RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Etyka’

W poszukiwaniu źródeł okrucieństwa i wrażliwości

17 cze

PON_w_BieszczadachPolski owczarek nizinny w Bieszczadach (przed 30 laty) - wtedy Góry te były tylko w moich marzeniach. :)

W pewnej biograficznej książce, którą właśnie czytam, natknąłem się na kilka epizodów z codziennego życia Francuzów w latach 20-tych, kiedy to za całkiem zwyczajne uchodziły takie zabawy, jak strzelanie do przywiązanego gołębia, rzucanie kamieniami do kaczek na wodzie, pławienie kury w rzece, czy ściganie autem królika aż do jego rozjechania. Miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu – w kraju, który szczycił się być wzorcem światowej kultury i subtelnej wrażliwości. Nie chcę przez to deprecjonować Francuzów, bo takie odniesienie do zwierząt znaleźlibyśmy też wówczas w innych częściach Europy. Chodzi mi tutaj o coś innego: na ile od tamtego czasu zmienił się nasz poziom wrażliwości? Skąd bierze się w człowieku okrucieństwo i jak rodzi się wrażliwość?

Bestialstwo nazistów przypisujemy obłąkanej ideologii i bezwzględnemu wychowaniu. Gdybyśmy jednak cofnęli się kilka wieków wstecz, ujrzelibyśmy rozbawioną gawiedź podążającą za skazańcem, narzędzia tortur czy publiczne pręgierze, które należały do wyposażenia każdego większego miasta, okrutne zabawy dzieci czerpiących przyjemność z wymyślnego znęcania się nad zwierzętami. Zapewne również dzisiaj tu i ówdzie pojawia się okrucieństwo – nie znajduje ono jednak powszechnej akceptacji, więc musi się ukrywać. Czasem jest ono bardziej widoczne, gdy dochodzi do zderzenia kultur. Szokuje nas i oburza stosunek Chińczyków do psów, Hiszpanów do byków, a Norwegów do wielorybów (może i Polakom można by coś przypisać?) Co więc sprawia, że wrażliwość wobec otaczających nas istot w pewnych warunkach rośnie, w innych zatrzymując się na poziomie ich urzeczowienia?

W dzisiejszym świecie  najbardziej szokuje nas bestialstwo islamistów. Wzbiera w nas gniew, gdy widzimy zbrodnicze egzekucje i zamachy wymierzone w przypadkowych ludzi. Ale oburzenie czujemy również wobec legislacyjnego okrucieństwa u naszych sąsiadów, gdzie w imię prawa z byle powodu odbiera się dzieci, przekazując je do rodzin obcych językowo, kulturowo i religijnie, nie patrząc na cierpienie, jakie wyrządza się tym bezbronnym istotom i ich rodzicom. Celowo zestawiłem tutaj te dwie różne formy przemocy, by uzmysłowić, że to, co szokuje nas, Polaków, wcale nie musi oburzać Niemców czy Szwedów. Jak więc rodzi się w nas wrażliwość i czy jest to proces powszechnie postępujący? Czy działa tu wyłącznie kulturowo kształtowana empatia, czy też większą rolę odgrywa system indywidualnie przyjętych wartości? Co sprawia, że dostrzegamy w kimś osobę, a w zwierzęciu istotę godną szacunku?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Psychologia

 

Renesans tematyki wojennej czy próba przenicowania wartości?

11 lut

2017_02_RELATYWIZACJA_WINYOkładki gier i książek o tematyce wojennej (przykładowe fotografie wybrałem z internetu)

Chyba każdy już zwrócił uwagę, że z jakimś zadziwiającym nasileniem reklamowane są coraz to nowe gry wojenne z tematyką II wojny światowej. Na księgarskich półkach pojawiają się stosy książek, tych historycznych i tych beletrystycznych, których okładki epatują nazistowskimi mundurami. Nie brakuje też filmów o fenomenie niemieckiej hegemonii – czy też o dramatycznych bohaterach tamtych czasów. Przedstawia się ich w ten sposób, by w czytelniku wzbudzić empatię, a nawet próbę zrozumienia zbrodniarzy – jak też uniewinnienia tych, którzy biernie lub czynnie ich wspomagali. Nie twierdzę, że dla wielu ówczesnych obywateli „wielkich Niemiec” ten okres nie był traumą – zastanawiam się jednak, jakie są podstawy tego zadziwiającego renesansu wojennej tematyki (po 72 latach od zakończenia wojny!) – i jak dalece odbiegliśmy od jednoznacznej oceny tych czasów?

Filmowcy, pisarze czy twórcy gier komputerowych skwapliwie korzystają z zapotrzebowania na tematykę wojenną. Skąd się jednak bierze samo zainteresowanie życiorysami zbrodniarzy, siłą demonicznego zła, hekatombą ofiar i apokaliptycznym rozmiarem zniszczenia?  Czy nie powinny nas bardziej inspirować życiorysy twórców i myślicieli – budowniczych naszej cywilizacji oraz dzieła, jakie po sobie pozostawili?… Mam wrażenie, że w naszej zbiorowej podświadomości (zwłaszcza w narodach obciążonych tą bolesną przeszłością) zachodzi jakiś proces banalizacji zła. Dzieje się tak poprzez przełożenie jego metafizycznej siły na mechanizmy psychologii, ogromu spustoszenia – na fascynację strategią, poczucia winy – na różne formy usprawiedliwienia…

Rozmyciu ulega historyczna odpowiedzialność za zło – hitlerowcy, podobnie jak sowieci, coraz częściej odrywani są od ich narodowych korzeni, a ich czyny przedstawia się chętnie w kategoriach następstw uwarunkowań politycznych, społecznych czy psychologicznych. To pozwala zgrabnie żonglować rolami katów i ofiar. Sama istota winy przecieka gdzieś między palcami – trudno już w jednoznaczny sposób wskazać krzywdzicieli i pokrzywdzonych, najeźdźców i oprawców, bo wszyscy byli na swój sposób „ofiarami”. Wobec braku winnych trzeba jednak w sposób czytelny zasugerować przyczynę tego bezmiaru krzywd. W powietrzu unosi się więc fałszywy przekaz, że zło drzemie w narodowej tożsamości, stając się pochodną zbyt poważnego podejścia do honoru i patriotyzmu. Człowiek zostaje w ten sposób uwolniony od winy, która spada na tradycyjne wartości – a te, niczym ofiarne kozły obciążone grzechami ludzi, zostają wypędzone poza mury cywilizacji.

