RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Historia’

Heglowska triada starej i nowej Europy

03 paź

2017_10_JESIONOd lewej: 1) sędziwy jesion w Caryńskiem, 2) próchniejący pień jesionu na wołosackim cmentarzu, 3) odbijające pędy na pniu pod cerkwią w Stefkowej.

Chwilami odnoszę wrażenie, że cały ten radykalny podział, jaki dziś w Europie (a jeszcze bardziej w Polsce) obserwujemy na płaszczyźnie ideowej i politycznej, przypomina heglowską triadę. Pierwotną tezą były kultury przypisujące sobie prawo do zabijania w imię przyjętych przez siebie wartości. Antytezą stał się paradygmat ofiary – aby dać się zabić za wartości, w które się wierzy. Ta antyteza realizowała się w niezłomnej postawie wobec wielkich totalitaryzmów. Syntezą takiej dziejowości staje się konieczność unicestwienia w sobie imperatywu wszelkich wartości, dla których dotąd mordowano i za które się ginęło. Oczywiście tak to wygląda w oczach „nowoczesnej” Europy…

Czy jednak cała ta obłąkana triada nie jest wytworem chorej wyobraźni? Wszak na zmurszałym pniu takiego świata wyrastać już mogą tylko wyniszczające grzyby nihilizmu lub śluzowce krótkotrwałego hedonizmu. Główny zrąb życia zaczynają więc stanowić formy pasożytnicze (korzystające z tlących się jeszcze przejawów życia – tu i ówdzie gasnących idei) oraz saprofityczne, które w sposób już ostateczny rozkładają próchno materii organicznej, redukując je do składników gleby. Jedne i drugie stają się pożywnym i bogato zastawionym stołem dla różnej maści drapieżników, coraz liczniej napierających do wnętrza butwiejącego pnia, by w końcu posiąść go na własność.

W przyrodzie cenimy sobie takie siedliska, dopatrując się w nich ekosystemów o wysokim wskaźniku bioróżnorodności. Jednak schodząc z tej metafory na poziom realnego społeczeństwa, utopią byłoby żywić nadzieję na własny rozkład. Tutaj już nie ma bezstronnego obserwatora – są tylko uczestnicy szekspirowskiego dramatu, wystawianego pod tytułem „zjeść czy być zjedzonym?” A odpowiedzią na tak postawione pytanie jest coś, co w całym tym zgiełku nie wszyscy potrafią dostrzec: nowe pędy ducha, odbijające od zmurszałego pnia, a czerpiące soki ze starych korzeni. Za kilka lat to właśnie one staną się młodym drzewkiem, a za kilka dekad wszystko pogrąży się w ich cieniu. To one staną się wyznacznikiem nowego porządku.

 
 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Renesans tematyki wojennej czy próba przenicowania wartości?

11 lut

2017_02_RELATYWIZACJA_WINYOkładki gier i książek o tematyce wojennej (przykładowe fotografie wybrałem z internetu)

Chyba każdy już zwrócił uwagę, że z jakimś zadziwiającym nasileniem reklamowane są coraz to nowe gry wojenne z tematyką II wojny światowej. Na księgarskich półkach pojawiają się stosy książek, tych historycznych i tych beletrystycznych, których okładki epatują nazistowskimi mundurami. Nie brakuje też filmów o fenomenie niemieckiej hegemonii – czy też o dramatycznych bohaterach tamtych czasów. Przedstawia się ich w ten sposób, by w czytelniku wzbudzić empatię, a nawet próbę zrozumienia zbrodniarzy – jak też uniewinnienia tych, którzy biernie lub czynnie ich wspomagali. Nie twierdzę, że dla wielu ówczesnych obywateli „wielkich Niemiec” ten okres nie był traumą – zastanawiam się jednak, jakie są podstawy tego zadziwiającego renesansu wojennej tematyki (po 72 latach od zakończenia wojny!) – i jak dalece odbiegliśmy od jednoznacznej oceny tych czasów?

Filmowcy, pisarze czy twórcy gier komputerowych skwapliwie korzystają z zapotrzebowania na tematykę wojenną. Skąd się jednak bierze samo zainteresowanie życiorysami zbrodniarzy, siłą demonicznego zła, hekatombą ofiar i apokaliptycznym rozmiarem zniszczenia?  Czy nie powinny nas bardziej inspirować życiorysy twórców i myślicieli – budowniczych naszej cywilizacji oraz dzieła, jakie po sobie pozostawili?… Mam wrażenie, że w naszej zbiorowej podświadomości (zwłaszcza w narodach obciążonych tą bolesną przeszłością) zachodzi jakiś proces banalizacji zła. Dzieje się tak poprzez przełożenie jego metafizycznej siły na mechanizmy psychologii, ogromu spustoszenia – na fascynację strategią, poczucia winy – na różne formy usprawiedliwienia…

Rozmyciu ulega historyczna odpowiedzialność za zło – hitlerowcy, podobnie jak sowieci, coraz częściej odrywani są od ich narodowych korzeni, a ich czyny przedstawia się chętnie w kategoriach następstw uwarunkowań politycznych, społecznych czy psychologicznych. To pozwala zgrabnie żonglować rolami katów i ofiar. Sama istota winy przecieka gdzieś między palcami – trudno już w jednoznaczny sposób wskazać krzywdzicieli i pokrzywdzonych, najeźdźców i oprawców, bo wszyscy byli na swój sposób „ofiarami”. Wobec braku winnych trzeba jednak w sposób czytelny zasugerować przyczynę tego bezmiaru krzywd. W powietrzu unosi się więc fałszywy przekaz, że zło drzemie w narodowej tożsamości, stając się pochodną zbyt poważnego podejścia do honoru i patriotyzmu. Człowiek zostaje w ten sposób uwolniony od winy, która spada na tradycyjne wartości – a te, niczym ofiarne kozły obciążone grzechami ludzi, zostają wypędzone poza mury cywilizacji.

 

Święto Niepodległości – i kartka sprzed stu laty…

10 lis

kartka_11-11-1916

W przeddzień Święta Niepodległości chciałbym podzielić się taką familijną ciekawostką. To kartka, którą znalazłem na swoim strychu – wypisana dokładnie 100 lat temu.

Wysyłana z zaboru austriackiego do rosyjskiego (z uwagi na dość śmiałą treść przypuszczam, że w tym czasie Niwka nie znajdowała się już w rosyjskich rękach)… Myślę, że Nadawca nie miałby za złe, że to udostępniam – poczytajcie sami (pisownia oryginalna)… Kto dziś takie kartki do rodziny pisze?

