekspresją tego stanu może być potrzeba poprawiania zewnętrznego wyglądu poprzez tatuaż, piercing, operacje plastyczne. Zatrutymi owocami takiej negacji bywają też problemy z tożsamością płciową. Ucieczka przed sobą idzie w parze z odrzuceniem trwałych wartości – istnieją już tylko wartości doraźne, uznawane dopóty, dopóki przynoszą iluzję nasycenia lub usprawiedliwienia.

Dla odmiany skrucha nakierowana jest zawsze na pozytywny aspekt uświadomienia sobie grzechu, który odnajdujemy w miłosierdziu i nadziei. Nic tak nie leczy duszy (stanowiąc też lekarstwo dla ciała), jak  przylgnięcie do kochającego Ojca. Skrucha uwalnia od murów samotności i fosy lęków, bo jest w niej pokora – ale też ufność i radość marnotrawnego syna. Cud powrotu, przemieniający serce i otwierający zupełnie nowe horyzonty bycia w świecie.  Skrucha usposabia człowieka do życia we wspólnocie, podczas gdy poczucie winy wtrąca go w loch samotności. Indywidualizm wpisany w izolacjonizm staje się plagą dzisiejszych czasów, stanowiąc powód trwałej niedojrzałości – ucieczki przed odpowiedzialnością i życiem we wspólnocie, również tej rodzinnej… Skrucha jest więc jedyną drogą do zawierzenia, uwolnienia i napełnienia człowieka Treścią, dla której warto żyć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Duchowość, Psychologia

 

Samotność w murach Jerycha…

15 lis

2017_11_mury_Jerycha_cerkiew_Krywe

 Może odległe jest porównanie ruin cerkwi w Krywem do murów Jerycha - ale czy nawet te najświętsze miejsca nie rozpadają się na znak, że prawdziwa świętość nie tkwi w tym, co przemijalne?

Przeczytałem dziś dwa fragmenty Ewangelii (poniżej), które odnoszą się do problemu ludzkiej nędzy i samotności – rozpatrywanego na dwóch różnych płaszczyznach. Chodzi o fragment dotyczący uzdrowionego ślepca i celnika, którego Jezus osobiście odwiedził. Pierwszy wchodzi w fizyczną nędzę człowieka (choć ślepotę cielesną można też odnieść do mroków duszy), drugi dotyczy nędzy duchowej – ludzkiego grzechu. W pierwszym i drugim przypadku człowiek jest przerażająco samotny. Zarówno ślepiec jak i celnik spotykają Jezusa w Jerychu – najniżej położonym mieście na Ziemi, co również nabiera wymiaru symbolicznego, ilustrując stan rzeczywistej kondycji człowieka. Ślepiec pewnie żebrał na ulicy, musiał więc oderwać się od jej bruku. Zacheusz odwrotnie – zszedł z drzewa. Obaj odnaleźli się na płaszczyźnie żywej relacji.

Ślepiec krzyczał, choć inni go chcieli uciszyć. Zacheusz, aby widzieć (a podświadomie może też, by zostać dostrzeżonym?) wyszedł na sykomorę – to drzewo figowe, które stało się symbolem grzechu i wstydu. Obydwaj za wszelką cenę pragnęli spotkać Chrystusa, będąc mieszkańcami tego samego Jerycha, którego wymowa znana jest też dobrze z murów rozpadających się pod donośnym brzmieniem trąb (Księga Jozuego 6,20). Oczywiście trąby to obraz głębokiego zawierzenia i modlitwy, która jest kluczem do rzeczy niemożliwych. W obydwu fragmentach Ewangelii również czujemy, że na głos tych „trąb” rozpadły się mury - przed każdym z nieszczęśników otwierając nowy horyzont ducha. Jeden wyszedł z mrocznej czeluści, drugi zszedł ze sromotnego drzewa – dla obu skończył się czas beznadziei i dojmującej samotności…

„Kiedy zbliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: ”Co chcesz, abym ci uczynił?” Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga.” (Łk 18,35)  Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. (Łk 19,1)

 
 

Roślina, łąka i ogród jako wartości mentalne

12 lis

2017_11_ ŁĄKI-mentalne

Wróciłem z konferencji na temat botanicznych walorów w agroturystyce. Cykl wykładów obejmował etnobotanikę, ogród i łąkę. Tematyka stwarzała okazję, by zupełnie inaczej spojrzeć na te zagadnienia – w kontekście ich wykorzystania do turystycznego ożywienia Regionu, ale także w wielowymiarowym aspekcie interdyscyplinarnym. Wchodzimy tu bowiem w zagadnienia dotyczące nie tylko marketingu i ekologii, ale także różnych poziomów kultury materialnej i duchowej. Spotkanie inspirowało do ciekawych przemyśleń – m. in. nad istotą naszego podejścia do przyrody na płaszczyźnie nie tylko użytkowej (ogrodnictwo, łąkarstwo, zielarstwo, pszczelarstwo, kuchnia, survival itp.), ale także mentalnej – w sferze magicznej, obrzędowej, artystycznej, symbolicznej, emocjonalnej, czy metafizycznej.

