RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Filozofia’

Czereśnie i nagie kości – świat ducha i materii

09 paź

2017_10_Kirschenmadonna_duch_i_materia

Obraz Tycjana „Madonna z czereśniami” – w kontekście przemijalności, którą symbolizują kości, rozwłóczone po bieszczadzkiej puszczy…

Kiedy nasz umysł, do szpiku przesiąknięty dyktaturą empirycznego myślenia, zderza się z rzeczywistością cudu, próbuje go na swój sposób racjonalizować. I często przyjmujemy do swej świadomości tylko taką postać zjawisk nadnaturalnych, która pozwala się jakoś wytłumaczyć na płaszczyźnie naturalizmu – czy to zbiegiem okoliczności, czy siłą nieznanych jeszcze fal i form energii, czy też przełamaniem bariery czasoprzestrzeni – wszystko jednak zgodnie z prawem fizyki. Dzieje się tak dlatego, że założyliśmy bezwzględny prymat materii nad światem ducha. Świadomie lub podświadomie traktujemy sferę duchową jako pochodną materii lub przynajmniej jako arenę równoległą, która musi uwzględniać to, co zachodzi na płaszczyźnie fizycznych zjawisk, bo tylko od nich zależy jej wiarygodność. A co by było, gdybyśmy tę zależność odwrócili? Gdyby to świat materii uczynić jedynie ekspresją ducha – na wzór wyświetlanego na ścianie filmu?

Dzisiejszej nocy miałem dziwny sen. Był bardzo krótki, lecz niesamowicie wyrazisty – do tego stopnia, że jeszcze teraz widzę jego poszczególne kadry w najdrobniejszych szczegółach (co raczej się nie zdarza, bo moje sny zwykle szybko rozpływają się we mgle). A śnił mi się rzymski cesarz – właściwie nie wiem, po czym poznałem w nim cezara, skoro była to jakaś bezkształtna masa zmurszałych kości, tu i ówdzie porośniętych mchem. Nagle paskudna czaszka, schowana w miednicy szkieletu, przemówiła do mnie, żądając dokonania mordu na swym przeciwniku. Czaszka wyszczerzyła swe pożółkłe zęby w szyderczym  śmiechu, dając mi do zrozumienia, że niewykonanie polecenia jest równoznaczne z wyrokiem śmierci na mnie samym, po czym wysunęła się z tej obrośniętej mchem miednicy, unosząc się w górę, niespodziewanie wysoko, na swej smukłej, kościanej szyi. Zostałem sam w poczuciu sytuacji bez wyjścia. Wtedy przykuł moją uwagę świerk, który obficie owocował …czereśniami. Na ten widok zapomniałem o swym położeniu, usilnie zastanawiając się, co to ma znaczyć. I nagle, jeszcze we śnie, wszystko stało się jasne!

Cesarz jest symbolem przemijającej władzy i ziemskich zależności. Czereśnie to dla mnie wyraz miłości i nadziei związanej z Maryją (pierwszy obraz, jaki mi się z nimi skojarzył, to „Madonna z czereśniami” Tycjana – poniżej). A to, że czereśnie rosły na świerku to oczywiście cud, dokonany w kontekście życia wiecznego (świerk). Sytuacje bez wyjścia pojawiają się tylko tam, gdzie myślimy po ziemsku, podporządkowując swe życie duchowe „cesarzowi” tego świata. Zależność odwrotna: gdy życie ziemskie zaczynamy widzieć tylko z perspektywy ducha (jako pochodną rzeczywistości duchowej – nie odwrotnie), otwiera przed nami zupełnie nową, niczym nie ograniczoną perspektywę. Upiorny cesarz nie musi być obrazem realnej władzy – stanowi raczej wyraz duchowej śmierci, jaka tkwi w grzechu. Bo każdy z nas takiego „cesarza” znaleźć może w sobie samym…

 
 

Heglowska triada starej i nowej Europy

03 paź

2017_10_JESIONOd lewej: 1) sędziwy jesion w Caryńskiem, 2) próchniejący pień jesionu na wołosackim cmentarzu, 3) odbijające pędy na pniu pod cerkwią w Stefkowej.

Chwilami odnoszę wrażenie, że cały ten radykalny podział, jaki dziś w Europie (a jeszcze bardziej w Polsce) obserwujemy na płaszczyźnie ideowej i politycznej, przypomina heglowską triadę. Pierwotną tezą były kultury przypisujące sobie prawo do zabijania w imię przyjętych przez siebie wartości. Antytezą stał się paradygmat ofiary – aby dać się zabić za wartości, w które się wierzy. Ta antyteza realizowała się w niezłomnej postawie wobec wielkich totalitaryzmów. Syntezą takiej dziejowości staje się konieczność unicestwienia w sobie imperatywu wszelkich wartości, dla których dotąd mordowano i za które się ginęło. Oczywiście tak to wygląda w oczach „nowoczesnej” Europy…

Czy jednak cała ta obłąkana triada nie jest wytworem chorej wyobraźni? Wszak na zmurszałym pniu takiego świata wyrastać już mogą tylko wyniszczające grzyby nihilizmu lub śluzowce krótkotrwałego hedonizmu. Główny zrąb życia zaczynają więc stanowić formy pasożytnicze (korzystające z tlących się jeszcze przejawów życia – tu i ówdzie gasnących idei) oraz saprofityczne, które w sposób już ostateczny rozkładają próchno materii organicznej, redukując je do składników gleby. Jedne i drugie stają się pożywnym i bogato zastawionym stołem dla różnej maści drapieżników, coraz liczniej napierających do wnętrza butwiejącego pnia, by w końcu posiąść go na własność.