Bielany, 10.listopada 1916 r.  Droga Stasiu, życzymy Ci wszelkiej pomyślności, byśmy w jak najbliższej przyszłości mogli odetchnąć po trudach wojennych, choć jeszcze mamy dużo pracy, bo moskal szelma bardzo się rozplenił, nie traćmy jednak nadziei. Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi i będziem znów Polskim Narodem (a nie ruskimi poddanymi). Niech żyje wolny Naród Polski!

Całuje Was wszystkich – Józef z Żoną

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Tradycja

 

Czy różniąca się interpretacja zjawisk musi się wzajemnie wykluczać?

05 lip

2016_07_GRAD-LILIABurza i gradobicie w Wołosatem po dokuczliwym upale – i kruche piękno lilii złotogłów tuż przed burzą na Połoninie Bukowskiej…

Istnieją różne formy pamięci i historii, z których wyodrębniłbym szczególnie trzy: 1) FAKTOGRAFIĘ – powszechnie zwiemy ją historią, jej zadaniem jest obiektywne gromadzenie wiedzy o minionych wydarzeniach. Ten rodzaj pamięci wymaga maksymalnego dystansu emocjonalnego – wygaszenia wszelkich subiektywizmów i jednostronnych komentarzy; 2) WSPOMNIENIA – to również historia, tylko o charakterze bardzo osobistym. Taką historię poznajemy zwykle w naszych rodzinach lub kontaktach z osobami starszymi. Bardzo lubię czytać pamiętniki, które przeniknięte są subiektywnymi odczuciami i refleksjami – czyjeś wspomnienia wnoszą w historię coś, co pozwala nam ją na nowo przeżywać przez pryzmat konkretnej osoby. Wreszcie poziom 3) MITOLOGIA – to historia pamięci zbiorowej, często świadomie lub nieświadomie zdeformowanej, przybierającej postać metaforyczną lub mocno wyidealizowaną. Tutaj poznajemy społecznie utrwalone przekonania, pragnienia czy wyobrażenia. Mitologia nigdy nie jest kłamstwem – pod warunkiem, że potrafimy ją oddzielić od faktów.

Każdy z tych trzech poziomów historii opowiada nam jakąś prawdę, odsłaniając przed nami istotę samych zdarzeń, albo też koncentrując się na osobistych wspomnieniach lub zbiorowych wyobrażeniach. Problemem nie jest ani jednostronny subiektywizm (towarzyszący historii wspomnieniowej), ani deformacja obecna w zbiorowym idealizowaniu zdarzeń lub postaci. Prawdziwy zgrzyt rodzi się tam, gdzie próbujemy ze sobą rozmawiać, obierając za punkt wyjścia różne płaszczyzny i usiłując je sobie wzajemnie narzucać. Można to dostrzec w tak drażliwych tematach, jak stosunek do UPA czy do historii Solidarności. Ale by uniknąć niepotrzebnych emocji, które mogłyby przysłonić istotę rzeczy, weźmy przykład bardziej neutralny – dotyczący powyższych zjawisk. Ktoś powie, że ów grad jest aktem zazdrosnego Płanetnika, który zesłał gradową chmurę wraz z burzą jako wyraz gniewu za naszą niefrasobliwość. Ktoś inny wyśmieje takie tłumaczenie, starając się naukowo przedstawić proces powstawania gradu w cyklicznie wstępujących ruchach powietrza. Znajdzie się też trzeci człowiek, który westchnie, że za jego czasów stawiało się w oknie gromnicę, a bukiet lilii ofiarowało się Matce Bożej – dziś już nikt tego nie robi, więc żywioły niszczą ziemię… Czy tylko jeden z nich będzie mówił prawdę?

Przyznając rację każdej z powyższych wypowiedzi, wcale nie muszę wchodzić na grunt sprzeczności czy relatywizmu. Wystarczy, że oddzielę od siebie poszczególne płaszczyzny. Prawda mitologiczna mówi o naszych lękach i pragnieniach na sposób wierzeniowy i metaforyczny. Dojrzała mitologia staje się poezją, która odkrywa przed nami świat duchowych wartości i międzyosobowych relacji, tłumacząc w tym języku również stosunek do otaczających nas zjawisk. Historia wspomnieniowa przekazuje nam prawdę o wewnętrznym świecie minionych pokoleń – aby je zrozumieć, nie sposób pomijać ich stanu wiedzy i wyobrażeń. Nie można też oddzielać ich życiowej postawy od wiary, którą żyli. Wreszcie faktografia daje nam w miarę obiektywny opis zjawisk – ale pozbawiony emocji, pragnień i fantazji, przez co jest on uboższy o czynnik czysto ludzki… Czy można zadowolić się tylko jednym sposobem przedstawiania historii? Pytanie wcale nie jest takie abstrakcyjne, zważywszy, jak często zdarza nam się dziś wkraczać na płaszczyzny mitologii i subiektywizmu, myląc je z obiektywnym stanem rzeczy. Ulegamy wzajemnym niechęciom, potęgując narodowe i religijne napięcia, nie próbując głębiej wejść w motywy czyjegoś przeinaczania zdarzeń. Czy zawsze musi ono płynąć ze złej woli?

 

Barwinek – brama do dawnych światów i okno nadziei w pośmiertną przyszłość

23 cze

2016_06_barwinek_cmentarze

Barwinek (Vinca minor), cieszący się tak bogatą gamą kulturowych odniesień i tak głęboko w naszą historię zakorzeniony – na grobach w Hoszowczyku (w środku) i w Wołosatem (po bokach)

Naturalny składnik runa w lasach grądowych na pogórzu, dziś bardziej znany ze stanowisk wtórnych, gdzie przez dawnych Bojków i Łemków był przenoszony. Barwinek, tak często w Bieszczadach porastający stare cmentarze, kapliczki i cerkwiska, radzi sobie z konkurencją innych roślin doskonale – często przeżywając wszystkie pomniki nagrobne i jako jedyny wskazując na dawne miejsca pochówków. Roślina do dziś często używana do zdobienia kościołów i cerkwi – z uwagi na jej mocno utrwaloną symbolikę dotyczącą życia wiecznego… Dziś widać już jego ostatnie kwiaty (kwitnie w maju i czerwcu) – czasem powtarzając kwitnienie późniejszym latem, ale zimotrwałe liście zachowuje przez cały rok, również zimą. Nie zamierają mimo najsroższych mrozów, stąd ich odniesienia do nieśmiertelnej duszy. Barwa kwiatu wiedzie ku skojarzeniom z niebem. Łatwo zakorzeniający się pęd, szybko tworzący zwarte kobierce – to obraz ożywczego niesienia i zakorzeniania Dobrej Nowiny, a lecznicze działanie tej rośliny – może sami spróbujecie odpowiedzieć, jaki mogło mieć wpływ na symbolikę?