Podczas spotkania padło ważne określenie, że świat roślin wraz z całą naturą stanowi dla człowieka swoiste lustro. Osobiście rozumiem to w ten sposób, że człowiek nie jest w stanie siebie zrozumieć inaczej jak przez przyrodę – i na odwrót: przyroda traci sens w oderwaniu od człowieka. Dlaczego penetrując coraz bardziej odległe przestrzenie mikro- i makrokosmosu, coraz bardziej czujemy się w tym świecie zagubieni? Czy nie dzieje się tak wskutek tego, że wyruszając w odległe penetracje naukowe, zostawiamy gdzieś w tyle samego człowieka? Daliśmy sobie wmówić, że obiektywny proces poznawczy wymaga oderwania się od antropocentrycznego spojrzenia na całą naturę. Badamy ją więc w ten sposób, jakby poszczególne jej części istniały integralnie, bez połączenia ze światem ludzkim. Czy jednak może coś istnieć inaczej niż „dla”? Czy istnieje kosmos jako taki – sam w sobie? Czy też może istnieje tylko o tyle, o ile – i w jaki sposób – ja go postrzegam?

Podobnie jest z tymi „zielonymi konstelacjami” wokół nas, do których należy ogród czy łąka – bez człowieka ich sens nie może być w żaden sposób odczytany. Bo wymiar estetyczny, emocjonalny czy metafizyczny kształtuje się w przestrzeni relacyjnej. To tutaj może zaistnieć cały proces wartościowania i przewartościowywania tych obiektów. Jeśli to nie nastąpi, rzeczywistość ta pozostanie dla nas tylko nudną i płaską murawą czy też wrogim, chaotycznym chaszczem. Nie są to tylko czcze dywagacje. Jeśli tego nie potraktujemy poważnie, trudno nam będzie wydobyć ukryte walory tych współczesnych „edenów” i wyeksponować je jako szczególną atrakcję Podkarpacia. Atrakcję niebanalną, bo właśnie Podkarpacie zachowało to tradycyjne ukształtowanie siedlisk (bez ich chemizacji czy monokulturyzacji) – w ścisłym powiązaniu z mentalnym bogactwem odniesień, których człowiek zachodniej cywilizacji już dawno został pozbawiony.

 

 

Czereśnie i nagie kości – świat ducha i materii

09 paź

2017_10_Kirschenmadonna_duch_i_materia

Obraz Tycjana „Madonna z czereśniami” – w kontekście przemijalności, którą symbolizują kości, rozwłóczone po bieszczadzkiej puszczy…

Kiedy nasz umysł, do szpiku przesiąknięty dyktaturą empirycznego myślenia, zderza się z rzeczywistością cudu, próbuje go na swój sposób racjonalizować. I często przyjmujemy do swej świadomości tylko taką postać zjawisk nadnaturalnych, która pozwala się jakoś wytłumaczyć na płaszczyźnie naturalizmu – czy to zbiegiem okoliczności, czy siłą nieznanych jeszcze fal i form energii, czy też przełamaniem bariery czasoprzestrzeni – wszystko jednak zgodnie z prawem fizyki. Dzieje się tak dlatego, że założyliśmy bezwzględny prymat materii nad światem ducha. Świadomie lub podświadomie traktujemy sferę duchową jako pochodną materii lub przynajmniej jako arenę równoległą, która musi uwzględniać to, co zachodzi na płaszczyźnie fizycznych zjawisk, bo tylko od nich zależy jej wiarygodność. A co by było, gdybyśmy tę zależność odwrócili? Gdyby to świat materii uczynić jedynie ekspresją ducha – na wzór wyświetlanego na ścianie filmu?

Dzisiejszej nocy miałem dziwny sen. Był bardzo krótki, lecz niesamowicie wyrazisty – do tego stopnia, że jeszcze teraz widzę jego poszczególne kadry w najdrobniejszych szczegółach (co raczej się nie zdarza, bo moje sny zwykle szybko rozpływają się we mgle). A śnił mi się rzymski cesarz – właściwie nie wiem, po czym poznałem w nim cezara, skoro była to jakaś bezkształtna masa zmurszałych kości, tu i ówdzie porośniętych mchem. Nagle paskudna czaszka, schowana w miednicy szkieletu, przemówiła do mnie, żądając dokonania mordu na swym przeciwniku. Czaszka wyszczerzyła swe pożółkłe zęby w szyderczym  śmiechu, dając mi do zrozumienia, że niewykonanie polecenia jest równoznaczne z wyrokiem śmierci na mnie samym, po czym wysunęła się z tej obrośniętej mchem miednicy, unosząc się w górę, niespodziewanie wysoko, na swej smukłej, kościanej szyi. Zostałem sam w poczuciu sytuacji bez wyjścia. Wtedy przykuł moją uwagę świerk, który obficie owocował …czereśniami. Na ten widok zapomniałem o swym położeniu, usilnie zastanawiając się, co to ma znaczyć. I nagle, jeszcze we śnie, wszystko stało się jasne!