W przyrodzie cenimy sobie takie siedliska, dopatrując się w nich ekosystemów o wysokim wskaźniku bioróżnorodności. Jednak schodząc z tej metafory na poziom realnego społeczeństwa, utopią byłoby żywić nadzieję na własny rozkład. Tutaj już nie ma bezstronnego obserwatora – są tylko uczestnicy szekspirowskiego dramatu, wystawianego pod tytułem „zjeść czy być zjedzonym?” A odpowiedzią na tak postawione pytanie jest coś, co w całym tym zgiełku nie wszyscy potrafią dostrzec: nowe pędy ducha, odbijające od zmurszałego pnia, a czerpiące soki ze starych korzeni. Za kilka lat to właśnie one staną się młodym drzewkiem, a za kilka dekad wszystko pogrąży się w ich cieniu. To one staną się wyznacznikiem nowego porządku.

 
 

Wartość przeciwstawności

06 wrz

2017_09_pokrzyk_tojad_kociołekWśród najsilniej trujących roślin istnieją takie, których działanie wzajemnie  się znosi. Mówimy wtedy o „antidotum” – tak jest w przypadku pokrzyku (z lewej) i tojadu (z prawej). Czy w życiu społecznym nie jest podobnie? Czy przeciwieństwa nie są nam dane (i zadane), by chronić nas przed nami samymi?

Często spotykamy się w życiu z diametralnymi skrajnościami w postawach społecznych – na poziomie lokalnym lub narodowym, w aspekcie politycznym, religijnym, ideologicznym czy każdym innym. Gdy się głębiej zastanowić, u każdej ze stron można znaleźć jakieś racje. Lecz racja to nie to samo, co Prawda – jest zaledwie jej promyczkiem. Samej Prawdy objąć nie sposób, jak nigdy nie obejmiemy Słońca. Możemy jej zaledwie doświadczać – i to jedynie wówczas, gdy sama nam się objawi. Czy zatem brak jedności jest zaprzeczeniem wspólnoty? Czy mimo radykalnych różnic możemy być jedną wspólnotą narodową, religijną, kulturową?…

Przy odpowiednim spojrzeniu sam fakt istnienia przeciwstawnych postaw może się jawić jako realna wartość każdej społeczności i przejaw jej zdrowego funkcjonowania. Niedawno ktoś przy obchodach „sierpnia ’80″ powiedział bardzo mądre słowa: „Solidarność to nie jedność”. Napięcia, jakie powstają między przeciwieństwami, stanowią o stabilności całej konstrukcji (jak naprężenia w żaglu czy namiocie). To dzięki nim możemy mówić o mechanizmie zbiorowej samokontroli. Zrozumienie tych procesów prowadzi do pokory i wzajemnego otwarcia – wbrew oczywistym różnicom, które bywają trudne i bolesne. To właśnie one uczą nas prawdziwej akceptacji osoby, mimo zanegowania jej poglądów.

Materiał pozbawiony naprężeń zamienia się w bezkształtną szmatę - zatęchłą w wilgoci lub po wysuszeniu miotaną wiatrem. Taka sytuacja ma miejsce w społeczeństwach, które uczyniły sobie bożka z tolerancji, rozumianej w kategoriach wzajemnej obojętności, przy jednoczesnym porzuceniu świata niezmiennych wartości. Paradoksalnie to właśnie taka „tolerancja” staje się najprostszą drogą do dyktatury, w której nieustannie być musi narzucana bezwyznaniowość i bezideowość oraz brak tożsamości narodowej czy kulturowej. Taki „namiot” nie chroni już przed wiatrem czy deszczem; „żagiel” nie pcha ku upragnionym lądom. Istnieje tylko bezwolny dryf i powolny rozkład.

 

Między mrokami puszczy a horyzontami połonin…

09 maj

2017_05_Wyspa_MertonPuszcza może stać się dla nas duchową pułapką, skłaniającą do szukania własnej dziupli – albo wyzwaniem, by wspiąć się ponad nią, na połoninę, doświadczając pełnej wolności…

Otrzymałem dziś zamówioną paczkę z książkami Thomasa Mertona – w tym słynną „Siedmiopiętrową górę”, którą zostawiam sobie na później. Zacząłem od skromniejszej pozycji – „Nikt nie jest samotną wyspą”. Merton dotyka w niej dramatu człowieka rozpiętego między pragnieniem sensu - wpisanym w jego najgłębszą istotę – a pokusą odczytania powszechnego bezsensu, uwalniającego od wszelkiej odpowiedzialności i oferującego narkotyk dryfującej beztroski. W każdym z nas tkwi ta ziemia obietnicy i wygnania – wyboru na przemian kreatywnej wolności i ślepego determinizmu. Ten stan bolesnego rozdarcia może się stać zarówno źródłem przekleństwa, jak i błogosławieństwa…

Rozdarcie to stanowi wyzwanie dla każdego z osobna, bo nikt nie może ci powiedzieć, kim jesteś – i co stanowi sens twego istnienia. Ty także nie możesz nikogo w tym zakresie oświecić. To droga, którą musimy podjąć samotnie, choć wiedzie nas ku rozdrożu, otwierającemu przed nami drogę na pustynię zbielałych kości lub ku pustelni, która jest pełna żywej obecności. Bo każdy z nas po części taką pustynią i pustelnią żyje – czasem przeważa jałowy piasek, innym razem samotność przeradza się w poczucie szczególnej więzi… Jednak wrodzone lenistwo skłania nas często do szukania łatwych rozwiązań. Staje się to idealną pożywką dla rozmaitych konformizmów, pustych pasji czy ideologii. Dlatego, jak pisze Merton: „optymistyczny pogląd na życie nie zawsze jest owocem cnoty”.