 Liście barwinka zawierają alkaloidy obniżające ciśnienie krwi. Obecna w barwinku winkamina stosowana jest jako lek przeciwskurczowy, głównie na dolegliwości wieńcowe, choć jednocześnie w większych dawkach może być trująca. Ksiądz Baroni zalecał go na wspomaganie całego układu krwionośnego. Napar był stosowany zewnętrznie na okłady – głównie na drobne zranienia. Nalewka zażywana w postaci kropel przez niektórych bywała też zalecana w stwardnieniu rozsianym (młode pędy zalane 95 % spiritusem i na 2 tygodnie odstawione). W południowych regionach Polski (Wallis 1995) świeżymi liśćmi okładano szyję chorego na gardło. Ziele to było również zewnętrznie stosowane na Ukrainie – jako środek gojący rany, a wewnętrznie – na krwawienia jelitowe i maciczne (Wołynczenko 2002). Młode liście z octem spożywano po ukąszeniu żmii lub owadów. Zaś kwitnące pędy zalane winem służyły do hamowania upławów. W czasach Pliniusza (I wiek) barwinek znany był jako „ziele zębowe” – przy bólach zębów usta płukało się jego wywarem. Syreniusz (XVI w.) podawał, że barwinek przewiązany u łona miał przed poronieniem chronić. W ukraińskiej części Karpat Wschodnich stosowało się go również jako środek krwiotwórczy i oczyszczający. W średniowiecznej Francji ziele to nie miało tak jednoznacznych konotacji i zwano je „fiołkiem czarownic”, co wynikało z powszechności magicznego stosowania. Z kolei Słowianie wierzyli, że to właśnie barwinek chroni od wszelkich złych mocy, również od czarownic. W ludowej obrzędowości Karpat ulistnionymi pędami przyozdabiano też koszyczki z wielkanocną święconką i wyplatano z nich panieńskie wianuszki (Siarkowski 1890). U Bojków wiązał się z ceremonią zaślubin, dlatego niezamężnym pannom wkładano do trumny wianek z barwinka (Falkowski,  Pasznycki 1935). W okolicy Wołkowyi przed Weselem zdobiło się chałupy (okna i drzwi) plecionkami z barwinka, a barwinkowe wianki ze wstążkami, stosowane były jako naznaczenie młodożeńców.

 Skąd się biorą te wszystkie nasze subiektywne relacje do roślin? Czy bardziej wpływ na to mają dawne WIERZENIA? (które często w sposób zupełnie podświadomy przekazywane są z pokolenia na pokolenie – jako emocjonalne podejście do określonych roślin), utrwalone w kulturze MOTYWY? (w malarstwie, literaturze, poezji itd.), FUNKCJE LECZNICZE? (sposób fizjologicznego oddziaływania na nasz organizm), a może sama BIOLOGIA i MORFOLOGIA? (cechy budowy i sposób „zachowania”, czyli wrażenia wizualne, w których odczytujemy różne treści), czy też całkiem indywidualne i osobiste SKOJARZENIA? (czyli aspekty wiążące daną roślinę z różnymi wydarzeniami w naszym życiu). Nie bez znaczenia pozostaje łacińska nazwa - barwinek zwany mniejszym (minor) staje się prawdziwym gigantem w zakresie symboliki życia duchowego… A może jeszcze inne aspekty, których tu nie wymieniłem?…

Literatura:
  • Falkowski J., Pasznycki B. 1935. Na pograniczu Łemkowsko-Bojkowskiem. Prace etnograficzne. Wydawnictwo Towarzystwa Ludoznawczego. Lwów.
  • Siarkowski W. 1883. Legendy o zwierzętach, drzewach i roślinach. Zwak, Kraków.
  • Wallis Stanisław 1995. Stanisława Wallisa zielnik roślin leczniczych i magicznych. Muzeum w Chorzowie.
  • Wołynczenko W. A. 2002. Lekarstwiennyje trawjanyje zbory. 3600 cjelitelnych receptow. Izdatjelstwo Act, Izdatjelstwo Stałker, Donieck.
 

Historia bojkowskich wołów – w bukach zapisana…

09 cze

2016_06_Wincenty_Pol_buczyny_pastwiskowe

Buczyny popastwiskowe – po prawej stary, olbrzymi buk, spod którego wypływa źródło (może to o nim pisał Wincenty Pol?) – w środku historyczne zdjęcie stoków Wetlińskiej, odlesionych przez bojkowski wypas.

Dziś w całości oddam głos naszej narodowej literaturze, w której nie brakuje pięknych stronic poświęconych Bieszczadom. A rzecz będzie o dawnym pasterstwie – i połączeniu go z dzisiejszą fizjonomią bieszczadzkich lasów. Wincenty Pol w 1869 roku tak o Bieszczadach i tutejszych wołach pisał:

„Wielkie równiny obiegły olbrzymi łuk
Karpat i trzy rasy stepowego bydła, węgierskiego,
wołoskiego i podolskiego wołu, zetknęły się na
„Beskidzie, a odrębny rodzaj paszy wydał tak zwane
•werhowyskie woły. Ani wół z kampanii rzymskiej
nie jest okazalszy: rogi i kształt biorą od wę-
gierskich wołów, ale wagę, budowę kości i ogrom
biorą od podolskiego wołu.

Gdy spojrzyć na stado
takich werchowyskich wołów, zdaje się jak gdyby
z suchego lasu wychodziły, tak ogromne sterczą po
nad stadem rogi, przytem ma to bydło wielkie zalety,
bo z ręki przez długą zimę chowane jest łagodne,
uczne, nakłada się łatwo do jarzma, jest w orce
spore, bo ma krok bardzo duży, nie bodzie i nie
ma narowów. Nieraz z zadziwieniem patrzałem na
małego chłopczynę lub małą dziewczynkę jak sześć
i ośm takich rogaczy prowadziła do wody, z jaką
powolnością szły za nią, lub wracały przed nią od
wody, oglądając się co chwila i porykując z cicha,
jak gdyby się bały, żeby im dziecko nie zginęło,
które niemi rządzi.