Cesarz jest symbolem przemijającej władzy i ziemskich zależności. Czereśnie to dla mnie wyraz miłości i nadziei związanej z Maryją (pierwszy obraz, jaki mi się z nimi skojarzył, to „Madonna z czereśniami” Tycjana – poniżej). A to, że czereśnie rosły na świerku to oczywiście cud, dokonany w kontekście życia wiecznego (świerk). Sytuacje bez wyjścia pojawiają się tylko tam, gdzie myślimy po ziemsku, podporządkowując swe życie duchowe „cesarzowi” tego świata. Zależność odwrotna: gdy życie ziemskie zaczynamy widzieć tylko z perspektywy ducha (jako pochodną rzeczywistości duchowej – nie odwrotnie), otwiera przed nami zupełnie nową, niczym nie ograniczoną perspektywę. Upiorny cesarz nie musi być obrazem realnej władzy – stanowi raczej wyraz duchowej śmierci, jaka tkwi w grzechu. Bo każdy z nas takiego „cesarza” znaleźć może w sobie samym…

 
 

Wartość przeciwstawności

06 wrz

2017_09_pokrzyk_tojad_kociołekWśród najsilniej trujących roślin istnieją takie, których działanie wzajemnie  się znosi. Mówimy wtedy o „antidotum” – tak jest w przypadku pokrzyku (z lewej) i tojadu (z prawej). Czy w życiu społecznym nie jest podobnie? Czy przeciwieństwa nie są nam dane (i zadane), by chronić nas przed nami samymi?

Często spotykamy się w życiu z diametralnymi skrajnościami w postawach społecznych – na poziomie lokalnym lub narodowym, w aspekcie politycznym, religijnym, ideologicznym czy każdym innym. Gdy się głębiej zastanowić, u każdej ze stron można znaleźć jakieś racje. Lecz racja to nie to samo, co Prawda – jest zaledwie jej promyczkiem. Samej Prawdy objąć nie sposób, jak nigdy nie obejmiemy Słońca. Możemy jej zaledwie doświadczać – i to jedynie wówczas, gdy sama nam się objawi. Czy zatem brak jedności jest zaprzeczeniem wspólnoty? Czy mimo radykalnych różnic możemy być jedną wspólnotą narodową, religijną, kulturową?…

Przy odpowiednim spojrzeniu sam fakt istnienia przeciwstawnych postaw może się jawić jako realna wartość każdej społeczności i przejaw jej zdrowego funkcjonowania. Niedawno ktoś przy obchodach „sierpnia ’80″ powiedział bardzo mądre słowa: „Solidarność to nie jedność”. Napięcia, jakie powstają między przeciwieństwami, stanowią o stabilności całej konstrukcji (jak naprężenia w żaglu czy namiocie). To dzięki nim możemy mówić o mechanizmie zbiorowej samokontroli. Zrozumienie tych procesów prowadzi do pokory i wzajemnego otwarcia – wbrew oczywistym różnicom, które bywają trudne i bolesne. To właśnie one uczą nas prawdziwej akceptacji osoby, mimo zanegowania jej poglądów.

Materiał pozbawiony naprężeń zamienia się w bezkształtną szmatę - zatęchłą w wilgoci lub po wysuszeniu miotaną wiatrem. Taka sytuacja ma miejsce w społeczeństwach, które uczyniły sobie bożka z tolerancji, rozumianej w kategoriach wzajemnej obojętności, przy jednoczesnym porzuceniu świata niezmiennych wartości. Paradoksalnie to właśnie taka „tolerancja” staje się najprostszą drogą do dyktatury, w której nieustannie być musi narzucana bezwyznaniowość i bezideowość oraz brak tożsamości narodowej czy kulturowej. Taki „namiot” nie chroni już przed wiatrem czy deszczem; „żagiel” nie pcha ku upragnionym lądom. Istnieje tylko bezwolny dryf i powolny rozkład.

 

Istota SYMBOLU – od wizji do rdzenia znaczeń

22 sie

2017_08_22_Apokalipsa_DurerRyciny Dürera z końca XV wieku, ilustrujące symbolikę Księgi Objawienia – na tle naszych Bieszczadów…

Nie od dziś w mediach mnożą się rozmaite przepowiednie, również te bazujące na skojarzeniach z Księgą Apokalipsy. Jedna z ostatnich głosi, jakoby 23 września miały się ziścić słowa św. Jana – „gdy słońce znajdzie się na tle gwiazdozbioru Panny, otoczone koroną z 12 gwiazd (9 gwiazd z gwiazdozbioru Lwa oraz 3 planet:  Merkurego, Wenus i Marsa) – z księżycem pod jej stopami”… Było już wiele podobnych interpretacji, które wiązano z konkretną datą. Zwrot ku ezoteryce zdaje się być swoistą reakcją sprzeciwu wobec dyktatury scjentyzmu (patrz August Comte) – nowoczesnego bałwochwalstwa, stawiającego empiryzm na ołtarzu wszelkiego poznania.