Wchodząc w dziewiczą puszczę pytań, które rodzą się z najgłębszych lęków i pragnień, stajemy przed dwoma rodzajami niepokoju. Pierwszy rodzi się z braku odpowiedzi na postawione pytania – to stan naturalny, prowadzący na połoninę nadziei, z której otwiera się szeroki horyzont wiary. Drugi jest mroczną czeluścią, jaka może usidlić człowieka, zanim podejmie jakikolwiek krok ku górze. To lęk przed samym stawianiem pytań. Grzęźniemy wtedy w bagnie lenistwa lub rozpaczy. Albo wchodzimy w zmurszałą dziuplę, tworząc z niej własny dom - strojąc się w pióra mądrych pytań i błyskotliwych odpowiedzi. Ale sytuacja bagna i dziupli, stanowić może również zarodek nadziei – jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku…

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Życie

 

Polski romantyzm vs zachodni pozytywizm

25 mar

2017_03_ROMANTYZM Modlitwa konfederatów barskich (Grottger)Modlitwa konfederatów barskich, Artur Grottger 1860

Często słyszymy utrwalony stereotyp, że Polacy są niepoprawnymi romantykami – że do dziś nie potrafiliśmy zamknąć za sobą drzwi do krypty Słowackiego i Mickiewicza. Zapewne jest w tym dużo prawdy, ale spójrzmy też na to z drugiej strony. Czy taka ocena Polaków nie wypływa z silnej polaryzacji Europy? Zapatrzeni w cywilizacyjny sukces Zachodu zatraciliśmy zdolność pełnego widzenia, jak silnie dziś skażona jest ta część Europy ideologią pozytywistyczną… Chciałbym tu szczególnie zogniskować się na myśli dwóch filozofów – Augusta Comte’a i Johna Milla. Wielki demontaż Kościoła i całej duchowości, jaki nastąpił po rewolucji francuskiej, pozostawił pustkę, którą trzeba było czymś zapełnić. Comte wprowadził więc w obieg pojęcie „religii ludzkości”, która w skrócie opierała się na swoistym tłumaczeniu zasad altruizmu: człowiek silny pomaga słabemu, za co ten słaby oddaje mu swoje uwielbienie. W ten sposób ludzkość stała się jednocześnie bogiem, mesjaszem (odkupicielem) i ludem odkupionym.

Warto tu jednak zauważyć, że sam Comte stanowczo odcinał się od ateizmu, uważając celowość świata za bardziej prawdopodobną od przypadkowości. Było mu też równie daleko do empiryzmu, który traktował jako skrajność równą mistycyzmowi. Odcinał się także od materializmu, uważając materię za taką samą fikcję (!), jak pojęcie duszy. A fikcje według Comte’a wytwarza w człowieku zarówno intelekt (w postaci metafizyki), jak i uczucia (kształtujące mitologię). Nękany chorobą psychiczną, Comte nie mógł stanowić osobowości zrównoważonej i poukładanej (co znajdowało wyraz w jgo życiu osobistym). Mimo to zdołał się głęboko zakorzenić we francuskiej myśli, utrwalając w niej podejście deistyczne, które z czasem powszechnie ewoluowało w radykalny ateizm. Wpłynął też znacząco na społeczne życie Francuzów – szczególnie na ówczesne elity, coraz silniej zwracające się w stronę masonerii. Comte był twórcą samego pojęcia „pozytywizm”, dając też podwaliny pod panującą do dziś ideologię totalnego relatywizmu, wyrażającą si jego słowami: „Jedna jest tylko maksyma bezwzględna – że nie ma nic bezwzględnego.”

Współczesnym Comte’owi propagatorem pozytywistycznego liberalizmu na Wyspach Brytyjskich był John Mill – syn Jamesa Milla, twórcy idei utylitaryzmu. James Mill postanowił w ramach eksperymentu wychować syna w duchu swej ideologii, izolując go od otoczenia. Eksperyment się powiódł – indoktrynacja zrobiła swoje. I choć John w wieku 21 lat przeżył z tego powodu silne załamanie nerwowe, to jednak z duchowego balastu do końca wyzwolić się nie potrafił. Pozostał zagorzałym liberałem i empirystą, na każdym kroku zwalczającym filozoficzny aprioryzm i uniwersalizm. W procesie poznawczym zręcznie połączył indukcję z dedukcją, wywodząc obydwie z doświadczenia (eksperymentalizm). Cały jednak dorobek nauki kierował w stronę utylitaryzmu. To z kolei stało się zaczynem pod anglosaski pragmatyzm, wprzęgając etykę w kryterium użyteczności. Pragmatyzm w znaczącym stopniu przyczynił się do ustanowienia kultu sukcesu – i do przedkładania go nad światem klasycznych wartości. Z pewnością dało to mocny impuls dla technicznego rozwoju anglosaskiej cywilizacji. Czy jednak nie było wykrojeniem z niej duszy?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Naród

 

Relacja przełamująca separację…

05 mar

2017_03_Beksinski_relacje_separacjeRelacyjność wobec radykalnej separacji śmierci (na bieszczadzkich nagrobkach) i separacji światów wewnętrznych (na obrazach Beksińskiego)

Gdy zadałem komuś pytanie „co to znaczy żyć w dobrej relacji?”, otrzymałem odpowiedź „to proste – być życzliwym dla kogoś”. Taka odpowiedź prowokuje jednak do następnego pytania: „co to znaczy dobrze komuś życzyć?” Czy nie bywa często tak, że to JA wiem, co dla kogoś jest dobre – i według tej „wiedzy” spełniam czyjeś życzenia? Czuję się wtedy życzliwy – a że ktoś tej życzliwości nie potrafi docenić, to już nie mój problem. Tak często w tej naszej „życzliwości” się rozmijamy, że wyraźnie brakuje w niej czegoś zasadniczego. Może zwykłej otwartości, by najpierw poznać, co dla drugiej osoby jest ważne? Jaka jest jej wrażliwość? W jaki sposób widzi i czuje ten świat?

Bez uważnego wsłuchania się w czyjś głos, nawet najbardziej wyrafinowane formy dogadzania staną się tylko zakamuflowanym egoizmem. Wyrażać się one będą w apodyktycznej „posłudze”, która dla obiektu tych starań będzie tylko formą osaczenia i zniewolenia, a dla osoby dogadzającej - balastem próżnych wysiłków i źródłem rozdrażnienia z powodu „niewdzięczności”. Co jednak sprawia, że tak często realizujemy tylko własną WIZJĘ „uszczęśliwiania” drugiego człowieka? Myślę, że przyczyna tkwi w dwóch płaszczyznach: egzystencjalnej, wynikającej z radykalnej separacji między naszymi światami – i aksjologicznej, wyrażanej w braku woli wniknięcia w świat drugiej osoby. A wpływ mamy tylko na tę ostatnią.