 

W kainowym mroku…

04 lut

2017_02_Kain

„Kain, Abel i Adam” – William Bouguereau (1888) oraz “Kain i Abel” – Pietro Novelli (1630) – w środku: stary, bieszczadzki buk, który był pewnie świadkiem niejednego…

Czy podział na Abla-pasterza i Kaina-rolnika mówi nam o jakiejś ukrytej prawdzie? Dlaczego Bóg nie chciał spojrzeć na ofiarę Kaina? Bóg mówi do niego: „gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną”. Czyli grzech starszego brata miał początek nie tylko przed samym dokonaniem zbrodni, ale nawet przed złożeniem ofiary. Jego źródłem nie była więc odmowa jej przyjęcia, ale coś znacznie głębszego, co tkwiło w sercu Kaina. Co symbolizują „wrota” w słowach Boga: „grzech leży u wrót i czyha na ciebie”? Czy owe „wrota” nie są prapoczątkiem aktu woli, kiedy to człowiek decyduje się na wpuszczenie do swego serca zazdrości lub pożądania? Czy sama zbrodnia nie jest już tylko zewnętrzną ekspresją tego pierwotnego aktu?

Gdy Bóg pyta Kaina, gdzie jest Abel, pada znamienna odpowiedź „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” – słowa świadczące o zerwaniu nici odpowiedzialności za brata. Co to znaczy, że ziemia Kaina nie wyda już plonu? Przecież wiemy, że złoczyńca często osiąga większy „plon” od człowieka dobrego. Ale czy potrafi się nim prawdziwie cieszyć? Czy brak plonu nie dotyczy duchowego wymiaru „plonowania”? Przecież sam Kain mówi „każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!” – jego sumienie skazuje go na wieczny lęk. To sumienie jest prawdziwą ziemią wygnania „na wschód od Edenu” . I to ono stwarza glebę jałową, która nie może już wydać plonu radującego serce.

Ale Bóg nie chciał zemsty na Kainie, ogłaszając też, że: „ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie”. Dlaczego bratobójca Kain był przez Boga chroniony – a inny zabójca miałby ponieść karę siedmiokrotną? Warto tu jednak zauważyć, że Bóg nie mówi, iżby sam miał być mścicielem. Źródłem każdej pomsty jest również sumienie – to ono rodzi lęki i wszelkie niepokoje. Człowiek sam na sobie szuka wyroku za zło, które wyrządził. Sam też próbuje to prawo zemsty stosować na innych, z każdym aktem kolejnego odwetu biorąc na siebie jeszcze większe jarzmo – oddalając się coraz dalej od Edenu, na ziemie jeszcze bardziej cierniste i jałowe. W jakim wymiarze tragedia Kaina dotyka każdego z nas?…

 
 

Między światłem a mrokiem – życiem a teatrem…

01 sty

2016_12_JASKINIAJaskinia Platona – i nasze studenckie wyprawy (Jaskinia Kryspinowska, 1989 r.)

Obserwując cienie w „jaskini Platona”, człowiek nauczył się je w sposób drobiazgowy opisywać – i na różne sposoby interpretować. Poznanie prawdy wymaga woli ODWRÓCENIA (czy też w nazewnictwie religijnym – nawrócenia) – bo tylko wgląd w rzeczywistość ukrytą za naszymi plecami daje możliwość wejścia w rzeczywistość realną. Takie „odwrócenie” pozwala na powiązanie świata iluzji z tym, co faktycznie istnieje – odkrywając źródło oglądanego dotychczas „teatru cieni” w postaci światła i żywych postaci.

Ale spojrzenie w tył nie jest procesem łatwym – zniewolonych jaskiniowców ograniczają kajdany i lęk przed mrokiem, który ich spowija po lewej i prawej stronie (odwrócenie wymaga przejścia przez ciemność). Proces ten jest aktem woli – musimy chcieć się oderwać od teatru na ścianie – trzeba też pokonać lęk przed niewiadomą i zawieszeniem całej dotychczasowej wiedzy, na której oparliśmy dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa. Wiedzy, którą czerpiemy ze świata iluzji, rzutowanej przez cienie dochodzącego z tyłu światła. Zwrócenie twarzy ku ŚWIATU, czy ku ŚWIATŁU?

Tak więc WOLA poprzedza ZROZUMIENIE – bez ryzyka spojrzenia w mrok nie ma poznania Prawdy. Człowiek w swej historii podejmował różne próby uwolnienia się z przygniatającej go sytuacji jaskiniowego zniewolenia: od porzucenia wszelkiej materialności i zanegowania bytu cielesnego (orficy, platonicy, manichejczycy), poprzez wyłączenie cierpienia (epikurejczycy) i porzucenie własnych pragnień (stoicy) lub sądów (sceptycy, cynicy) – aż po rezygnację z wszelkich wysiłków i skupienie uwagi na samym „teatrze cieni” (materialistycznie ukierunkowani agnostycy i ateiści).

Różne odpowiedzi znajdziemy też w religiach. Judaizm próbuje uwolnić się od jaskini, negując indywidualne odczucia i opierając się na prawie (drogą afirmacji światła i jego radykalnego oddzielenia od człowieka), islam robi to odrzucając osobę człowieka i wynosząc „wolę światła” ponad wszelkie dobro, buddyzm – dystansując się do realności wszystkiego (światła, cienia, jaskini i człowieka). Tylko chrześcijaństwo zdołało rozpoznać w mroku tajemnicę ZŁA (i jego skutków w postaci iluzji), zachowując świadomość realności stworzenia, a zarazem uznając nierozerwalność światła od dobra…

 
 

Istota Prawdy – przez „P” jak PERSONA

07 paź

2016_10_Gromadzyn

Prawda jest jak ta góra, którą na co dzień widzimy w prostej bryle – dopiero mgły wydobyć z niej potrafią całą złożoność rzeźby, zakrywając inne fragmenty krajobrazu, do których tak bardzo przywykliśmy… Gromadzyń.

Dwie osoby jadą na wczasy, trafiając na ten sam turnus, do tego samego pensjonatu. Po powrocie jedna mówi, że pogoda była paskudna, hotel niewygodny, a obsługa nieprzyjemna. Relacja osoby drugiej jest dokładnie odwrotna. Czy któraś z nich kłamie? Nie, bo obydwie odnoszą się do swego odczucia, na które składają się fakty, ale już wewnętrznie przetworzone. I bynajmniej nie można tu mówić, że są różne prawdy. Taka analogia nasunęła mi się dziś po rozmowie na temat pewnego filmu historycznego o tematyce biblijnej, kiedy zetknąłem się z dwiema różnymi opiniami. Pierwszy rozmówca uznał, że film był nudny i kiczowaty. Druga osoba wskazała na różnorodność interpretacji historycznych – konkludując, że skoro jest ich tak wiele i tak bardzo od siebie odbiegają, to znaczy, że wszystkie je można włożyć między bajki. Dodam, że obydwie osoby bardzo szanuję, a ich opinie były dla mnie ważne nie tylko odnośnie filmu, ale przede wszystkim dlatego, że zainspirowały mnie do rozważań nad prawdą obiektywną.