A tam gdzie wyparto życie duchowe, tam funkcję religii zaczyna spełniać to, co ją wyparło. Tak więc zarówno ideologia scjentyzmu, jak też wchodzące w jego miejsce spekulacje spirytystyczne czy numerologiczne, zawsze jawiły mi się jako swoiste formy parareligii, bazującej na dość karkołomnych wyliczeniach i skojarzeniach. Gdyby się doszukiwać w Apokalipsie sugestii opartych na liczbach czy wyobrażeniach, możemy ich znaleźć sporo – dadzą się też zapewne dopasować do wielu treści. Ale czy to właściwe podejście do księgi Objawienia? Czy wizja Apostoła ma być dla nas rebusem do rozwiązania? Czy też jej wymowa jest zupełnie inna, wzywając nas raczej do postawy ufności, niż do rozbudzania lęków?

Niedawno czytałem wypowiedź jednego duchownego, który stanowczo przestrzegał nie tylko przed ezoterycznym podejściem do ostatniej Księgi biblijnej, ale także przed dosłownością obrazowania zawartych w niej metafor (miecz wychodzący z ust itp.). Tu można dyskutować, czy sam obraz stanowi jakieś zagrożenie. Niemniej każdy symbol wprzódy domaga się zrozumienia, nie zilustrowania. Wizualizacja znaków, dokonana przed ich właściwym odczytaniem, prowadzi do budzących grozę wizji (a czasem do wyobrażeń wręcz groteskowych), które mogą mieć więcej wspólnego z gatunkiem fantasy, niż z życiem duchowym. Bo duch karmi się impulsami woli i autorefleksji, nie oderwaną od nich estetyką czy emocjonalnością.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Duchowość, Symbolika

 

LĘKI, MĘKI i JĘKI – między rozpaczą a nadzieją…

09 lip

2017_07_Bledne_kolo (bluszcz) - Jacek Malczewski

„Błędne koło” Jacka Malczewskiego (fragment)

Trudno sobie wyobrazić człowieka pozbawionego lęku – nie strachu przed realnymi i bieżącymi zagrożeniami, ale lęku, który nie daje się tak łatwo racjonalizować. Czy lęki dotyczące projekcji zdarzeń, które są odległe lub mało prawdopodobne, należy traktować jako przejaw nerwic i innych zaburzeń? Jaką rolę odgrywają w naszym życiu? Przychodzi mi na myśli tylko jedno: lęki stanowią wyzwanie do ciągłego przebijania się przez ciasną powłokę egzystencjalnego tu-i-teraz. Bez lęku człowiek łatwo zgnuśniałby w swej próżności i lenistwie, w letargu przyzwyczajenia i samozadowolenia. Podobną rolę spełnia cierpienie – choć ono jest już znacznie bardziej osadzone w realności – a jednocześnie zanurzone głęboko w mrokach tajemnicy, wobec której próżne się staje wszelkie wymądrzanie z pozycji człowieka, który cierpienia nie doświadcza.

Cierpienie w znacznej mierze stanowi podstawę lękowej świadomości, bo zaczyna się już tam, gdzie następuje jego projekcja. Człowiek odpowiedzieć może na swe lęki, jak i na samo cierpienie, w diametralnie różny sposób: buntem lub zawierzeniem. Zgorzkniałość, narzekanie, przeklinanie – to tylko pożywka dla lęków i cierpień, które na tym podłożu jeszcze bardziej wzrastają. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek wchodzi w rolę sędziego, szukając w tym świecie sprawiedliwości – a tym samym również winowajców zła. Bo lęk i cierpienie niewątpliwie jest złem (brakiem dobra), czy – jak kto woli – jego konsekwencją. Znajdując winę w innym, popadamy w złość, a nawet w bluźnierstwo. Znajdując ją w samym sobie – w rozpacz, jeśli tylko ta wina przesłoni nam przestrzeń nadziei.