Jedynie wsłuchując się w czyjeś pragnienia, w ten swoiście odmienny sposób przeżywania rzeczywistości, możemy dostroić swą empatię do wrażliwości drugiego człowieka. Z jakim zdumieniem odkrywamy wówczas, że prawdziwa życzliwość nie wymaga rzeczy wielkich, bo już sama próba zrozumienia staje się spełnieniem podstawowego pragnienia. Wysłuchanie jest ważniejsze od usługiwania – tak jak postawa Marii u stóp Jezusa ma głębszy wymiar, niż cała krzątanina Marty. Wewnętrzna radość powstaje tylko wtedy, gdy udaje się przezwyciężyć radykalną separację – gdy zamknięta monada człowieka otwiera okno na drugą monadę, by choć przez moment gościć w jej wnętrzu, zapraszając ją też do siebie. I chyba właśnie to uczucie jest przedsionkiem stanu, który nazywamy „niebem”?

 

Między światłem a mrokiem – życiem a teatrem…

01 sty

2016_12_JASKINIAJaskinia Platona – i nasze studenckie wyprawy (Jaskinia Kryspinowska, 1989 r.)

Obserwując cienie w „jaskini Platona”, człowiek nauczył się je w sposób drobiazgowy opisywać – i na różne sposoby interpretować. Poznanie prawdy wymaga woli ODWRÓCENIA (czy też w nazewnictwie religijnym – nawrócenia) – bo tylko wgląd w rzeczywistość ukrytą za naszymi plecami daje możliwość wejścia w rzeczywistość realną. Takie „odwrócenie” pozwala na powiązanie świata iluzji z tym, co faktycznie istnieje – odkrywając źródło oglądanego dotychczas „teatru cieni” w postaci światła i żywych postaci.

Ale spojrzenie w tył nie jest procesem łatwym – zniewolonych jaskiniowców ograniczają kajdany i lęk przed mrokiem, który ich spowija po lewej i prawej stronie (odwrócenie wymaga przejścia przez ciemność). Proces ten jest aktem woli – musimy chcieć się oderwać od teatru na ścianie – trzeba też pokonać lęk przed niewiadomą i zawieszeniem całej dotychczasowej wiedzy, na której oparliśmy dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa. Wiedzy, którą czerpiemy ze świata iluzji, rzutowanej przez cienie dochodzącego z tyłu światła. Zwrócenie twarzy ku ŚWIATU, czy ku ŚWIATŁU?

Tak więc WOLA poprzedza ZROZUMIENIE – bez ryzyka spojrzenia w mrok nie ma poznania Prawdy. Człowiek w swej historii podejmował różne próby uwolnienia się z przygniatającej go sytuacji jaskiniowego zniewolenia: od porzucenia wszelkiej materialności i zanegowania bytu cielesnego (orficy, platonicy, manichejczycy), poprzez wyłączenie cierpienia (epikurejczycy) i porzucenie własnych pragnień (stoicy) lub sądów (sceptycy, cynicy) – aż po rezygnację z wszelkich wysiłków i skupienie uwagi na samym „teatrze cieni” (materialistycznie ukierunkowani agnostycy i ateiści).

Różne odpowiedzi znajdziemy też w religiach. Judaizm próbuje uwolnić się od jaskini, negując indywidualne odczucia i opierając się na prawie (drogą afirmacji światła i jego radykalnego oddzielenia od człowieka), islam robi to odrzucając osobę człowieka i wynosząc „wolę światła” ponad wszelkie dobro, buddyzm – dystansując się do realności wszystkiego (światła, cienia, jaskini i człowieka). Tylko chrześcijaństwo zdołało rozpoznać w mroku tajemnicę ZŁA (i jego skutków w postaci iluzji), zachowując świadomość realności stworzenia, a zarazem uznając nierozerwalność światła od dobra…

 
 

Przemoc i uwodzenie…

26 lis

2016-11_Kierkegard_przemoc-uwodzeniaUstjanowa – krajobraz w otoczeniu Ustrzyk Dolnych opiera się jeszcze komercyjnej przemocy. Ale jak długo?

Musiałem na jakiś czas zamienić przyjazne Ustrzyki na wielkomiejską aglomerację. Przesiadając się w Krakowie z dworca PKS na pociąg, trzeba przejść przez labirynt galerii. Miejsce dla mnie koszmarne pod wieloma względami i strasznie hałaśliwe – tak w zakresie dosłownym, jak i komercyjnym. Sam już nie wiem, który hałas gorszy – ten z głośników, czy ten, który niczym wiertło drąży naszą psychikę nachalnością reklam. Nie wspomnę już o tragicznej katastrofie w zakresie planistycznym – myślę tu o kompletnym zeszpeceniu architektonicznego układu starej zabudowy dworca, poczty i ciągu secesyjnych kamienic. Ta urbanistyczna plomba stała się dla mnie pomnikiem ku czci przemocy. Niestety takich koszmarków w przestrzeni miejskiej znajdujemy coraz więcej. Dochodzi do tego natłok  wielkopowierzchniowych bilbordów (które, o zgrozo, pojawiły się też na wjeździe do Ustrzyk) – wzmacniają one poczucie hałasu i chaosu, utrudniając zatrzymanie się nad tym, co faktycznie piękne…

Kierkegaard widział sens życia w estetycznym uwodzeniu, najwyższy jego pułap upatrując w tragedii. Kiedy analizuję nasze życie, rozciągnąłbym jego myśl na znacznie szerszy zakres, obejmując całe zanurzenie w tym świecie, które – podobnie do  wspomnianej reklamy – opiera się na dwóch aspektach: UWODZENIU i PRZEMOCY. Uwodzić można przedmiotem (jak w reklamie), można też ciałem (w sferze estetyki – np. w tańcu lub w postaci wulgarnej – w pornografii), przedmiotem uwodzenia może być władza (np. w polityce) lub iluzja prawdy (w rozmaitych ideologiach). Kierkegaard pisał, że uwodzenie musi prowadzić do tragedii – i ta dopiero staje się szczytem piękna. Przyczyną jest niewierność, która niejako wpisana jest w naturę takiego „uwodzenia”. Artysta tworząc swe dzieło, po jego ukończeniu szuka innej inspiracji, niejako zdradzając je na rzecz dzieła „jeszcze większego”. Podobnie jest z uwodzeniem w każdej innej postaci.