Przenosząc powyższe historie na sferę duchową, żyjemy na rożnych płaszczyznach i poziomach, wlokąc za sobą worki rozmaitych doświadczeń i uwarunkowań. Bywają więc różnice w wewnętrznej konstrukcji, balaście, położeniu i duchowej dojrzałości. Ktoś może w pewnych sprawach być ode mnie bardziej zaawansowany i wymaga już innych bodźców do dalszego rozwoju. Może też mieć inną naturę – więc co innego będzie do niego mocniej przemawiać. Albo znajdować się w innym punkcie drogi, z którego widoczne są już inne szczyty. Błędem byłoby jednak z tego wyciągać wnioski o relatywności prawdy, bo przecież uczestniczymy w tej samej rzeczywistości zewnętrznej, choć nasze położenie sprawia, że dla każdego wygląda ona zupełnie inaczej… Dlaczego Jezus milczał na pytanie Piłata „co to jest prawda?” – czyżby uchylał się od odpowiedzi, bo rozmówca nie był jej godny? A może właśnie milczenie było w tej konkretnej sytuacji najlepszą odpowiedzią? Wcześniej przecież wyraził się na temat Prawdy do swych uczniów – w słowach równie trudnych dla nich do pojęcia: „Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem” (J 14,6)…

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie: dlaczego Jezus po prostu nie spisał całej prawdy? Byłoby wtedy wszystko jednoznaczne… Może właśnie dlatego, że Prawdy nie da się zmieścić w żadnym słowie. Każda próba jej literalnego wyłożenia dałaby tylko kolejny traktat filozoficzny czy teologiczny, być może mądrzejszy niż wszystkie inne – ale nadal ograniczony miałkością słowa, które każdy rozumiałby po swojemu. Bo Prawda ma zawsze wymiar OSOBOWY. Stąd słowa „Ja jestem Prawdą…” nie są wyrazem jakiegoś egocentryzmu, ale wskazaniem na własne życie. Tak jak Jezus urzeczywistnił tę Prawdę przez całopalną ofiarę z siebie, tak każdy z nas wchodzi w Jej wymiar o tyle, o ile pełni posługę wobec drugiego, otwiera się przed nim, obdarowuje go i ponosi za niego ofiarę, znajdując tę Prawdę w postawie pokory wobec tajemnicy istnienia – i w gotowości oddania swego życia. Tylko to jest pełnym wymiarem Prawdy, której można DOŚWIADCZAĆ – nigdy nie da się jej POJĄĆ. Wkraczanie w przestrzeń dobra usuwa z nas lęki i wątpliwości. Osobowe pojęcie Prawdy na trwałe zespala ją z Dobrem, dystansując się do suchej faktografii. Bo czy prości ludzie, którzy wierzą w słodkie historie hagiograficzne, muszą być dalsi Prawdy niż mędrcy? Nie – bo właśnie ci prostaczowie wchodzą w wymiar Prawdy przez duże „P”… P jak Persona.

 

Między mieczem a ogołoceniem…

29 wrz

2016_09_MIECZ-a-CHRYSTUS

Na zamku w Sanoku: po lewej – średniowieczny miecz (na tle Michała Archanioła z mieczem). Po prawej – inna wersja tej ikony z Karpat. W środku – ogołocony Chrystus z XVII-wiecznego ołtarza.

Czasem praktykuję przypadkowe otwieranie Biblii (choć w tym przypadku w przypadki nie wierzę). ;) Takie czytania potrafiły mi już niejednokrotnie coś ważnego w życiu naświetlić. Tym razem jednego dnia w dwóch niezależnych czytaniach natrafiłem na dwa osobne wątki o mieczu. Pierwszy z Ewangelii Łukasza: I rzekł do nich: «Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?» Oni odpowiedzieli: «Niczego». «Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! (Łk 22,35-36). Drugi werset dotyczy pokoju: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową. (Mt 10,34-35).

Ostatni fragment jest dość jednoznaczny w swej wymowie. Jezus nie ma zamiaru budować jakiegoś długotrwałego pokoju na ziemi, bo świadom jest upadłej natury człowieka, która nieustannie będzie ciążyć ku konfliktom. To w naszym duchowym życiu ma nastać pokój Chrystusowy – nie w przestrzeni politycznej czy nawet rodzinnej (choć niewątpliwie dążyć do tego trzeba). Pokój zaś wewnętrzny osiągamy, gdy tylko całą duszą skłonimy się ku Dobru i Prawdzie. Bo świat i tak pozostanie skażony ciągłym konfliktem. Nawet przy obustronnie dobrej woli może dochodzić do poróżnień. Ani wspomniana tu synowa, ani teściowa, nie muszą być przecież osobami złymi – a mimo to nie potrafią dojść do porozumienia… Bardziej zastanowił mnie jednak ten pierwszy fragment Ewangelii, który zdaje się całkowicie zaprzeczać coraz bardziej rozpowszechnianej wizji Chrystusa-pacyfisty, zawsze tylko nadstawiającego drugi policzek…

W cytowanym wezwaniu Jezusa miecz występuje wespół z trzosem i torbą. Owszem, wszystkie te akcesoria mogą być tylko obrazem jakiejś duchowej roztropności. Jeśli jednak torba i trzos (pas z kieszeniami) są symbolem przyzwolenia na dysponowanie środkami materialnymi, to miecz staje się wezwaniem, by wobec zła nie pozostawać całkowicie bezbronnym. Ktoś może tu zadać pytanie o samego Jezusa – przecież nie bronił się przed męczeńską śmiercią. Ale też Jezus mówi dalej: „To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu” (Łk 22,37). Kresem jest doskonała ofiara Krzyża, która oczywiście godna jest naśladowania w wymiarze indywidualnym. Gdy jednak chodzi o obronę innych, zwłaszcza w obliczu zagrożenia złem, Jezus wzywa do uzbrojenia się w oręż. Bo czy chwytanie za broń w chwili najazdu barbarzyńców (obojętnie czy będą spod znaku półksiężyca, swastyki czy czerwonej gwiazdy), nie będzie postawą miłości wobec tych, których bronimy? Czy obojętność lub ucieczka byłaby tu postawą ewangeliczną?

 

Między bogaczem i Łazarzem. Czym jest przepaść?