I tu przed nami odsłania się kolejne słowo-klucz: nadzieja, która wzrasta na glebie podlewanej wdzięcznością i użyźnianej poczuciem przemijalności wszystkiego, co dotyczy tego świata. Jedynym lekarstwem na chorobę potęgujących się lęków i cierpień jest więc świadomość obdarowania. Doświadczenie w życiu bezinteresownego dobra (bo dobro zawsze jest bezinteresowne), pamięć o osobach, które je przyniosły i chwil szczęścia, jakie w nas to dobro wzbudziło – to właśnie pokarm nadziei. Podobnie jak przeżycie piękna czy napełnienie duchem mądrości, stany te bywają w naszym życiu ulotne i krótkotrwałe. Niezwykle ważna jest więc ich kontemplacja i afirmacja. Dopiero duchowe zogniskowanie się na tych refleksach Bożej obecności pozwala na przeniesienie ich potencjału na realne życie. Projekcja przyszłości nastrojona wdzięcznością potrafi zachwycić jak piękny kwiat, który z czasem dojrzewa w owoc nadziei…

 
Komentarze (48)

Napisane w kategorii Duchowość, Psychologia

 

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Trzcinowe miary w sferze ducha…

18 cze

Trzcina_Chrystus_06_2017Chrystus z berłem trzcinowym (w sztuce bieszczadzkiej jest to raczej pałka wodna) – na współczesnym nagrobku (Zagórz) i XVII-wiecznym ołtarzu (Sanok) – oraz prawdziwa trzcina (Phragmites australis).

Trzcina jako berło radykalnie odmienne od ziemskich insygniów władzy. Atrybut szyderstwa, a zarazem władzy pochodzącej nie z tego świata: „Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego” (Mt 27,29)

Symbol cierpienia i osamotnienia. Tu trzcina staje się czytelnym odniesieniem do separacji między agresorem i jego ofiarą, a zarazem między grzesznikiem a Bogiem: „Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić” (Mk 15,36)

Obraz kruchej kondycji człowieka – i szacunku wobec jego wolności. Bóg nie ingeruje w zło, które człowiek wybiera. Tak jak nie powstrzymał ręki z gwoździami wbijanymi do krzyża, tak nie stanął na drodze holokaustu… „Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.” (Mt 12,20).

Miara wszelkiej wielkości. Materia najbardziej krucha staje się miarą tego, co silne i monumentalne: „A ten, który mówił ze mną, miał złotą trzcinę jako miarę, by zmierzyć Miasto i jego bramy, i jego mur.” (Ap 21,15)

 Jedyna miara świętości. Kruche dobro, podatne na złamanie przez żywioły tego świata, staje się wyznacznikiem tego, co prawdziwie święte: „Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta, i powiedziano: «Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, o wielbią w niej Boga.” (Ap 11,1)

 

Statyka czy dynamika? Między Duchem a Tradycją…

04 cze
2017_06_Zesłanie_Ducha

Motywy zesłania Ducha Świętego bywały wyrażane bardzo statycznie – u góry: włoski obraz Duccio di Buoninsegna (XIV w.) i wschodnia ikona (na podst. XV w.).  Ale też miewały charakter niezwykle ekspresyjny – u dołu: Tycjan (1545) i El Greco (1600). Na tle obrazu „Zielone Świątki” Piotra Suchodskiego (1884)

Czy tradycja musi pozostawać w opozycji do ożywczego powiewu Ducha? Warto na samym początku wspomnieć, że katolicka myśl teologiczna dosyć ostro oddzielała zwyczaj od tradycji, czasem nawet je sobie przeciwstawiając. Thomas Merton pisał, że zwyczaj jest jak pasożyt, który potrafi tak silnie zespolić się z tradycją, że z czasem przestajemy jedno od drugiego rozróżniać. Zwyczaj czerpie z tradycji soki i tak doskonale potrafi ją udawać, że tamta w końcu całkiem zamiera, ustępując miejsca groteskowemu, częstokroć rygorystycznie traktowanemu formalizmowi. Taki kanon skostniałych zwyczajów w istocie staje się swoistym bałwochwalstwem – kultem rutyny, a jednocześnie zakamuflowaną postacią konformizmu.

W bezrefleksyjnym przestrzeganiu zwyczajów czujemy się bezpiecznie, bo odsuwamy od siebie zarówno egzystencjalne lęki, jak też wygaszamy niepokoje sumienia. Taki stan działa usypiająco wobec duchowej czujności i wrażliwości, w którą każdy został mocą Ducha wyposażony. Prawdziwa tradycja jest otwarta na nowe horyzonty – jest bowiem świadomością przebytej drogi i kryje w sobie pamięć o całym procesie dochodzenia do Prawdy. W ten sposób zachowuje żywą świadomość, że duchowość nie jest stabilnym ołtarzem, ale dynamiczną drogą. Zesłanie Ducha Świętego wpisuje się w tą tradycję, odsłaniając nowy horyzont w świetle konsekwencji tego, co już było, łącząc przeszłość z przyszłością. Czy zatem El Greco i Tycjan lepiej ujęli to zdarzenie, widząc w nim ożywioną dramaturgię? Chyba nie – wyrazili to tylko inaczej, bo przecież to, co się dzieje za sprawą Ducha, nie musi być dynamiczne na zewnątrz, przełamując przede wszystkim wewnętrzne bariery formalizmu.