Warto zauważyć, że każde z tych uwodzeń prowadzi nie tylko do niewierności, ale także rodzi różne formy przemocy – czasami werbalną, innym razem fizyczną, ale też taką, która realizuje się w całej naszej postawie wobec życia. Zaś przemoc, jak też sama jej potencjalność, budzi LĘK – tak jak uwodzenie wyzwala POŻĄDANIE. Mam tu na myśli bardzo różne, czasem ukryte i niebezpośrednie formy tych reakcji, wychodzące daleko poza pospolite znaczenie pojęć. Lęk i pożądanie to dwa najbardziej destruktywne żywioły naszego wnętrza. Jedyną odpowiedzią, która może im zaprzeczyć, jest DOBRO – ono nigdy nie jest podatne na uwodzenie, bo nie stanowi ODBICIA wartości iluzorycznych, będąc niewyczerpalnym ŹRÓDŁEM jedynej rzeczywistości. A dobro wyrasta właśnie na podłożu ciszy, tj. autentyczności i wewnętrznego wyciszenia – uwolnionego od zgiełku tego świata, budowanego na wzniecaniu lęków i pożądań. Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić świat pełen wdzięku i żywej relacyjności, pozbawionej iluzji i przemocy – świat bez „reklam”?…

 
 

Przekraczając rozum…

24 paź

2016_10_WIARA-NADZIEJA-MILOSCŚwięty Andrzej z Hoszowa i Dymitr z Wołosatego (moje wizje na szklanych miniaturkach)

Coraz częściej można się zetknąć z podejściem, że religia jest zaprzeczeniem wiary. To wynik zarówno relatywistycznego podejścia do prawdy, jak też antyświadectwa ludzi podających się za wierzących. Spotykamy się z różnymi definicjami wiary, jak też z jej zupełnie prywatnymi pojęciami. Wczoraj rozmyślałem, czym właściwie jest ta wiara dla mnie – rozpatrując ją w kontekście z dwiema pozostałymi cnotami teologalnymi – nadzieją i miłością. Rozważania te doprowadziły mnie do pewnego schematu, który oczywiście jest tylko uproszczonym szkicem myślowym, nie obejmując całości zagadnienia i nie dając odpowiedzi uniwersalnej. Stanowi dla mnie formę uporządkowania moich osobistych myśli na ten temat. Byłbym jednak wdzięczny za podzielenie się własną weryfikacją tych odniesień do życia duchowego w każdym innym osobistym jego przeżywaniu. Chciałbym też zadać pytanie, czy możliwa jest ekspresja wiary w życiu całej społeczności, jeśli wyjmie się ją z ram religijności?

Według mojego schematu WIARA musi się wspierać na dwóch filarach – na postawieniu zasadniczych PYTAŃ (zadanych uczciwie i odważnie, motywowanych pragnieniem wypełnienia swego życia sensem) oraz na uznaniu TAJEMNICY (transcendencji, która wpisana jest w byt i nasze w nim bytowanie). Bo człowiek mimo usilnych starań nigdy nie będzie w stanie ogarnąć całej prawdy, tak jak nie jest w stanie wyobrazić sobie całego kosmosu w jego nieograniczonej potencji i czasoprzestrzeni). Pytanie wymaga więc całkowitej redukcji w punkcie wyjścia: nic nie wiem, ale mam szczerą wolę poznać główne drogowskazy i za nimi podążać. Tajemnica jest natomiast postawą szacunku wobec przerastającej mnie rzeczywistości – jest zapatrzeniem w ogrom stworzenia i paradoksu, medytacją nad jego Źródłami i kontemplacją całego Istnienia, z nakierowaniem ku jego Horyzontom.

Warto się teraz zastanawiać, czy swoistą kruchtą, przez którą człowiek musi wkroczyć w przestrzeń wiary, nie jest NADZIEJA – bo przecież to w niej musimy najpierw porzucić to, co dotąd okazało się złudne i niewystarczające: ludzką WIEDZĘ (potencję i cały zasób naszego rozumu), jak też ZMYSŁY (opieranie się na danych empirycznych). Dopiero doświadczenie radykalnego SCEPTYCYZMU wprowadza mnie w przestrzeń ufności, której wyrazem jest pokora i cierpliwość… Wreszcie MIŁOŚĆ, którą Paweł Apostoł wskazuje jako cnotę najważniejszą i nieprzemijającą, a która według mnie musi opierać się na filarze OTWARTOŚCI – zarówno wobec Prawdy (tu już używam dużej litery, bo mamy do czynienia z mniej lub bardziej świadomym wychodzeniem ku Chrystusowi), jak też wobec drugiego człowieka. Ale otwartość musi być w miłości zawsze zwieńczona ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ – za SIEBIE (gdy konsekwencja moich działań wynika z uczciwości wobec własnego rozpoznania) – i za INNEGO, gdy otwarcie na drugiego człowieka skłania mnie do współprzeżywania jego sytuacji i gotowości do ofiarowania się za niego.

 

Istota Prawdy – przez „P” jak PERSONA

07 paź

2016_10_Gromadzyn

Prawda jest jak ta góra, którą na co dzień widzimy w prostej bryle – dopiero mgły wydobyć z niej potrafią całą złożoność rzeźby, zakrywając inne fragmenty krajobrazu, do których tak bardzo przywykliśmy… Gromadzyń.