25 wrz
2016_09_Łazarz i bogacz

Ewangeliarz z Echternach (1030-1050), Niemieckie Muzeum Narodowe, Norymberga

 Przyznam, że dzisiejsze czytanie Ewangelii o bogaczu i Łazarzu (Łk 16,19) zawsze mnie jakoś niepokoiło – nie żebym się miał za bogacza. Choć przecież każdy z nas może na swój sposób być tym bogaczem – i każdy ma obok swojego „Łazarza”, któremu brakuje czegoś, co posiadamy w dostatku. Ale problem dotyczy nie tylko kwestii czy dostrzegamy potrzeby innych – również tego, czy nie stajemy tu przed zbyt surową karą za nieświadomą bierność?…

Kto jednak tę karę wymierza? Bóg? Przypowieść o tym milczy. A może sam bogacz jest dla siebie sędzią i egzekutorem? W końcu ani Bóg, ani Łazarz nie odzywają się tu nawet jednym słowem – cały czas mówi tylko bogacz. Najpierw się żali do Abrahama (nie do Boga), zwracając się doń o przysługę, by posłał Łazarza z wodą, która miałaby przynieść ukojenie. Traktuje więc biedaka instrumentalnie, nadal nie zauważając w nim osoby. Myśli wciąż tylko o sobie. Abraham próbuje mu naświetlić rzeczywistość, w której się znalazł, mówiąc o przepaści, jaka ich dzieli. Ale nie mówi nic o karze ze strony Boga – jako przyczynę tej sytuacji delikatnie sugeruje bogaczowi wgląd w swoje przeszłe życie.

Tu już zachodzi w bogaczu pewna odmiana – zdaje się, że przestaje myśleć wyłącznie o sobie, prosząc tym razem o przestrogę dla swych braci. Nadal jednak traktuje Łazarza wyłącznie jako posłańca, jakby nie był on godny, by traktować go podmiotowo. Może więc ta przypowieść mówi nie tyle o niesprawiedliwości, co raczej o skutkach pychy, która każe traktować drugą osobę wyłącznie w kategoriach rzeczy, używając jej jako narzędzia? Może dopóki trwa w człowieku ta pycha, dopóty odgradza go od innych przepaść?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie

 

Nie „istota rzeczy” a osoba istoty…

18 lip

2016_07_trzy-potoki_trzy-osobyTrzy potoki na wschodnich stokach Rozsypańca…

Tak często poszukujemy prawdy o bycie, wskazując na różne koncepcje „istoty rzeczy”, że można się już w tym wszystkim zagubić – popadając w nihilistyczny relatywizm lub cyniczny pragmatyzm. Poszukując filozoficznego kamienia lub religijnej „czystości wiary” ludzie popadali w zaciekłe spory, które tak często prowadziły do samowyniszczenia, niejednokrotnie w imię najwyższych wartości, że wielu zwątpiło w istnienie Prawdy. Co ciekawe, w sporach tych tworzyły się koalicje, które z czasem traciły z pola widzenia ową „istotę rzeczy”, używając jej jedynie jako maczugi do wzajemnego okładania się po głowach. Filozoficzne i teologiczne frazesy stosowano w sposób bezkrytyczny i bezrefleksyjny. W koalicjach takich człowiek nabiera zadziwiającej skłonności do wyszukiwania błędów u wroga, jak również do wybielania swoich stronników, znajdując dla nich przeróżne usprawiedliwienia – bez względu na racjonalną ocenę faktów. Czy taka skłonność świadczy o braku obiektywnej prawdy, czy też może o tak upadłej naturze człowieka, iż nie jest już w stanie do tej prawdy sięgać? A może istnieje jeszcze odpowiedź trzecia?…

Argentyński pisarz Jorge Borges w swej historiozoficznej powieści „Teologowie” przedstawia dwóch zaciekłych oponentów religijnych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Konflikt między nimi narósł już do takich rozmiarów, że wydawało się, iż tylko jeden mógł mieć rację – a drugi, sądząc po ludzku, musiał być przez Boga potępiony. Jakież było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że Boga bardziej interesują owi teologowie, niż ich „teologiczne prawdy”. Jako katolik, wierzący w istnienie prawdy obiektywnej, nie chcę tu niczego relatywizować i rozmywać w potoku słów. Myślę jednak, że ta opowieść doskonale wskazuje na charakter niezmienności Prawdy i jej niezależności od naszego rozumu. Podczas gdy my tak często zanurzamy się w spekulacjach na temat natury rzeczy i roztrząsamy istotę moralnych praw, najważniejsze jest to, co się wówczas dokonuje w naszym sercu, tj. w samym rdzeniu naszej duszy. Personalistyczne podejście do wiary tchnie głęboką nadzieją, że wszelkie napięcia i różnice ostatecznie zostaną w Bogu przezwyciężone – i tylko w Nim może się to stać. To On sprawia, że pozorne sprzeczności i wszelkie paradoksy odsłaniają się jako inne perspektywy tej samej Prawdy.

Nauka sama w sobie pusta jest – nie istnieje prawda dla samej prawdy. Nie ma istoty rzeczy i sensu bycia poza doświadczeniem OSOBY, która staje się jedynym weryfikatorem Prawdy. Troska o osobę, która na trwałe wpisana została w zachodnie rozumienie praw człowieka, wynika właśnie z tego personalistycznego odniesienia. A ono z kolei zrodziło się na gruncie teologicznego dogmatu o Trójcy Świętej. Jakkolwiek może to się dziwne dziś wydawać, to właśnie ta prawda teologiczna zrodziła szacunek do osoby jako takiej – pomijając wzgląd na jej urodzenie, intelekt i przydatność. Wzajemna relacja Trójcy stała się obrazem najwyższego dobra i szczęścia, które jest wewnętrzną rzeczywistością jedynego Boga. Paradoks nie do przeskoczenia dla ludzkiego umysłu, staje się intuicyjnym drogowskazem do jedynej Prawdy o człowieku i o całym świecie. Ojciec, Syn i Duch – trzy osoby, trzy twarze, trzy kategorie relacji, trzy tajemnice – w jednym Bogu. Paradoks, który może być przezwyciężony tylko w ostatecznym Spotkaniu…

 

Putta z Ustjanowej – w poszukiwaniu tożsamości…

30 maj

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKościół w Ustjanowej (dawna cerkiew z 1792 r.) – i XVIII-wieczny ołtarz przeniesiony tu z Hoczwi k.Leska (fragm. zdjęcia ze strony monterek58.rzeszow.pl)

Niedawno media komentowały ingerencję prezydenta Obamy w …publiczne toalety. Zalecenie nakazuje dostosować je do genderowskiego modelu płci – posuwając się do groźby zamknięcia tych szkół, które się do niego nie zastosują. Ktoś złośliwy zauważył, że zgodnie z wyróżnionymi ponoć 53 modelami płci, w każdym obiekcie trzeba będzie stworzyć tyleż samo toalet. ;) Ale znamienne jest to, że wraz z mnożeniem płci społecznych, zanika polaryzacja płci biologicznych, które sukcesywnie zostają sprowadzane do jakiegoś nijakiego „ono”. Z jednej strony wynikać to może z pewnego uwrażliwienia i wysubtelnienia naszej zachodniej cywilizacji wobec różnych form rozchwiania tożsamości. Z drugiej jednak strony jest to smutne, a nawet tragiczne, bo pozbawia człowieka jednego z podstawowych punktów odniesienia – tego, który oparty jest na jednoznaczności płci i wynikających z niej ról społecznych.