Formalizm jest martwy i zamknięty na przestrzeń duchowego wzrastania. Żyjąc lękami naruszenia swej stabilności, nie dopuszcza do siebie powiewu Ducha Świętego. Tym samym jest również zatrzaśnięty na drugą osobę – zarówno na Boga, jak i na żywego człowieka, zastępując go figurą totemiczną lub abstrakcyjną. Dlatego też tradycja jest ze swej natury twórcza i ożywiająca, a wszelka niechęć do niej bierze się z owego pasożytowania formy na treści. Chciałbym być jednak dobrze zrozumiany – jeśli chcemy mieć udział we współczesnej Pięćdziesiątnicy, nie musimy walczyć z pięknymi zwyczajami, które nas otaczają. Wystarczy tylko mieć świadomość, że to są tylko drogowskazy. Tradycja jest jak samochód, którym zmierzamy do celu – nie może być jednak celem. Tradycja jest też jak droga, która nie stanowi domu, ale do niego prowadzi, stanowiąc jego żywą obietnicę.

 
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Duchowość, Tradycja

 

Między mrokami puszczy a horyzontami połonin…

09 maj

2017_05_Wyspa_MertonPuszcza może stać się dla nas duchową pułapką, skłaniającą do szukania własnej dziupli – albo wyzwaniem, by wspiąć się ponad nią, na połoninę, doświadczając pełnej wolności…

Otrzymałem dziś zamówioną paczkę z książkami Thomasa Mertona – w tym słynną „Siedmiopiętrową górę”, którą zostawiam sobie na później. Zacząłem od skromniejszej pozycji – „Nikt nie jest samotną wyspą”. Merton dotyka w niej dramatu człowieka rozpiętego między pragnieniem sensu - wpisanym w jego najgłębszą istotę – a pokusą odczytania powszechnego bezsensu, uwalniającego od wszelkiej odpowiedzialności i oferującego narkotyk dryfującej beztroski. W każdym z nas tkwi ta ziemia obietnicy i wygnania – wyboru na przemian kreatywnej wolności i ślepego determinizmu. Ten stan bolesnego rozdarcia może się stać zarówno źródłem przekleństwa, jak i błogosławieństwa…

Rozdarcie to stanowi wyzwanie dla każdego z osobna, bo nikt nie może ci powiedzieć, kim jesteś – i co stanowi sens twego istnienia. Ty także nie możesz nikogo w tym zakresie oświecić. To droga, którą musimy podjąć samotnie, choć wiedzie nas ku rozdrożu, otwierającemu przed nami drogę na pustynię zbielałych kości lub ku pustelni, która jest pełna żywej obecności. Bo każdy z nas po części taką pustynią i pustelnią żyje – czasem przeważa jałowy piasek, innym razem samotność przeradza się w poczucie szczególnej więzi… Jednak wrodzone lenistwo skłania nas często do szukania łatwych rozwiązań. Staje się to idealną pożywką dla rozmaitych konformizmów, pustych pasji czy ideologii. Dlatego, jak pisze Merton: „optymistyczny pogląd na życie nie zawsze jest owocem cnoty”.

Wchodząc w dziewiczą puszczę pytań, które rodzą się z najgłębszych lęków i pragnień, stajemy przed dwoma rodzajami niepokoju. Pierwszy rodzi się z braku odpowiedzi na postawione pytania – to stan naturalny, prowadzący na połoninę nadziei, z której otwiera się szeroki horyzont wiary. Drugi jest mroczną czeluścią, jaka może usidlić człowieka, zanim podejmie jakikolwiek krok ku górze. To lęk przed samym stawianiem pytań. Grzęźniemy wtedy w bagnie lenistwa lub rozpaczy. Albo wchodzimy w zmurszałą dziuplę, tworząc z niej własny dom - strojąc się w pióra mądrych pytań i błyskotliwych odpowiedzi. Ale sytuacja bagna i dziupli, stanowić może również zarodek nadziei – jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku…

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Życie

 

Merton – między duchem a ciałem

06 maj

2017_05_ziarna_kontemplacji_MertonPrzytulenie drzewa nie wymaga jego zrozumienia – tak jak wejście na most nie wymusza znajomości jego konstrukcji…