Przypatrywałem się takiemu stadu werchowyrskich
wołów w Siankach na Beskidzie, siedząc w cieniu
starego buka, z pod którego korzeni San srebrnym
wypływał potokiem… Tu u źródeł Sanu w tem
uroczysku ziemi były pokoszone łąki dokoła i wonnem
sianem pachniał cały Beskid, — a myśl biegła
z szumnym potokiem w równiny o mil kilkadziesiąt,
gdzie pod wysokiem brzegowiskiem starego Sandomierza
San domierzył Wisły!.. Ostatnie to wody górskie,
które Wisła z sobą zabiera…” * (1)

Jako pamiątka po dawnych wołach ostały się jeszcze malownicze buczyny popastwiskowe, które raz przybierają postać dziwacznych, olbrzymich mioteł – innym razem wprowadzają nas do baśniowego lasu.  Fantazyjnie powykręcane, zgrubiałe i guzowate konary oraz głęboko wydziuplone pnie mogą snuć niejedną opowieść, przywodząc przed oczy minione kształty świata Bojków.

*(1) Wincenty Pol, Północny wschód Europy – w: „Obrazy z życia i natury” Serya I. Tom 1., str. 214 -
http://rcin.org.pl/Content/4632/WA51_2713_PAN32475-t1-r1869_Obrazy-z-zycia.pdf

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bieszczady, Biologia, Historia

 

Odczytując tęczę…

11 maj

2016_05_TĘCZA

Dwa łuki rozpięte wczoraj nad doliną Ustrzyk …oraz trznadel – mój stały gość i osobisty symbol nadziei :)

Tęcza jako zjawisko ma dość prostą naturę – rozszczepienie światła na poszczególne widma, z których najbardziej widocznymi, idąc kolejno od zewnętrznej strony łuku, są:  czerwone, pomarańczowe, żółte, zielone, niebieskie i fioletowe. Przy silnym natężeniu zjawiska obserwować można tęczę wtórną – o łuku większym i odwróconej kolejności barw. Pomiędzy obydwoma łukami istnieje ciemniejszy obszar – tzw. „pas Aleksandra” – ciemniejszy, gdyż nie trafiają do niego odbite promienie świetlne. Oczywiście tęczy trzeba szukać zawsze po przeciwnej stronie słońca i w strefie opadów deszczu. W sprzyjających okolicznościach można zobaczyć tęczę księżycową, a znacznie częściej – wodospadową. Fizycznie tęcza nie istnieje, będąc jedynie efektem optycznym, docierającym do oczu obserwatora, odpowiednio ustawionego względem żywiołu wody i Słońca. Wszystko to ma głęboką wymowę symboliczną, ale o tym za chwilę. Najpierw prześledźmy nieco historię odniesień do tęczy w historii i kulturze.

W mitologii Greków tęcza była drogą, którą przemierzała Iris między niebem a ziemią. W Chinach wierzono, że jest szczeliną w niebie. Hindusi zaś wyobrażali sobie, że jest łukiem Indry – boga błyskawic. Wśród Skandynawów panowało przekonanie, że tęcza stanowi most łączący świat ludzi i bogów. Aborygeni mówią, że świat narodził się z tęczowego węża. Zaś w mitologii słowiańskiej tęcza przemieniała duszę zmarłego lub żyjącego człowieka w płanetnika (chmurnika), który dzięki niej zdobywał panowanie nad żywiołami atmosfery. Indiańska legenda szczepu Kri mówi: Kiedy świat jest chory i umiera, ludzie powstaną jak Wojownicy Tęczy. W Biblii tęcza stała się symbolem przymierza między Jahwe i człowiekiem – i obietnicą błogosławieństwa danego odnowionemu stworzeniu po potopie. Współcześnie do tęczy, jako symbolu pokoju i powszechnej wspólnoty, odwoływali się często hipisi. Tęczowa flaga stanowiła też symbol masońskiego zakonu, a później również wciągnięto ją na sztandary homoseksualistów i środowisk LGBT. Jaki obraz wyłania się z tej niezwykle złożonej symbolizacji?

Tęczę można tu ująć jako znak wielowymiarowy, odnoszący się do łączności z niebem, dysponowania nadprzyrodzoną siłą, mostu między światem żywych i zmarłych, śmiertelników i bogów. Staje się też tęcza obrazem pojednania, pokoju, jedności, tolerancji, często będąc w użyciu przez środowiska sobie przeciwne. A jak ją można odczytać na płaszczyźnie życia duchowego? Tęcza rodzi się ze zderzenia przeciwieństw – światła i ciemności, słońca i deszczu, jest więc jakimś zwieńczeniem wewnętrznej walki, jaką w sobie toczymy. Płynne przejścia między barwami, jak też rozpięte między wzgórzami ramiona łuku, odczytać można w kategoriach drogi, którą przemierzamy między kolejnymi etapami życia duchowego. Wreszcie pojawianie się tęczy na tle mroku i żywiołu – burzy, wodospadu, księżycowej nocy – wszystko to staje się czytelnym znakiem nadziei w sytuacjach, które zdają się ją całkowicie odbierać. I niech na zawsze tęcza pozostanie dla nas obrazem wzywającym bardziej do refleksji, niż do ideologicznej walki. A co jest Twoim osobistym odczytaniem tęczy?…

 

Między nocą sowietyzmu a wiosną patriotyzmu…

24 kwi

2016_04_NOC_WIOSNA_Łupaszka_ONRMjr Szendzielarz ”Łupaszka” i wszyscy „Żołnierze Wyklęci” doskonale wpisują się w etos polskiej rycerskości, w której nie dokonuje się kalkulacji na najwyższych wartościach… Bieszczady pamiętają!

Z uwagą i wzruszeniem obserwowałem transmisję pogrzebu majora (pośmiertnie awansowanego do pułkownika) Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W uroczystości tej wyczuwało się coś więcej niż tylko wojskową ceremonię pogrzebową. Nie chciałbym zatrzymywać się tu na życiorysie jednej osoby, bo ów pogrzeb to symbol złożenia hołdu Prawdzie, która przez całe dziesięciolecia sowietyzacji była głęboko zakopana na niejednej polskiej „Łączce”. To symbol oddania czci wszystkim niezłomnym Bohaterom, którzy zostali skazani na zniesławienie i niepamięć – pogrzebani często w miejscach dalekich od warunków godnego pochówku. Gdybyż mieli choć krótki wgląd w przyszłość, by w ostatnich dniach swego życia zobaczyć, jak za 70 lat dopełni się ich moralne zwycięstwo…

W wymiarze duchowym zwycięstwo to dokonało się już wtedy, gdy wybrali śmierć, odrzucając zdradę i upodlenie. I to zwycięstwo było żywotne przez najciemniejsze lata komuny. Przetrwało w pamięci starszych i w ideałach młodych – bo z każdym młodym pokoleniem odradzało się wyczulenie na kłamstwo i pragnienie wolności. Dzięki temu możliwe stało się ostateczne zrzucenie sowieckich kajdan. Niestety nie było to jednoznaczne z uwolnieniem się od skażenia, jakie pozostało w naszych umysłach – co widać choćby w życiu politycznym, gdzie bardziej liczy się skuteczność, niż honor. Przejawia się to również w mentalności wielu współczesnych Europejczyków i tzw. „obywateli świata”, dla których wartością realną jest tylko to, co utylitarne, co daje wymierną korzyść i namacalny efekt.