 Kiedy tylko jestem w Ustjanowej koło Ustrzyk Dolnych, lubię zachodzić tam do małego, drewnianego kościółka (starej cerkwi z 1792 roku). Po zaadaptowaniu cerkwi na kościół rzymskokatolicki umieszczono w niej XVIII-wieczny, rokokowy ołtarz, który został tu przeniesiony z pobliskiej Hoczwi. W górnej części ołtarza, po obu jego stronach, znajdują się dwie nagie postacie (rzecz w wiejskich kościołach dość osobliwa) – to Adam i Ewa, którzy stoją na solidnych filarach, zasłonięci figowymi listkami. Nieco niżej, tuż obok prarodziców, po całkiem zewnętrznych stronach ołtarza, ustawione zostały rokokowe putta (które zawsze były dla mnie jakimś osobistym symbolem nijakości – nie miały przecież nigdy płci, nie były też ani człowiekiem, ani aniołem). Mam nadzieję, że wybaczycie mi takie uproszczenia, bo nie jestem biegły w historii sztuki, ale pozwólcie, że pociągnę tę osobistą interpretację ołtarza nieco dalej.

Otóż wspomniane bobasy zostały umieszczone na filarach, które są dziwnie przechylone, zdając się dramatycznie wykręcać i walić. Nadają tym samym całemu ołtarzowi jakąś niepokojącą dynamikę. Nie wiem, jaki był zamysł artysty, ale do mnie ta kompozycja przemawia tylko w jeden sposób: ludzkość może być stabilna tylko w wartościach jednoznacznych (centrum ołtarza zajmuje ikona Maryi z Dzieciątkiem, nad którą wrasta drzewo poznania dobra i zła, oplecione wężem – a nad nim znowu dominuje błogosławiąca światu postać Maryi). Człowiek grzęźnie i upada tam, gdzie wchodzi na opłotki relatywizmu i niejednoznaczności – choćby w imię najpiękniejszych idei. Putta są przecież wyrazem piękna, a mylone z Erosem, często bywają odnoszone do miłości zmysłowej, przelotnych impulsów i ulotnego szczęścia…

 

Między nocą sowietyzmu a wiosną patriotyzmu…

24 kwi

2016_04_NOC_WIOSNA_Łupaszka_ONRMjr Szendzielarz ”Łupaszka” i wszyscy „Żołnierze Wyklęci” doskonale wpisują się w etos polskiej rycerskości, w której nie dokonuje się kalkulacji na najwyższych wartościach… Bieszczady pamiętają!

Z uwagą i wzruszeniem obserwowałem transmisję pogrzebu majora (pośmiertnie awansowanego do pułkownika) Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W uroczystości tej wyczuwało się coś więcej niż tylko wojskową ceremonię pogrzebową. Nie chciałbym zatrzymywać się tu na życiorysie jednej osoby, bo ów pogrzeb to symbol złożenia hołdu Prawdzie, która przez całe dziesięciolecia sowietyzacji była głęboko zakopana na niejednej polskiej „Łączce”. To symbol oddania czci wszystkim niezłomnym Bohaterom, którzy zostali skazani na zniesławienie i niepamięć – pogrzebani często w miejscach dalekich od warunków godnego pochówku. Gdybyż mieli choć krótki wgląd w przyszłość, by w ostatnich dniach swego życia zobaczyć, jak za 70 lat dopełni się ich moralne zwycięstwo…

W wymiarze duchowym zwycięstwo to dokonało się już wtedy, gdy wybrali śmierć, odrzucając zdradę i upodlenie. I to zwycięstwo było żywotne przez najciemniejsze lata komuny. Przetrwało w pamięci starszych i w ideałach młodych – bo z każdym młodym pokoleniem odradzało się wyczulenie na kłamstwo i pragnienie wolności. Dzięki temu możliwe stało się ostateczne zrzucenie sowieckich kajdan. Niestety nie było to jednoznaczne z uwolnieniem się od skażenia, jakie pozostało w naszych umysłach – co widać choćby w życiu politycznym, gdzie bardziej liczy się skuteczność, niż honor. Przejawia się to również w mentalności wielu współczesnych Europejczyków i tzw. „obywateli świata”, dla których wartością realną jest tylko to, co utylitarne, co daje wymierną korzyść i namacalny efekt.

Niedawno biskupi odcięli się od organizowanej Mszy z udziałem narodowców. A przecież wielu młodych ludzi pod sztandarami Bóg-Honor-Ojczyzna pragnie powrotu do etosu rycerskości, który byłby skuteczną przeciwwagą dla anty-etosu zniewieściałych mężczyzn i powszechnego relatywizmu. Obawiam się, że odcinając się od tej młodzieży, skazujemy ją na duchowe dryfowanie. Dlatego tak ważne jest dziś sięganie do tego głębokiego potencjału, jaki kryje się w głodzie ideałów. Być może ci młodzi patrioci nieraz błądzą, może nazbyt łatwo dają się ponieść emocjom – ale są w tym szczerzy i tym bardziej potrzebują dobrego pasterza, jak też właściwych autorytetów. Niektóre media przykleiły im łatkę „faszystów”, jakby nie dostrzegając, że w każdą młodość wpisany jest radykalizm przekonań i poszukiwań. A przecież właśnie dlatego jest to kwiat naszego narodu, który wyrasta na grobach Bohaterów – szczególnie tych skazanych na zapomnienie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Historia, Naród

 

Inne spojrzenie na krzyżowców, czyli historia nadziei u pustego Grobu

20 mar

2016_03_Grób_KrzyżowcyPusty grób Chrystusa. Czy nie był on także wymownie pusty dla krzyżowców? Czy wojny toczyły się o niego, czy może o zapełnienie pustki zupełnie innego rodzaju?…

W powszechnych opiniach dość często spotykamy się z bardzo materialistyczną i kompletnie ahistoryczną interpretacją wypraw krzyżowych. Taki punkt widzenia, ugruntowany przez komunistyczną propagandę w czasach sowieckich (i współczesną ideologię lewackich środowisk zachodnich) wskazuje na kilka rzekomo głównych motywów, jakimi się kierowali obrońcy Bożego Grobu – aspekt EKONOMICZNY: 1) ekspansja terytorialna, 2) żądza zdobycia legendarnych bogactw, 3) wejście w posiadanie mitycznych przedmiotów dających władzę nad światem; aspekt POLITYCZNY: 1) zmiażdżenie odwiecznego konkurenta, który od czterech wieków rósł w siłę na Bliskim Wschodzie, 2) wykorzystanie słabości Saracenów spowodowanej presją Seldżuków; aspekt SPOŁECZNY: 1) rozładowanie narastających konfliktów wewnętrznych w Europie poprzez wskazanie zewnętrznego wroga, 2) rozwiązanie problemu dziedziczenia (najstarszy z rodu dziedziczył ziemię, pozostali bracia stanowili niemały problem społeczny – wyprawy krzyżowe, według tych interpretacji, miały go rozwiązać).