Kupiłem na prezent książkę Tomasa Mertona „Nowe ziarna kontemplacji” i jeszcze w księgarni po uszy wsiąkłem w tę lekturę. :) Merton pisze, że kontemplacja jest przeciwieństwem kartezjańskiego „Cogito ergo sum” – żeby w nią wejść, trzeba właśnie porzucić swoje „cogito”. Intensywna myśl w dwójnasób potrafi stawać tu w opozycji – po pierwsze dlatego, że staje się formą jałowej aktywności, próbując tworzyć coś od siebie (zasłaniając tym samym obraz rzeczywistości); po drugie – nastawiona jest na umacnianie swej fałszywej, partykularnej jaźni. W efekcie łapie tylko cień istnienia – fałszywą tożsamość „to-ja” oraz iluzję bytów obok „tamto-on”. Połączenie ze swoim „ja” prawdziwym i nienazwanym możliwe jest tylko przez własne OTWARCIE na przepływ rzeczywistości w jedynym Bogu – bo prawdziwe ja nigdy nie dąży do potwierdzania samego siebie. Z całego „cogito ergo sum” pozostaje tylko „sum” – jestem. Jeśli człowiek szuka potwierdzenia swego istnienia w myśleniu, kurczowo trzyma się swej subiektywnej jaźni, bojąc się opuścić swój ciasny pokoik, by zobaczyć prawdziwy świat – uznaje więc swoje wnętrze sztucznej jaźni za cały świat. Kontemplacji nie jest potrzebny ani intelektualny wysiłek (cogito), ani żadna konstrukcja zależności (ergo).

Kontemplacja nie może być celem wykalkulowanych ambicji, dlatego Merton nie zaleca sięganie po nią w sposób programowy – zwłaszcza wtedy, gdy czynimy z niej kolejne zadanie swego życia. Dlatego dużą trudność z kontemplacją mają ludzie z natury swej aktywni i pragmatyczni, osiągający życiowe sukcesy. Stosunkowo łatwo i spontanicznie wchodzą w nią natomiast ludzie, którzy z natury swej są wobec żywiołów tego świata nieporadni – szczególnie gdy zderzyli się z jakimś poważnym kryzysem.  Jednak wielkim błędem byłoby uważać kontemplację jako ucieczkę od świata fizycznego. Nic bardziej mylnego! Ucieczka od rzeczywistości nie wyzwala nas od fałszywej (zewnętrznej) jaźni – bo to właśnie ona jest tym światem, który może się stać przekleństwem. Pogarda do fizycznego stworzenia to w istocie nienawiść do jego Stwórcy – to oskarżenie, które próbujemy zrzucić z siebie na innego – jak biblijny Adam oskarżył Ewę, a ona węża. Również nasze ciało nie jest źródłem zła – bo negacja cielesności jest takim samym samobójstwem prawdziwej tożsamości, jak negacja swej duszy. Merton idzie tu dalej – samo oddzielanie duszy od ciała jest negacją tego świętego małżeństwa ducha i materii.

I tutaj wyłania się przed nami istota najgłębszej relacji człowieka – ukierunkowania do swego Stwórcy, który wcale nie potrzebuje być nazywanym i określanym. Bo każda idea Boga mówi więcej o nas samych, niż o Nim – pisał Merton. Każde przebudzenie wychodzące poza zewnętrzną jaźń implikuje pewien rodzaj śmierci, którego panicznie się lękamy. Na koniec znów zacytuję Mertona: „Umysł, który jest więźniem konwencjonalnych idei, i wola, która jest więźniem własnego pragnienia, nie potrafią przyjąć ziaren nieznanej prawdy i nadprzyrodzonego pragnienia.” Stąd przyszło mi na myśl skojarzenie z mostem, który został dla nas przerzucony przez rwącą rzekę zjawisk. Próbując budować własne mostki, skazani jesteśmy na ich nieustanne zrywanie przez nurt tego świata. Bo brzeg materii (immanencji) połączony jest z brzegiem ducha (transcendencji) tylko jedynym mostem. Syn-Logos, obecny w każdym, kto podejmuje w Jego kierunku krok otwarcia, stanowi dwa przyczółki po obydwu stronach rzeki – Syna Człowieczego i Syna Bożego, będąc oparciem dla jedynego przęsła, jakim jest Duch Święty, zachowujący zdolność dwukierunkowego przepływu Bóg-człowiek, dusza-ciało, duch-materia. W chwili obecnej nie znamy jeszcze drugiego Brzegu …ale w każdej chwili możemy po prostu wejść na Most.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara

 

Mistyka biało-czerwonej chorągwi

03 maj

2017_05_Biało_Czerwoni_Ustrzyki Dolne - kilka lat temu na tym bloku powiewała tylko jedna flaga – dziś widać je z góry na dół…

Według heraldycznej symboliki biel oznacza niewinność i czystość, a czerwień – męstwo i poświęcenie. Akurat jestem w trakcie lektury o kontemplacji i w tym kontekście przyszło mi na myśl, że ta prosta kolorystyka wpisuje się w samą głębię mistyki. Chodzi o stosunek akcji do kontemplacji, wdechu do wydechu. Każde duchowe działanie, aby mogło być owocne, musi być poprzedzone aktem wewnętrznego oczyszczenia – dlatego biel widnieje ponad czerwienią.

Biała barwa naszej flagi to czystość – ale w głębokim, duchowym wymiarze tej wymowy chodzi o szczególny jej rodzaj, który obejmuje wyrzeczenie się swoich przywiązań, iluzji, pożądań i chęci odwetu za wszelkie zło. To jednocześnie gotowość do chłonności wobec pełnego wymiaru prawdy i dobra. Natomiast czerwień to wkład każdego z nas w to wspólne Dobro – i w Prawdę, która ma moc wyzwalającą. Czerwień to każde słowo, każdy czyn, każda kropla krwi.