Dwie osoby jadą na wczasy, trafiając na ten sam turnus, do tego samego pensjonatu. Po powrocie jedna mówi, że pogoda była paskudna, hotel niewygodny, a obsługa nieprzyjemna. Relacja osoby drugiej jest dokładnie odwrotna. Czy któraś z nich kłamie? Nie, bo obydwie odnoszą się do swego odczucia, na które składają się fakty, ale już wewnętrznie przetworzone. I bynajmniej nie można tu mówić, że są różne prawdy. Taka analogia nasunęła mi się dziś po rozmowie na temat pewnego filmu historycznego o tematyce biblijnej, kiedy zetknąłem się z dwiema różnymi opiniami. Pierwszy rozmówca uznał, że film był nudny i kiczowaty. Druga osoba wskazała na różnorodność interpretacji historycznych – konkludując, że skoro jest ich tak wiele i tak bardzo od siebie odbiegają, to znaczy, że wszystkie je można włożyć między bajki. Dodam, że obydwie osoby bardzo szanuję, a ich opinie były dla mnie ważne nie tylko odnośnie filmu, ale przede wszystkim dlatego, że zainspirowały mnie do rozważań nad prawdą obiektywną.

Przenosząc powyższe historie na sferę duchową, żyjemy na rożnych płaszczyznach i poziomach, wlokąc za sobą worki rozmaitych doświadczeń i uwarunkowań. Bywają więc różnice w wewnętrznej konstrukcji, balaście, położeniu i duchowej dojrzałości. Ktoś może w pewnych sprawach być ode mnie bardziej zaawansowany i wymaga już innych bodźców do dalszego rozwoju. Może też mieć inną naturę – więc co innego będzie do niego mocniej przemawiać. Albo znajdować się w innym punkcie drogi, z którego widoczne są już inne szczyty. Błędem byłoby jednak z tego wyciągać wnioski o relatywności prawdy, bo przecież uczestniczymy w tej samej rzeczywistości zewnętrznej, choć nasze położenie sprawia, że dla każdego wygląda ona zupełnie inaczej… Dlaczego Jezus milczał na pytanie Piłata „co to jest prawda?” – czyżby uchylał się od odpowiedzi, bo rozmówca nie był jej godny? A może właśnie milczenie było w tej konkretnej sytuacji najlepszą odpowiedzią? Wcześniej przecież wyraził się na temat Prawdy do swych uczniów – w słowach równie trudnych dla nich do pojęcia: „Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem” (J 14,6)…

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie: dlaczego Jezus po prostu nie spisał całej prawdy? Byłoby wtedy wszystko jednoznaczne… Może właśnie dlatego, że Prawdy nie da się zmieścić w żadnym słowie. Każda próba jej literalnego wyłożenia dałaby tylko kolejny traktat filozoficzny czy teologiczny, być może mądrzejszy niż wszystkie inne – ale nadal ograniczony miałkością słowa, które każdy rozumiałby po swojemu. Bo Prawda ma zawsze wymiar OSOBOWY. Stąd słowa „Ja jestem Prawdą…” nie są wyrazem jakiegoś egocentryzmu, ale wskazaniem na własne życie. Tak jak Jezus urzeczywistnił tę Prawdę przez całopalną ofiarę z siebie, tak każdy z nas wchodzi w Jej wymiar o tyle, o ile pełni posługę wobec drugiego, otwiera się przed nim, obdarowuje go i ponosi za niego ofiarę, znajdując tę Prawdę w postawie pokory wobec tajemnicy istnienia – i w gotowości oddania swego życia. Tylko to jest pełnym wymiarem Prawdy, której można DOŚWIADCZAĆ – nigdy nie da się jej POJĄĆ. Wkraczanie w przestrzeń dobra usuwa z nas lęki i wątpliwości. Osobowe pojęcie Prawdy na trwałe zespala ją z Dobrem, dystansując się do suchej faktografii. Bo czy prości ludzie, którzy wierzą w słodkie historie hagiograficzne, muszą być dalsi Prawdy niż mędrcy? Nie – bo właśnie ci prostaczowie wchodzą w wymiar Prawdy przez duże „P”… P jak Persona.

 

Między siatkarzami a …aniołami

18 sie

2016-08_rudbekie-anioł

Żaden kwiat i żaden owoc naszego życia nie może być na ziemi policzony. Jedynie anioły to potrafią…

Z przykrością obserwuję cały wysyp nieprzychylnych komentarzy wobec naszych siatkarzy po wczorajszym meczu. Ostra krytyka płynie tylko dlatego, że o włos ustąpili swoim mocnym rywalom. Dopóty wygrywali, nosili ich na rękach – gdy przegrali, automatycznie stali się „miernotami”, a trener – „nieudacznikiem”, który natychmiast powinien ustąpić…  Mam wrażenie, że jeszcze nie do końca potrafimy patrzeć na sport przez pryzmat PIĘKNA walki (nie tylko tej zewnętrznej), widząc w nim jedynie same punkty i medale. Gdybym mógł to zrobić osobiście, podziękowałbym naszym siatkarzom (z ich trenerem na czele) za dostarczenie sporych emocji i wspaniałego widowiska. No i za bardzo sportowe podejście do walki. Mam też nadzieję, że Stéphane Antiga będzie nadal szkoleniowcem naszej reprezentacji, bo według mnie to nie tylko dobry trener, ale także doskonały psycholog i po prostu sympatyczny gość!

Przy tej okazji znów nachodzą mnie myśli, jak bardzo nasze wysiłki, ambicje i działania nastawione są na wymierną efektywność. Jesteśmy w stanie przyznać wartość tylko tym staraniom, które zwieńczone są jakąś gratyfikacją, które pozostawiają po sobie konkretny ślad. A przecież większość naszej pracy rozpływa się w nieokreśloności. Bywają zawody, których efekt w ogóle nie jest w żaden sposób mierzalny. Bo czy po jakichkolwiek wynikach można określić wartość pedagoga, księdza, lekarza, robotnika czy sprzedawcy? Owszem, można mówić, że ten a ten jest pracowity, że to człowiek z powołania, że potrafi wiele dobrego zrobić – można to nawet podeprzeć jakimiś statystykami. Ale czy w tym wszystkim można zmieścić wartość jego intencji i włożonych wysiłków? A tym samym czy można wartościować człowieka po jakichkolwiek wynikach?