Zupełnie jednak pomijano aspekt TEOLOGICZNY. Zofia Kossak potrafiła doskonale wejść w mentalność ówczesnych ludzi, dając tym samym doskonały wyraz myślenia historycznego, interpretującego dawne dzieje przez pryzmat panujących wtedy wartości, wyobrażeń, lęków i pragnień. Potrafiła też dostrzec istotę rycerskiego etosu, nie pomijając przy tym niechlubnych kart chrześcijaństwa. Z jej Trylogii można jasno wnioskować, że ahistorycznym uproszczeniem jest przypisywanie Kościołowi przyzwolenia na dokonywanie rzezi czy nawracanie mieczem niewiernych. Każda niegodziwość miesza się tu z heroizmem i prawdziwą świętością, dzięki czemu uzyskujemy wspaniałą grę słonecznego światła z głębokim cieniem. Warto mieć świadomość, że wyprawy krzyżowe to nie tylko władanie orężem, ale przede wszystkim całe pasmo wyrzeczeń – poczynając od zostawienia całego dobytku i wyruszenie z ufnością w długą i nieznaną drogę, kończąc na wszelkich trudach i utrapieniach podróży, której towarzyszył mór, głód i skwar.

Ważnym motywem krucjat, ujętym w szerszym tle historycznym, była od strony Kościoła kontynuacja reformy gregoriańskiej. Pontyfikatowi Grzegorza VII towarzyszyła idea powrotu do dawnej żarliwości w wierze, a także do unifikacji jej wyznawania – poprzez ujednolicenie liturgii, uniezależnienie lokalnych kościołów od władzy świeckiej, postawienie akcentu na czystości i unormowanie kwestii celibatu, a przede wszystkim – co w sposób bezpośredni rozbudziło gorliwość przyszłych krzyżowców – wzmocnienie eschatologicznej wizji wśród wszystkich wiernych. To oczywiście wzmagało też poczucie lęku przed potępieniem, ale jednocześnie rozbudzało nadzieję, że pokuta, podjęta w duchu heroicznej postawy krzyżowca, może zdjąć z człowieka jarzmo ciężkich grzechów, uwalniając od niechybnego potępienia. Grzegorz VII przygotował grunt pod zasiew, Urban II zasiał – po ludzku, nie bez błędów, ale szczerze, dokonując w Kościele pierwszego wielkiego resetu, uwalniając lud i rycerstwo od doczesnych zobowiązań (długów, podległości i ziemskich sądów), ale też odsłaniając nadzieje na uwolnienie duszy od jarzma klątw, grzechów i piekielnych wizji. Jednocześnie stworzył zasiew pod swoistą jedność duchową między stanami i narodami – jedność, która po wiekach zrodziła naszą współczesną wrażliwość…

Jeśli można ówczesnemu papieżowi Urbanowi II cokolwiek zarzucić, to może jedynie pewną naiwność w idealizowaniu ducha krucjaty, infantylne podejście do kwestii zbawienia i położenie nadmiernego akcentu na materialnej schedzie chrześcijaństwa (odzyskanie grobu Chrystusa) – ale to wszystko przecież wynikało z mentalności panującej w tamtych czasach. Cały natomiast dramat wiążący się z krucjatami, dziś tak często demonizowany i widziany jako jeden z głównych grzechów Kościoła, wynikał z pewnego przesilenia dziejów i zderzenia trzech różnych kultur – łacińskiej, greckiej i saraceńskiej. Paradoksalnie jednak wyprawy krzyżowe zjednoczyły cały zachodni świat wokół Ewangelii. To prawda, że często źle pojmowanej – ale był to dopiero punkt wyjścia. Kolejne opuszczenie egipskiej niewoli w podążaniu ku Ziemi Obiecanej – i bynajmniej nie myślę tu o Jerozolimie! W którym miejscu tej wędrówki obecnie się znajdujemy? Czy na etapie szemrania i ponownego zwracania się ku egipskim bożkom? A może u samego jej kresu, kiedy zdążyły już zbieleć kości tych, których nadzieje przedwcześnie zgasły?

 
 

Relacja ducha do natury

24 sty

2016_01_wilk_aniołAnioł z Ustjanowej jako symbol istoty duchowej – i wilki jako symbol dzikiej natury pośród lasów Laworty – swobodna kompilacja fotografii (wilki zaczerpnięte z hdwallpapersd.com)

Jak życie jest zjawiskiem przeciwnym do entropii, tak rozwój duchowy człowieka przypomina wędrówkę łososi do górskich źródeł – jest to nieustanne podążanie pod prąd natury. Tam, gdzie natura osiąga sukces drogą bezwzględnej konkurencji – np. przez zabijanie i pożeranie, tam nie po drodze jest istocie duchowej, która nie może upatrywać celu w funkcjach biologicznych: odżywianiu, zdobywaniu terytorium, reprodukcji czy przetrwaniu. Te dwa światy są tak radykalnie różne, że to, co w jednym nazywamy sukcesem, w drugim staje się okrucieństwem i egoizmem. Im bardziej istota duchowa płynie z prądem natury, tym bardziej się wyniszcza, aż ginie pośród żywiołów tego świata.

Jaka więc powinna być właściwa relacja istoty duchowej do świata przyrody? Czy wroga i negująca? A może obojętna i wzgardzająca? Gdyby taką postawę przyjąć, odrzucilibyśmy jedną z największych tajemnic swego istnienia – paradoks zespolenia ducha z ciałem. Cielesność nie może być naszym przekleństwem, bo wskazywalibyśmy wtedy na wewnętrzną sprzeczność stworzenia i samego Stwórcy, oskarżając go o okrucieństwo lub niemoc. Musielibyśmy założyć istnienie złego demiurga, rozumianego na wzór manichejski. Każda próba podeptania materialnej natury świata prowadzi do nihilistycznego absurdu lub do religijnego fanatyzmu.