I teraz najważniejsze: gdy brakuje bieli (wycofania, oczyszczenia, chłonności na osobowy i metafizyczny wymiar dobra), pozostaje nam tylko „czerwony sztandar”, czyli propozycja własnej idei narzucanej przemocą. Kiedy zaś poprzestajemy na tymże biernym wycofaniu, rezygnując z aktywnego kształtowania świata wartości, redukujemy biało-czerwony wymiar do nijakiej bieli – opacznie pojętej tolerancji, która de facto jest wywieszeniem białej flagi. To kapitulacja wobec każdego ataku na świat wartości.

 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Polski romantyzm vs zachodni pozytywizm

25 mar

2017_03_ROMANTYZM Modlitwa konfederatów barskich (Grottger)Modlitwa konfederatów barskich, Artur Grottger 1860

Często słyszymy utrwalony stereotyp, że Polacy są niepoprawnymi romantykami – że do dziś nie potrafiliśmy zamknąć za sobą drzwi do krypty Słowackiego i Mickiewicza. Zapewne jest w tym dużo prawdy, ale spójrzmy też na to z drugiej strony. Czy taka ocena Polaków nie wypływa z silnej polaryzacji Europy? Zapatrzeni w cywilizacyjny sukces Zachodu zatraciliśmy zdolność pełnego widzenia, jak silnie dziś skażona jest ta część Europy ideologią pozytywistyczną… Chciałbym tu szczególnie zogniskować się na myśli dwóch filozofów – Augusta Comte’a i Johna Milla. Wielki demontaż Kościoła i całej duchowości, jaki nastąpił po rewolucji francuskiej, pozostawił pustkę, którą trzeba było czymś zapełnić. Comte wprowadził więc w obieg pojęcie „religii ludzkości”, która w skrócie opierała się na swoistym tłumaczeniu zasad altruizmu: człowiek silny pomaga słabemu, za co ten słaby oddaje mu swoje uwielbienie. W ten sposób ludzkość stała się jednocześnie bogiem, mesjaszem (odkupicielem) i ludem odkupionym.

Warto tu jednak zauważyć, że sam Comte stanowczo odcinał się od ateizmu, uważając celowość świata za bardziej prawdopodobną od przypadkowości. Było mu też równie daleko do empiryzmu, który traktował jako skrajność równą mistycyzmowi. Odcinał się także od materializmu, uważając materię za taką samą fikcję (!), jak pojęcie duszy. A fikcje według Comte’a wytwarza w człowieku zarówno intelekt (w postaci metafizyki), jak i uczucia (kształtujące mitologię). Nękany chorobą psychiczną, Comte nie mógł stanowić osobowości zrównoważonej i poukładanej (co znajdowało wyraz w jgo życiu osobistym). Mimo to zdołał się głęboko zakorzenić we francuskiej myśli, utrwalając w niej podejście deistyczne, które z czasem powszechnie ewoluowało w radykalny ateizm. Wpłynął też znacząco na społeczne życie Francuzów – szczególnie na ówczesne elity, coraz silniej zwracające się w stronę masonerii. Comte był twórcą samego pojęcia „pozytywizm”, dając też podwaliny pod panującą do dziś ideologię totalnego relatywizmu, wyrażającą si jego słowami: „Jedna jest tylko maksyma bezwzględna – że nie ma nic bezwzględnego.”

Współczesnym Comte’owi propagatorem pozytywistycznego liberalizmu na Wyspach Brytyjskich był John Mill – syn Jamesa Milla, twórcy idei utylitaryzmu. James Mill postanowił w ramach eksperymentu wychować syna w duchu swej ideologii, izolując go od otoczenia. Eksperyment się powiódł – indoktrynacja zrobiła swoje. I choć John w wieku 21 lat przeżył z tego powodu silne załamanie nerwowe, to jednak z duchowego balastu do końca wyzwolić się nie potrafił. Pozostał zagorzałym liberałem i empirystą, na każdym kroku zwalczającym filozoficzny aprioryzm i uniwersalizm. W procesie poznawczym zręcznie połączył indukcję z dedukcją, wywodząc obydwie z doświadczenia (eksperymentalizm). Cały jednak dorobek nauki kierował w stronę utylitaryzmu. To z kolei stało się zaczynem pod anglosaski pragmatyzm, wprzęgając etykę w kryterium użyteczności. Pragmatyzm w znaczącym stopniu przyczynił się do ustanowienia kultu sukcesu – i do przedkładania go nad światem klasycznych wartości. Z pewnością dało to mocny impuls dla technicznego rozwoju anglosaskiej cywilizacji. Czy jednak nie było wykrojeniem z niej duszy?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Naród