Niedawno biskupi odcięli się od organizowanej Mszy z udziałem narodowców. A przecież wielu młodych ludzi pod sztandarami Bóg-Honor-Ojczyzna pragnie powrotu do etosu rycerskości, który byłby skuteczną przeciwwagą dla anty-etosu zniewieściałych mężczyzn i powszechnego relatywizmu. Obawiam się, że odcinając się od tej młodzieży, skazujemy ją na duchowe dryfowanie. Dlatego tak ważne jest dziś sięganie do tego głębokiego potencjału, jaki kryje się w głodzie ideałów. Być może ci młodzi patrioci nieraz błądzą, może nazbyt łatwo dają się ponieść emocjom – ale są w tym szczerzy i tym bardziej potrzebują dobrego pasterza, jak też właściwych autorytetów. Niektóre media przykleiły im łatkę „faszystów”, jakby nie dostrzegając, że w każdą młodość wpisany jest radykalizm przekonań i poszukiwań. A przecież właśnie dlatego jest to kwiat naszego narodu, który wyrasta na grobach Bohaterów – szczególnie tych skazanych na zapomnienie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Historia, Naród

 

Inne spojrzenie na krzyżowców, czyli historia nadziei u pustego Grobu

20 mar

2016_03_Grób_KrzyżowcyPusty grób Chrystusa. Czy nie był on także wymownie pusty dla krzyżowców? Czy wojny toczyły się o niego, czy może o zapełnienie pustki zupełnie innego rodzaju?…

W powszechnych opiniach dość często spotykamy się z bardzo materialistyczną i kompletnie ahistoryczną interpretacją wypraw krzyżowych. Taki punkt widzenia, ugruntowany przez komunistyczną propagandę w czasach sowieckich (i współczesną ideologię lewackich środowisk zachodnich) wskazuje na kilka rzekomo głównych motywów, jakimi się kierowali obrońcy Bożego Grobu – aspekt EKONOMICZNY: 1) ekspansja terytorialna, 2) żądza zdobycia legendarnych bogactw, 3) wejście w posiadanie mitycznych przedmiotów dających władzę nad światem; aspekt POLITYCZNY: 1) zmiażdżenie odwiecznego konkurenta, który od czterech wieków rósł w siłę na Bliskim Wschodzie, 2) wykorzystanie słabości Saracenów spowodowanej presją Seldżuków; aspekt SPOŁECZNY: 1) rozładowanie narastających konfliktów wewnętrznych w Europie poprzez wskazanie zewnętrznego wroga, 2) rozwiązanie problemu dziedziczenia (najstarszy z rodu dziedziczył ziemię, pozostali bracia stanowili niemały problem społeczny – wyprawy krzyżowe, według tych interpretacji, miały go rozwiązać).

Zupełnie jednak pomijano aspekt TEOLOGICZNY. Zofia Kossak potrafiła doskonale wejść w mentalność ówczesnych ludzi, dając tym samym doskonały wyraz myślenia historycznego, interpretującego dawne dzieje przez pryzmat panujących wtedy wartości, wyobrażeń, lęków i pragnień. Potrafiła też dostrzec istotę rycerskiego etosu, nie pomijając przy tym niechlubnych kart chrześcijaństwa. Z jej Trylogii można jasno wnioskować, że ahistorycznym uproszczeniem jest przypisywanie Kościołowi przyzwolenia na dokonywanie rzezi czy nawracanie mieczem niewiernych. Każda niegodziwość miesza się tu z heroizmem i prawdziwą świętością, dzięki czemu uzyskujemy wspaniałą grę słonecznego światła z głębokim cieniem. Warto mieć świadomość, że wyprawy krzyżowe to nie tylko władanie orężem, ale przede wszystkim całe pasmo wyrzeczeń – poczynając od zostawienia całego dobytku i wyruszenie z ufnością w długą i nieznaną drogę, kończąc na wszelkich trudach i utrapieniach podróży, której towarzyszył mór, głód i skwar.

Ważnym motywem krucjat, ujętym w szerszym tle historycznym, była od strony Kościoła kontynuacja reformy gregoriańskiej. Pontyfikatowi Grzegorza VII towarzyszyła idea powrotu do dawnej żarliwości w wierze, a także do unifikacji jej wyznawania – poprzez ujednolicenie liturgii, uniezależnienie lokalnych kościołów od władzy świeckiej, postawienie akcentu na czystości i unormowanie kwestii celibatu, a przede wszystkim – co w sposób bezpośredni rozbudziło gorliwość przyszłych krzyżowców – wzmocnienie eschatologicznej wizji wśród wszystkich wiernych. To oczywiście wzmagało też poczucie lęku przed potępieniem, ale jednocześnie rozbudzało nadzieję, że pokuta, podjęta w duchu heroicznej postawy krzyżowca, może zdjąć z człowieka jarzmo ciężkich grzechów, uwalniając od niechybnego potępienia. Grzegorz VII przygotował grunt pod zasiew, Urban II zasiał – po ludzku, nie bez błędów, ale szczerze, dokonując w Kościele pierwszego wielkiego resetu, uwalniając lud i rycerstwo od doczesnych zobowiązań (długów, podległości i ziemskich sądów), ale też odsłaniając nadzieje na uwolnienie duszy od jarzma klątw, grzechów i piekielnych wizji. Jednocześnie stworzył zasiew pod swoistą jedność duchową między stanami i narodami – jedność, która po wiekach zrodziła naszą współczesną wrażliwość…

Jeśli można ówczesnemu papieżowi Urbanowi II cokolwiek zarzucić, to może jedynie pewną naiwność w idealizowaniu ducha krucjaty, infantylne podejście do kwestii zbawienia i położenie nadmiernego akcentu na materialnej schedzie chrześcijaństwa (odzyskanie grobu Chrystusa) – ale to wszystko przecież wynikało z mentalności panującej w tamtych czasach. Cały natomiast dramat wiążący się z krucjatami, dziś tak często demonizowany i widziany jako jeden z głównych grzechów Kościoła, wynikał z pewnego przesilenia dziejów i zderzenia trzech różnych kultur – łacińskiej, greckiej i saraceńskiej. Paradoksalnie jednak wyprawy krzyżowe zjednoczyły cały zachodni świat wokół Ewangelii. To prawda, że często źle pojmowanej – ale był to dopiero punkt wyjścia. Kolejne opuszczenie egipskiej niewoli w podążaniu ku Ziemi Obiecanej – i bynajmniej nie myślę tu o Jerozolimie! W którym miejscu tej wędrówki obecnie się znajdujemy? Czy na etapie szemrania i ponownego zwracania się ku egipskim bożkom? A może u samego jej kresu, kiedy zdążyły już zbieleć kości tych, których nadzieje przedwcześnie zgasły?