Skoro więc błędem jest zarówno wrogość i obojętność wobec przyrody, jak też jej uwielbienie i podążanie z nurtem natury, to cóż nam pozostaje? Schizofreniczne podejście do człowieka, rozumianego w kategoriach dwóch światów, które spotkać się nigdy nie mogą?… Myślę, że jest lepsza propozycja – traktowanie natury jako swoistej sceny, na której mamy do odegrania swój dramat. Wiemy, że bez sceny nie byłoby teatru. Pomocne okazują się tu również rekwizyty, choć one już nie są tak konieczne – bywa, że doświadczamy ich ascezy w teatrze i w życiu. Zarówno scena, jak i cała rekwizytornia, nie może jednak zagłuszyć gry aktora. Materialna oprawa jest więc tylko wyzwaniem, by ją możliwie jak najlepiej wykorzystać do wyrażenia tego, co niewyrażalne…

 

Taniec tolerancji na grobach przodków – świat po zamachach w Paryżu

16 lis

2015_11_Taniec_tolerancji-1

 Polski taniec historii – występy ustrzyckich licealistów

Leszek Kołakowski bardzo trafnie docieka problemu zatracenia europejskiej tożsamości w swym eseju „Szukanie barbarzyńcy” – pisanym jeszcze w 1980 r. (!) – pochylając się nad współczesną zdolnością (czy wręcz obsesją) identyfikowania się z całym wachlarzem różnorodności kulturowych i religijnych. Tolerancja pojmowana w duchu postmodernistycznym, z relatywistycznym rozmyciem stabilnego punktu widzenia, prowadzi do zaniku jakiegokolwiek oparcia. Osłabiona zostaje zdolność skutecznej obrony własnej kultury, utożsamianej niegdyś z twierdzą Państwa i Kościoła, z podwalinami rzymskiego prawa, ewangelicznej duchowości i greckiej filozofii. Można odnieść wrażenie, że esej pisany był dzisiaj, po zamachach w Paryżu. Do czego doprowadziła nas idea cywilizacyjnej równorzędności? Do pogardy wobec własnej tradycji, kultury i duchowego dziedzictwa – z jednoczesnym zachwytem wobec każdej zewnętrznej idei, religii czy filozofii. To znamienna scheda czasów tzw. „oświecenia”. Wszak przechodziliśmy już nawet ten etap, w którym naturaliści wmawiali nam degenerację całego rodzaju ludzkiego i wyższość nad nim zwierząt…

Po piątkowych zamachach coś się jednak zatrzęsło. Coś próbowało się obudzić. Europa powoli odkrywa, że ma wielki problem ze swą tożsamością. Mam jednak wrażenie, że proces ten przybiera postać jedynie krótkich prześwitów dawnej świadomości – jak to bywa u staruszki w zaawansowanym stadium demencji. Najwyraźniej widać to we Francji – tu pojawia się jakiś napis „módl się za Francję” umieszczony na policzku młodej dziewczyny (dlaczego sama nie może się pomodlić?), tam znowu słychać jakieś wspólne odśpiewanie Marsylianki (pieśni, która kojarzy mi się bardziej z ludobójstwem rewolucji francuskiej, niż z wolnością), ktoś zmieni sobie awatara, ktoś inny pójdzie na marsz jedności (z kim i przeciw komu?) – wróćmy jednak do myśli Kołakowskiego. Czy tolerancja – w dzisiejszym jej rozumieniu przez Zachód – nie rodzi się tam dopiero, gdzie stąpamy już po grobach własnej cywilizacji? Czy owa zdolność do stąpania po własnych grobach to jedyny i ostateczny warunek cywilizacyjnej dojrzałości?

Czyżby więc od barbarzyństwa wolne były tylko te cywilizacje, które już w ruinę popadły? Wszyscy wiemy, że żołnierze Corteza byli zdobywcami, a nie koneserami egzotycznej sztuki czy kultury – mimo swej bezwzględności, byli jednak przekonani o wyższości swej religii i całej duchowej tradycji, jaką chcieli zaszczepić „dzikim”. Złe odniesienie? Wiem, że z dzisiejszą wrażliwością łatwo ich potępić. Do jakiej granicy możemy się więc posunąć, by afirmować własną cywilizację, nie niszcząc innych? I czy rezygnacja z tej afirmacji nie prowadzi do samozagłady? Słynny starożytny historyk – Diogenes Leartios toczył w swoim gronie zaciekłe spory ze zwolennikami równorzędności innych kultur, którzy za nic mieli własne korzenie. Choć był nie lada mędrcem, bez wahania stawiał grecką filozofię nad celtycką, egipską, babilońską czy hinduską. Znaczy to, że i w III wieku nie brakowało kosmopolitów, skłonnych do relatywizmu! Ale było to też ostatnie tchnienie wielkiej kultury greckiej (bo państwo już dawno upadło). Czy i Europa do tego punktu już doszła?

 

Między realnością a złudzeniem – prawdą a kłamstwem…

24 wrz

2015_09_Muczne_hotel_rzeźby

Grajki z Mucznego

Czy dzieła sztuki lub media kreują świat? Czy dają przesłanki do twierdzenia, że nawet wykrzywienie rzeczywistości staje się jej częścią? Zastanawiałem się, czym właściwie jest ta realność – rzeczywistością niezależną od naszej świadomości, czy może tym, co do tej świadomości dociera? Bezwzględność empiryczna podpowiada nam, że jedyną odpowiedzią jest opcja pierwsza. Podejście fenomenologiczne sugeruje jednak coś zupełnie innego – bo przecież wyobrażenia, jakie się w nas formują, też stanowią część naszej wewnętrznej rzeczywistości. A poza tym, czy świat wewnętrzny nie jest nam bliższy od tego obiektywnego? To oczywiście rozważania na gruncie oderwanym od problemu medialnej manipulacji, gdzie mamy już do czynienia ze świadomym kłamstwem. Choć i tutaj istnieje pewien związek. Kartezjusz przecież mawiał, że jeśli istnieje jakiś demon, który nas nieustannie okłamuje, to niech to czyni, ile tylko potrafi – bo sam fakt, że ulegamy iluzji, świadczy o realności naszego istnienia. Zatem kłamstwo jest poniekąd hołdem składanym prawdzie, skoro musi przed nami ukrywać swe prawdziwe oblicze.

 Mózg jest interpretatorem, a pośrednikiem – receptor (oko, ucho i pozostałe narządy zmysłów). Receptory generują złudzenia, mózg – błędy. Ważne jest tu działanie wcześniejszych doświadczeń. Jeśli np. mamy jakieś nawyki w interpretacji przestrzennej brył, wtedy zmysł łatwiej oszukać, stosując pewne cieniowania płaszczyzny – widzimy trzeci wymiar na płaszczyźnie dwuwymiarowej. To w dziedzinie geometrii – ale podobne tendencje możemy przenieść na tak odległe dziedziny, jak religia, polityka. Jeśli uwierzymy, że dana partia ma szczere intencje, to zakładamy kredyt zaufania dla każdego polityka z tego ugrupowania. I odwrotnie – brak zaufania do człowieka kształtuje się na bazie odbioru jego orientacji politycznej, religijnej, seksualnej itd., a także przynależności: rasowej, narodowej, etnicznej. Nie rozumiejąc czyjegoś świata, mamy też trudności z przyjęciem jego motywacji. Osądzamy go więc wedle własnego, wewnętrznego ”kodeksu”. Czy wchodzę tym samym na grunt relatywizmu? Nie – ale o tym za chwilę.