Żaden kwiat i żaden owoc naszego życia nie może być policzony czy skatalogowany, bo widzimy to wszystko jak plątaninę nici z tylnej strony haftu. Na ile ten haft jest piękny i czytelny, może powiedzieć tylko Bóg jeden – i może jeszcze anioły. Bo żaden śmiertelnik nie ma pełnego wglądu w tę materię. I niech tak pozostanie, bo to uczy pokory i ufności. To również powinno skłaniać ku radości wobec wszystkiego, w czym może przejawiać się piękno i dobro. A jedno i drugie widać tam, gdzie jawi się nieograniczony świat ludzkich możliwości i poruszające piękno relacyjności. Jedno i drugie zawarte jest również w sporcie – pod warunkiem, że nie spłaszczymy go do roli przepychanek ku urojonej wielkości, a sportowca nie zredukujemy do maszynki produkującej medale. Prawdziwy kwiat i owoc sportu pozostanie w naszej duszy, nie w żadnej tabeli wyników.

 
 

Nie „istota rzeczy” a osoba istoty…

18 lip

2016_07_trzy-potoki_trzy-osobyTrzy potoki na wschodnich stokach Rozsypańca…

Tak często poszukujemy prawdy o bycie, wskazując na różne koncepcje „istoty rzeczy”, że można się już w tym wszystkim zagubić – popadając w nihilistyczny relatywizm lub cyniczny pragmatyzm. Poszukując filozoficznego kamienia lub religijnej „czystości wiary” ludzie popadali w zaciekłe spory, które tak często prowadziły do samowyniszczenia, niejednokrotnie w imię najwyższych wartości, że wielu zwątpiło w istnienie Prawdy. Co ciekawe, w sporach tych tworzyły się koalicje, które z czasem traciły z pola widzenia ową „istotę rzeczy”, używając jej jedynie jako maczugi do wzajemnego okładania się po głowach. Filozoficzne i teologiczne frazesy stosowano w sposób bezkrytyczny i bezrefleksyjny. W koalicjach takich człowiek nabiera zadziwiającej skłonności do wyszukiwania błędów u wroga, jak również do wybielania swoich stronników, znajdując dla nich przeróżne usprawiedliwienia – bez względu na racjonalną ocenę faktów. Czy taka skłonność świadczy o braku obiektywnej prawdy, czy też może o tak upadłej naturze człowieka, iż nie jest już w stanie do tej prawdy sięgać? A może istnieje jeszcze odpowiedź trzecia?…

Argentyński pisarz Jorge Borges w swej historiozoficznej powieści „Teologowie” przedstawia dwóch zaciekłych oponentów religijnych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Konflikt między nimi narósł już do takich rozmiarów, że wydawało się, iż tylko jeden mógł mieć rację – a drugi, sądząc po ludzku, musiał być przez Boga potępiony. Jakież było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że Boga bardziej interesują owi teologowie, niż ich „teologiczne prawdy”. Jako katolik, wierzący w istnienie prawdy obiektywnej, nie chcę tu niczego relatywizować i rozmywać w potoku słów. Myślę jednak, że ta opowieść doskonale wskazuje na charakter niezmienności Prawdy i jej niezależności od naszego rozumu. Podczas gdy my tak często zanurzamy się w spekulacjach na temat natury rzeczy i roztrząsamy istotę moralnych praw, najważniejsze jest to, co się wówczas dokonuje w naszym sercu, tj. w samym rdzeniu naszej duszy. Personalistyczne podejście do wiary tchnie głęboką nadzieją, że wszelkie napięcia i różnice ostatecznie zostaną w Bogu przezwyciężone – i tylko w Nim może się to stać. To On sprawia, że pozorne sprzeczności i wszelkie paradoksy odsłaniają się jako inne perspektywy tej samej Prawdy.

Nauka sama w sobie pusta jest – nie istnieje prawda dla samej prawdy. Nie ma istoty rzeczy i sensu bycia poza doświadczeniem OSOBY, która staje się jedynym weryfikatorem Prawdy. Troska o osobę, która na trwałe wpisana została w zachodnie rozumienie praw człowieka, wynika właśnie z tego personalistycznego odniesienia. A ono z kolei zrodziło się na gruncie teologicznego dogmatu o Trójcy Świętej. Jakkolwiek może to się dziwne dziś wydawać, to właśnie ta prawda teologiczna zrodziła szacunek do osoby jako takiej – pomijając wzgląd na jej urodzenie, intelekt i przydatność. Wzajemna relacja Trójcy stała się obrazem najwyższego dobra i szczęścia, które jest wewnętrzną rzeczywistością jedynego Boga. Paradoks nie do przeskoczenia dla ludzkiego umysłu, staje się intuicyjnym drogowskazem do jedynej Prawdy o człowieku i o całym świecie. Ojciec, Syn i Duch – trzy osoby, trzy twarze, trzy kategorie relacji, trzy tajemnice – w jednym Bogu. Paradoks, który może być przezwyciężony tylko w ostatecznym Spotkaniu…

 

Wieczność, wolność, kreatywność…

12 lip

2016-07-Torfowisko-rosiczka-RELACYJNOŚĆ Moja „zielona murawa” ;) na torfowisku w Wołosatem podczas sadzenia rosiczki – stanowisko przy kładce do celów edukacyjnych… Czy każda nasza czynność i każda pasja ma swoje drugie dno?

Trener Portugalii, która niespodzianie wygrała Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, otwarcie wyznał, że inspirację znajduje w zmartwychwstałym Chrystusie. Zastanowiło mnie to, jak wygląda życie wieczne w wyobrażeniu kogoś, kto całe życie poświęcił jednej pasji? Czy rajem dla niego jest piłkarska murawa? A może wolność i kreatywność, jakiej doświadcza każdy pasjonat, staje się rzeczywistością w czystej postaci? To znaczy taką, która nie wymaga już materialnej oprawy, a która za życia znajduje w tej oprawie jakiś przedsmak wieczności?