 
 

Mit w historii – kłamstwo czy inny rodzaj prawdy?

01 lut

2016_01_MIT_BIESZCZADÓWMit jest rodzajem wewnętrznej prawdy, dotyczącej różnych sfer i poziomów relacji. W Polsce głęboko zakorzeniony jest mit Bieszczadów, którym i ja, jako młody chłopak żyłem, budując na nim swoje ideały i marzenia - by w końcu obrócić  je w rzeczywistość. :) Powyżej kilka ujęć z moich starych, odkurzonych slajdów

Każda historia – szczególne ta najbardziej odległa –  w jakimś tam zakresie miesza się z mitologią, której często towarzyszy idealizacja postaci. Czy jednak mamy prawo na własnych domysłach budować ich przeciwstawny obraz, odmalowany w czarnych barwach? Czy nie ma w tym jakiegoś przejawu podcinania własnego korzenia, wyzbywania się narodowej tożsamości? Ostatnio w polskim Senacie mieliśmy debatę na temat zasadności oddania czci Mieszkowi I w kontekście 1050 rocznicy chrztu Polski. Na taką inicjatywę oburzyła się pewna pani senator, tak oto uzasadniając swój sprzeciw: „Mamy niewątpliwie do czynienia z jakąś mitologizacją samego Mieszka I, towarzyszących mu postaci i okoliczności. To wszystko jest dziś spowite mgłą historii i możemy tylko się domyślać, jak się zachowywał i kim był Mieszko I. Można domniemywać, że był to zabijaka i zapewne palił i gwałcił.”

Problem tu jest dwojakiego rodzaju. Pierwszy to właśnie „historia domniemana”. Pani senator nie jest historykiem, ale dość śmiało lansuje swój osąd historii. Mógłby ktoś powiedzieć, że przecież nie trzeba być specjalistą, aby snuć własne dywagacje na różne tematy, bo przecież żyjemy w wolnym kraju, bez cenzury. Zgadza się – choć formułowanie tak swobodnych sądów z ławy senackiej ma już nieco inną wagę. Ale odłóżmy na bok politykę. Zauważamy, jak wielką karierę robi ostatnio słowo „mitologizacja” – używane dla zdyskredytowania odległych wydarzeń czy historycznych postaci. I tu właśnie wkraczamy w drugi obszar prawdy – otóż według mnie prawda zawarta jest nie tylko w suchej faktografii, ale również w mitologii. A samo użycie słowa „odmitologizować” wynika z uznania tylko jednego, faktograficznego poziomu. Tak, prawda ma też wymiar aksjologiczny. Jeśli opowiadamy dziecku bajki, to byłoby niewychowawcze zakończyć opowieść stwierdzeniem, żeby w to nie wierzył, bo to wierutne bzdury. Wtedy właśnie niszczylibyśmy zawartą w tych bajkach prawdę aksjologiczną…

Warto zaznaczyć, że nie mówimy tu o kontekście religijnym, lecz o wartościach uniwersalnych dla wszystkich Polaków. Moją wątpliwość budzi ocenianie ludzi z odległej przeszłości (bo zwykle toniemy tutaj we mgle), jak też w oderwaniu od kontekstu historycznego (bo powinniśmy zawsze odnosić ocenę działań jakiejś osoby do współcześnie jej żyjących ludzi)… No dobrze, ale ktoś może zadać pytanie, że skoro uznajemy różne mitologie narodowe, to przecież często one się wzajemnie zdają wykluczać. I która z nich jest ta właściwa? Nie chciałbym tu wchodzić w wartościowanie, bo nie o to tutaj chodzi. Nie chodzi też o oddzielanie mitu od faktu, bo w odniesieniu do historii najstarszej byłoby to bardzo trudne. Problem dotyczy raczej kwestii niszczenia pewnych pomników historyczno-mitologicznych (pozostańmy przy tym nierozerwalnym splocie pojęciowym). Czy „odmitologizowując” historię poprzez trywializację postaci, albo wręcz drogą przypisywania im domniemanych cech negatywnych, możemy przysłużyć się Prawdzie? Czy nie podcinamy tu jakiegoś ważnego korzenia, odcinając pień od życiodajnych soków? Czyż nie to właśnie nastąpiło w wielu krajach Europy Zachodniej?

 

Tam, gdzie OBCOŚĆ staje się powłoką SWOJSKOŚCI…

11 sty

2016_01_Zawsze_obcy

Powieść Henryka Tomanka to dość gruba pozycja (565 stron), obejmująca dzieje Ślązaków w najtrudniejszym okresie historii 1938-1953, z rozwinięciem bogatych wątków dygresyjnych dotyczących historii Śląska – książka wciągająca nie tylko zgromadzoną tu wiedzą, ale także stworzonym klimatem i psychologią postaci…

Dawno nie czytałem tak dobrej powieści! Autorem książki „Zawsze obcy” jest Ślązak z wykształceniem inżynierskim, ale doskonale władający warsztatem literackim. Henryk Tomanek potrafi też wejść w głębsze pokłady psychologii i na każdym kroku wiązać ciekawe wątki fabuły z niesamowitym zasobem wiedzy historycznej. Jak się dowiedziałem, książkę tę nosił w sobie przez całe życie i zmarł tuż po jej wydaniu. Pozycję Tomanka porównałbym do „Najeźdźców” Dobraczyńskiego. Z kolei w tematyce śląskiej jest doskonałym uzupełnieniem „Blisko coraz bliżej” Siekierskiego, który opisał dzieje sagi należącej do warstw plebejskich, podczas gdy tutaj Autor ogniskuje się na sferach inteligenckich. Konstrukcja powieści jest zasadniczo dwuosiowa. Z jednej strony wchodzimy w problematykę Śląska widzianą oczami Hugona Rothera, przemysłowca i farmaceuty wychowanego w kulturze niemieckiej. Z drugiej zaś strony mamy polską, plebejską społeczność górnośląską, z której wywodzi się Rudolf, instruktor przedwojennego harcerstwa. Wielkim atutem książki jest jej wielowątkowość i esencjonalność – niemal każde zdanie wnosi coś ważnego. Warto odnotować niektóre z podejmowanych tu tematów:

  • Rozległa historia Śląska – nakreślona od panowania Piastów poprzez Królestwo Czeskie, Cesarstwo Austriackie, a od połowy XIX wieku czasy pruskie i ponowne wejście Śląska w skład państwowości polskiej. Cała bogata historia w jej różnych epizodach odsłania się przed nami w dialogach, opisach miast, czy nawet w drobnych przedmiotach, które stają się kluczem do rozwinięcia jakiejś dygresji.
  • Piętno wojen, które przetoczyły się przez Śląsk (m. in. wojna trzydziestoletnia 1618-1648 pomiędzy katolicką Austrią a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojny śląskie 1740-1763 między  Austrią Habsburgów a Prusami Hohenzollernów o panowanie nad Śląskiem, wojna prusko-austriacka 1866 między katolicką dynastą Habsburgów a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojna francusko-pruska 1870-71, gdy Otto von Bismarck chciał osadzić na tronie hiszpańskim pruskiego księcia Leopolda, a Francja nie chciała dopuścić do zjednoczenia państw niemieckich, w rezultacie jednak doprowadzając do ustanowienia Cesarstwa Niemieckiego).
  • Funkcjonowanie na Śląsku tajnych towarzystw i loży masońskich, opisanych tu na przykładzie środowisk aptekarzy i przemysłowców.
  • Problemy etyczno-tożsamościowe Ślązaków zmuszanych do walki po stronie III Rzeszy – dylematy między pruskim pojęciem lojalności wobec państwa, a moralnością chrześcijańską związaną z katolickim tradycjonalizmem.
  • Struktury i działalność polskiego harcerstwa i środowisk tworzących polską konspirację w czasach hitlerowskiego terroru.
  • Szeroki przekrój śląskiego świata nauki, kultury i przemysłu – wpływ wrocławskiego ośrodka akademickiego na społeczność Górnego Śląska.
  • Wpływ środowisk berlińskich na społeczne życie Górnoślązaków (np. mocne zderzenie mentalnościowe, zarysowane np. na przykładzie działalności Freikörperkultur, prekursora  nudyzmu) – nakreślenie zasadniczych różnic między kulturą polską, śląską i pruską.
  • Charakterystyka śląskiej familiarności plebejskiej, związanej z katolicyzmem i propolską orientacją, bardzo dogłębne wejście w wewnętrzne życie śląskich familoków.

Podsumowując, stoimy tutaj przed rozległą i niezwykle bogatą panoramą Śląska, z pogłębionym kontekstem historycznym i socjologicznym. Mamy też bardzo psychologicznie nakreślone sytuacje, dialogi i sylwetki bohaterów. Jednak głównym atutem jest wciągająca fabuła z rozlicznymi dygresjami, zawierającymi wiele ciekawostek historycznych. Bardzo interesującym tematem jest psychologiczna analiza narodzin nazizmu i związane z tym etyczne dylematy wśród różnych grup społeczności śląskiej. Niebagatelną rolę odgrywają tu dialogi wewnętrzne. Wśród słabych stron można by wymienić pewną nieśmiałość w posługiwaniu się gwarą śląską i zbyt nagłe, niezasygnalizowane przeskoki między wątkami. Wyraźny jest też brak objętościowej symetrii między ukazaniem polskiej i niemieckiej strony Śląska (przeważa niemiecka, co nie znaczy, że odczuwalna jest tu jakakolwiek tendencyjność – przeciwnie, Autor z wielką atencją podchodzi do polskiej kultury i historii). Generalnie więc wszelkie uchybienia zdecydowanie bledną wobec ogromnych atutów tej książki, w której realizm postaci, dbałość o szczegóły historyczne i dogłębnie nakreślone sylwetki psychologiczne oraz doskonały warsztat literacki sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik tak się delektuje jej treścią, by jak najdłużej móc trzymać tę książkę w ręce. :)

 
 

Proroctwa spod wiejskiej strzechy…

26 gru

2015_12_Proroctwa_Wernyhory

Manuskrypt z proroctwem, który znalazłem w starej książce (po lewej – również ze znanymi proroctwami). Książka przechowywana była w wiejskiej chałupie na Zamojszczyźnie – wieś Mircze przy obecnej granicy z Ukrainą. Całość należała do Marii Żurowicz – siostry pra-pra-dziadka mojej Żony (tekst ten można datować na początek XX wieku – był prawdopodobnie jedną z kopii przepisywanych i wśród ludu rozpowszechnianych)

W dzisiejszym liście Rektora KUL padły ważne słowa o patriotyzmie, który powinien być zdrową podstawą każdego narodu, zabezpieczając przed dwiema niebezpiecznymi skrajnościami: szowinizmem i kosmopolityzmem. Patriotyzm to traktowanie Ojczyzny w kategoriach swoistej „rodziny”, w której ważne są więzy ze współcześnie żyjącymi – jak też z tymi, którzy już przeminęli – a także z tymi, którzy po nas nadejdą. Takie odniesienie do ojczyzny jest też w nierozerwalny sposób związane z wyrazistym światem wartości, które są nienaruszalne i nie mogą podlegać relatywizacji. Zapobiega to zarówno radykalizacji pewnych idei, jak też ich rozmiękczaniu. Znajdziemy wśród nich stosunek do życia, do drugiego człowieka, do Boga i do etosu Prawdy, który mieści w sobie poczucie honoru…

Jakiś czas temu, podczas pobytu na wschodniej Zamojszczyźnie (przygraniczny rejon Hrubieszowa), wpadł mi w ręce ciekawy manuskrypt, skrzętnie przechowywany w jednej z chłopskich chałup – włożony w równie zniszczoną książeczkę o tytule: „Mądra rozmowa Królowej ze Sabby z królem Salomonem, około roku 875 przed narodzeniem Chrystusa Pana” (pisownia oryginalna), wydanej w Warszawie, nakładem E. Raczyńskiej, w roku 1906. Włożony doń rękopis z moich wyliczeń można datować na początek XX wieku (ale tutaj pewności nie mam – szacunkowe określenie jego czasu powstania opieram wyłącznie na życiorysie osoby, która go przechowywała i następnym pokoleniom przekazała). Według rękopisu tekst ów przypisywany jest  Wernyhorze – zaś po sprawdzeniu ten sam tekst znalazłem pod nazwą „Przepowiedni z Tęgoborza, datowanej na czas międzywojnia.  Zarówno książka, jak i kartka z odręcznie przepisanym proroctwem znajdują się w stanie dalece posuniętego zużycia – jakby po wielokroć były odczytywane…