Czy zwierzęta mają dostęp do naszej „obiektywnej” rzeczywistości? Tu właśnie wychodzi cała iluzja, jakoby w odbiorze świata możliwe było obiektywizowanie czegokolwiek w sposób uniwersalny, ostateczny. Nie jest możliwe, bo obiektywizacja zawsze będzie dotyczyć jakieś grupy, a więc jest z góry skazana na pewną relatywność. Czy to znaczy, że skoro cała rzeczywistość wydaje się relatywna, to tym bardziej nie ma też obiektywnego świata wartości? No właśnie – myślę, że tej pokusy trzeba się bardzo wystrzegać. :) Obiektywizm prawdy – choć wpisany w naszą subiektywność (bo inaczej się nie da), nie polega na jednoznaczności faktów, lecz na wierności wobec ich odbioru. Innymi słowy: jestem wierny swojemu światu wartości, choć zakładam, że nie wszystko mogę dobrze widzieć – i że u kogoś ten świat może być inny. Dlatego staram się również zrozumieć drugą osobę. Nie mogę jednak rezygnować z własnego świata wewnętrznego, bo wtedy byłbym człowiekiem wewnętrznie „bezdomnym”, pozbawionym tożsamości - a tym samym podatnym na kłamstwo.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Aksjologia, Etyka, Psychologia

 

Duchowy KORZEŃ – między lękiem a nadzieją…

09 wrz

2015_09_KORZENIE_Europy

Czy groźba odcięcia od Korzeni ma wymiar zewnętrzny czy wewnętrzny?… Dziecko obejmujące zakorzeniony pień i krzyże zapuszczające korzeń w skałę - nagrobki z Wożuczyna (w środku) i Sanoka (po bokach)

W ostatnim czasie zamieściłem w przestrzeni publicznej kilka filmów dokumentalnych i wywiadów, które dotyczyły zagrożenia, jakie wynika z islamizacji Europy. Materiały te spotkały się z ogólnym poparciem – były tylko dwa głosy stanowczego sprzeciwu. Ale właśnie one skłoniły mnie do głębszego zastanowienia nad swoją postawą – dlatego chciałem tym Osobom szczerze podziękować. Czy skupianie się na tych zagrożeniach nie było podszyte lękiem? Tak – choć jest to bardziej obawa o Zachodnią Europę, niż o Polskę czy tym bardziej o moje Bieszczady. Więcej jednak od lęku motywowała mnie bezsilna złość, że ludobójcza organizacja o nazwie Państwo Islamskie konsekwentnie realizuje swój plan, a świat biernie się temu przygląda. Wiem jednak dobrze, że ani lęk, ani złość, nigdy nie są dobrymi doradcami. Gdyby choć jedna rodzina, jedna niewinna osoba, miała ucierpieć z powodu tego mojego lęku i złości, to przyczyniłbym się tym tylko do kolejnego zwycięstwa religijnych fanatyków. Dlatego usuwam z sieci wszystkie materiały dotyczące islamskiego zagrożenia w odniesieniu do narastającej imigracji.

Rozmyślając nad tym zagadnieniem doszedłem do kilku zasadniczych pytań. Czy jesteśmy w stanie uniknąć drastycznych zmian, jakie czekają Europę? Chyba nie. Czy te zmiany zniszczą naszą cywilizację? Tego już przewidzieć nie można. Nadal sądzę, że to zagrożenie istnieje, ale nie możemy się przed nim bronić na oślep – nie wolno mi wskazywać zagrożenia w samym człowieku. Muszę wyizolować z niego zło – i tylko samo zło piętnować, nie odrzucając osoby. Nawet w imię obrony całej cywilizacji nie wolno mi krzywdzić ani jednej osoby, wpisując się w jakąkolwiek kampanię stygmatyzacji człowieka przez wiarę, kulturę czy narodowość. Potrzebny więc był ten głos z zewnątrz, abym stanął z boku samego siebie i przyjrzał się swoim emocjom z dystansu. Jeszcze rok temu starałem się zrozumieć mentalność muzułmanina – dziś łapię się na tym, że zaczynam islam postrzegać wyłącznie w kategoriach totalitarnej ideologii. Jednak każda ideologia bierze się z osobistych wyborów konkretnego człowieka. I tu dochodzę do pytania kluczowego: czy islam nie stanowi dla nas wyzwania na poziomie duchowym, a nie politycznym czy militarnym?

Europa sama odcięła się od swoich korzeni. Traci soki życia. Rzeka bez źródła staje się pustym korytem – takie koryta w Afryce wykorzystywane są jako drogi. Przez wyschnięte koryto Europy przetaczają się różne ideologie. Czy zatem Europa będzie islamska? To zależy tylko od nas – przede wszystkim od tego, jak odpowiemy na realne zagrożenia – przemocą, czy wewnętrzną przemianą? Ale przecież mamy prawo się bronić – mówi moje drugie „ja” – tego wymaga rozsądek. I znowu czuję rozdwojenie – sięgam więc po Biblię. Trafiam na rozdział 23 Ewangelii według Mateusza – ostre słowa Jezusa o faryzeuszach. Czuję wstrząs, bo odkrywam taki faryzeizm w samym sobie – z jednej strony wierzę, że wszystko przemija i nie tutaj mam szukać Królestwa, a z drugiej chcę stawiać mury i wykupić polisę na bezpieczne życie? Sięgam po Tomasza a Kempis, u którego czytam: „unikaj próżnej gadaniny”, „zachowaj powściągliwość, która przystoi cudzoziemcom i pielgrzymom”. I tu odsłania się światło: przecież każdy uczeń Chrystusa powinien na tej ziemi czuć się pielgrzymem i cudzoziemcem! Dopóki jesteśmy zanurzeni w świecie, nigdy nie będziemy „u siebie”. Tym bardziej musimy więc zadbać o tych, którzy utracili wszystko, co było ich dotychczasowym światem – wykazać autentyczną troskę, niezależnie od wynikających z tego zagrożeń.

PS.

Mimo powyższych przemyśleń nad naszymi lękami, wciąż zmagam się z pytaniem, czy pomagamy w sposób mądry? Jak pomóc tym, którzy nie mieli pieniędzy na podróż do Europy? Bo przecież ci, którym udało się tu przedostać, zapłacili przemytnikom ogromne sumy, a więc nie należeli do ludzi ubogich…  Czy zatem Europa nie skupia się na tych silniejszych, zapominając o słabych? Czy nie zostawiamy na pastwę losu prawdziwie prześladowanych, ograbionych z majątku chrześcijan, przyjmując muzułmanów, których stać było opłacić podróż? I czy nie powinniśmy przyjmować – jak powiedział papież Franciszek – rzeczywiście opuszczonych w potrzebie RODZIN?… I kolejne pytanie, które się z tym wiąże – dlaczego przytłaczająca większość przybyłych do Europy to samotni mężczyźni? Według raportu UNHCR stanowią oni 75% tegorocznej imigracji przez Morze Śródziemne (kobiety to 12%, dzieci – 13%). I czy tych samotnych mężczyzn, migrujących do Europy z Turcji, a więc z kraju dla nich bezpiecznego, można nazwać UCHODŹCAMI?