Innymi słowy: czy materia jest tylko tworzywem, za pomocą którego na różne sposoby wyrażamy coś, co bez niej w warunkach egzystencjalnych byłoby niewyrażalne? Niezaangażowanemu obserwatorowi futbol może wydawać się tylko bezsensownym bieganiem za nadmuchanym pęcherzem. Sam nigdy nie byłem pasjonatem piłki, ale zawsze ciekawił mnie ten fenomen. Próbowałem zrozumieć tych, którzy świata poza piłką nie widzą – dotyczy to również każdej innej pasji.

Jedynym rozwiązaniem tej zagadki wydaje mi się właśnie takie tłumaczenie: cała materia, jak też towarzyszące jej z naszej strony prozaiczne czynności, w określonych okolicznościach stają się ekspresją ducha i ożywieniem relacyjności. Tak naprawdę w sporcie nie liczy się żaden wynik, forma czy sława – ale nasza relacja do świata, do innych i do samego siebie. To ona staje się zapowiedzią Relacji, której jeszcze do końca nie znamy i nie rozumiemy, a która zdaje się być sensem całego istnienia…

 

Iluzja przemijalności…

19 maj

2016_05_Czaszka_jelenia_3

Dzisiejsza czaszka jelenia podczas leśnego monitoringu była swoistym przyczynkiem do rozmyślań nad życiowym vanitas…

Lęk przed utratą wolności, godności, miłości, radości, płodności, stabilności – to jedne z podstawowych lęków, które nas na co dzień nękają, a które płyną z iluzji. Dzieje się tak zawsze, gdy egzystencja rości sobie prawa do wartości zarezerwowanych wyłącznie dla przestrzeni transcendentalnych. Przemijalność ubiera się wtedy w szaty nieśmiertelności. Czym dokładniej jest każdy z tych lęków? Zacznijmy od końca…

STABILNOŚĆ to ułuda niezmiennej trwałości – płynie z przekonania, że życie można zalać w bursztynie (owszem, można, tylko wtedy każda zalana muszka staje się tylko obrazem życia, ulegając niechybnej śmierci). PŁODNOŚĆ to potrzeba samorealizacji, spełnienia i przekazania siebie innym – nie tylko na płaszczyźnie biologicznej - dla człowieka liczy się przede wszystkim płodność w zakresie kreatywnym, intelektualnym, społecznym, rodzinnym itd. Kiedy boimy się utracić MIŁOŚĆ, to znak, że przestajemy rozumieć, czym ona w istocie jest – nie można przecież stracić woli obdarowywania innych, jeśli się tego nie chce. Lęk przed utratą RADOŚCI to obawa przed jarzmem i nudą. Troska o własną GODNOŚĆ to brak wiary, że ona jest wartością niezbywalną i niezależną od innych. I wreszcie lęk o własną WOLNOŚĆ płynie stąd, że na ogół mylimy wolność z nieskrępowaną swobodą. A przecież można się cieszyć nieograniczoną swobodą i nie być człowiekiem wolnym, jak też na odwrót – cieszyć się wolnością w ciemnej i ciasnej celi…

Wszystkie nasze lęki są produktami demonów iluzji. To ona roztacza przed nami obrazy nieśmiertelności, by następnie wymóc na nas postawę nieustannych starań o jej utrzymanie – tak jakby samo pojęcie nieśmiertelności nie było sprzeczne z koniecznością jej obrony. Nie muszę niczego bronić, bo to, co mam, jeśli mam, nie jest moje – a to, co mogę otrzymać, ma wartość tylko o tyle, o ile istnieje poza czasem, poza dyktatem egzystencji. Przemijalność uczy mnie żeglowania i dryfowania – oraz umiejętności rozróżnienia jednego od drugiego.

 

Platon po bieszczadzku

02 mar

2016_03_Platon

Co to znaczy mieć naturę platonika? Platonik zawsze stara się patrzeć dalej niż zmysły, wybiegając ponad rzeczy i zjawiska, które na dłuższą metę go zwyczajnie nudzą. W tym miejscu muszę się przyznać, że choć studiowałem biologię i przez ćwierć wieku do dziś pracuję w tym zawodzie, nie potrafiłbym z pełnym zaangażowaniem poświęcić się wyłącznie naukom przyrodniczym, bo się w nich zwyczajnie duszę. To dla mnie za ciasne, by tkwić w analitycznym opisywaniu gatunków czy nawet całych ekosystemów – co nie znaczy, że się w ten sposób wynoszę nad tych, którzy tym żyją – oni zapewne dusiliby się w moim widzeniu świata, który byłby dla nich za ciasny. :)

 Dlatego w poszukiwaniach dryfuję zawsze po granicy między naturą a kulturą – tam gdzie następuje zderzenie naszej świadomości ze światem przyrody. Wtedy mogę obserwować świat nie od strony analitycznego odwzorowania rzeczywistości, ale w zakresie jej odbierania i przetwarzania przez naszą myśl, nasze wyobrażenia, emocje, lęki, pragnienia… Tym samym natura staje się dla mnie czymś na wzór sceny dla aktora – a w teatrze nie chodzi przecież o scenografię, choćby ona była najpiękniej wykonana. Nie chodzi o rekwizyty – choćby wśród nich były rzeczy niezwykle ciekawe i piękne. Nie chodzi też o stroje ani maski, które mogą jedynie podkreślać lub wyrażać pewną ekspresję.

 Istotą teatru jest dramat, który w obrębie całej tej szerokiej oprawy się rozgrywa – i jest to odwieczny dramat człowieka rzuconego w żywioł różnorodności i przemijalności. Dramat, z którym trzeba się zmierzyć, aby odsłonić coś, co w każdym z nas jest rdzeniem naszego bycia – ducha niezmiennej PRAWDY, niezależnej od mnożących się prawd relatywnych. Ducha uskrzydlającego PIĘKNA, wznoszącego człowieka ponad byty doczesne i ponad własną przemijalność. Ducha uwalniającego DOBRA, dającego poczucie spełnienia i uwalniającego z ram czasu - idącego zawsze pod prąd natury i zdolnego przemienić nas w istoty wznoszące się ponad całą przyrodę i ponad naszą naturę…