Poniżej zamieszczam pełną treść manuskryptu, z zaznaczeniem słów niepewnych (?) – brakujących, słabo czytelnych lub przepisanych z domniemanym błędem. Przy okazji będę wdzięczny za każdą pomoc we rozszyfrowaniu tych wątpliwych fragmentów. Oczywistą naszą skłonnością jest próba odniesienia takich tekstów do historii i czasów współczesnych. Z pewnością ciekawa będzie przygoda zmierzenia się z dopasowaniem symboliki do minionych i obecnych wydarzeń. Chętnie poznam Waszą interpretację tych słów. Trzeba jednak wiedzieć, że treść takich „proroctw” w czasach rozbiorów miała służyć głównie „pokrzepieniu serc” Polaków, wśród których patriotyzm był jeszcze wartością niekwestionowaną. Tak więc jeszcze ciekawszą i poważniejszą przygodą z pewnością będzie próba odczytania, jakie wizje i tęsknoty ów tekst mógł wyrażać. W tym celu konieczne będzie wejście w mentalność i zakres wiedzy jego Autora, jak też porównanie symboliki z całym kontekstem historycznym. A oto pełny tekst, jaki udało mi się odczytać:

Trudno ludzkie ustalić losy, gdy zmienność warunków odmienia dziś to, co wczoraj trwałym było, a jutro istnieć przestaje. Oto powiadam wam:

1)     W dwa lat dziesiątki nastaną te pory. Gdy z nieba ogień wytryśnie. Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory. Świat cały krwią się zachłyśnie.

2)     Polska powstanie ze świata pożogi. Dwa orły padną rozbite. Lecz długi jeszcze los jej jest złowrogi. Marzenia ciągle niezbyte.

3)     Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu. Na końcu przyjdzie jedno Wielkie Serce. I samo dokona cudu.

4)     Gdy czarny orzeł znak Krzyża splugawi, skrzydła rozstawi (?) złowieszcze. Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi. Siła przed prawem jest jeszcze.

5)     Lecz czarny orzeł wyjdzie na rozstaje, gdy oczy na wschód odwróci. Krzyżackie niosąc swoje obyczaje, z łamanym skrzydłem powróci.

6)     Krzyż splugawiony razem z młotem padnie. Zaborcom nic nie zostanie. Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie. A w Gdańsku nasz port powstanie.

7)     W ciężkich zmaganiach z butą Teutona Świat znów się krwią zarumieni. Gdy północ wschodem będzie zagrożona – w poczwórną jedność się zmieni.

8)     Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony. Przez swego wyzwoleńca. Złączą się z kogutem dla Lewka obrony (?) Na tron wprowadzi młodzieńca.

9)     Złamana siła mącicieli świata. Tym razem będzie na wieki. Rękę wyciągnie brat do swego brata. Wróg w kraj odejdzie daleki.

10)  U wschodu słońca młot będzie złamany. Pożarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajdzie w cudze łany. Nad rzeką w pień wycięty.

11)  Bitna Białoruś, bujne Zaporoże pod Polski dążą sztandary.. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze. Wracając na szlak nasz stary.

12)  Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy. To Europy bastiony. (…) ?

13)  Warszawa środkiem ustali się świata. Lecz Polski trzy są stolice. Dalekie błota porzuci Azjata. A smok odnowi swe lice.

14)  Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie.  A kiedy pokój nastąpi w Warszawie. Trzech królów poi w nim konie.

15)  Trzy rzeki  świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa. Cztery na krańcach sojusznicze strony przysięgi złożą mu słowa.

16)  Węgier z Polakiem gdy połączą dłonie. Trzy kraje razem z Romunją (?) Przy majestacie polskiego tronu wieczną połączą się unją (?)

17)  A krymski Tatar gdy dojdzie do rzeki. Choć wiary swej nie zmienia. Polski potężnej uprosi opieki. I wierną (?) będzie ta ziemia.

18)  Powstanie Polska od morza do morza. Czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie stale Łaska Boża. Więc cierp i módl się człowieku.

 

Pesymizm jako rozbieg skoku w przestrzeń nadziei…

20 gru

2012_12_Ustjanowa_TUNELNa zdjęciach z dzisiejszej wędrówki – przemijający świat Ustjanowej Dolnej. Tory wiodą już dziś donikąd (suche dziewanny sterczą przy torowisku niczym świece ustawione na pamiątkę bezpowrotnie minionych światów). Tunel pod torami wiedzie już tylko w krainę dzikiej kniei, którą porosły dawne przysiółki. Stary budynek kolejowy mógłby jeszcze służyć jakiemuś zbłąkanemu pustelnikowi. Maleńki wychodek – jak symbol przyziemnej egzystencji – przerwanej, bo przestał być potrzebny… Znaleziona tu podkowa może być zapowiedzią szczęścia, które jednak nie należy już chyba do tego świata…

Bardzo lubię fotografować stare rudery – rozpadające się chałupy, spróchniałe i opustoszałe cerkwie – wszystko, co świadczy o przemijalności i kruchości tego istnienia, Ktoś mi kiedyś powiedział, że musi być we mnie ogromny ładunek pesymizmu, skoro tak mnie do tych widoków ciągnie. Zastanowiło mnie to wówczas, ale po przemyśleniu doszedłem do wniosku, że owszem – tylko, że jest to szczególny rodzaj pesymistycznego spojrzenia na świat. Wszak pesymizm jest nieodzownym etapem drogi wiodącej ku nadziei – będącej dokładną odwrotnością optymizmu! Niektórych dziwi przeciwstawianie nadziei optymizmowi, ale to bardzo ważne rozróżnienie, które obejmuje zarówno kierunek drogi, jak i sposób jej przeżywania – podczas gdy optymizm głosi rozwiązanie każdego problemu, nadzieja tłumaczy jego sens. Optymizm skierowany jest zawsze pod nogi, zaś nadzieja ku horyzontom.

Wróćmy jednak do pesymizmu. Chodzi oczywiście o taki pesymizm, który nie jest totalną negacją wszelkiego szczęścia i sensu. Ten pesymizm rozumiem raczej jako zakwestionowanie powszechnie i bezkrytycznie przyjmowanych wartości, które na ogół bywają mniej lub bardziej zrośnięte ze światem rzeczy i zjawisk. Mówiąc „piękno”, mamy zwykle na uwadze dzieła sztuki lub konkretną panoramę, sylwetkę, twarz…Mówiąc „miłość”, skojarzenia brną w stronę romantycznych spojrzeń, emocjonalnych uścisków, sentymentalnych westchnień. Mądrość z kolei przywodzi na myśl intelektualną sprawność i szeroki zakres wiedzy. Na każdym kroku zauważamy tutaj jakieś mimowolne zrosty tkanki duchowej z materią natury. Nawet tam, gdzie w grę wchodzi czysta esencja kultury, nie jest ona w pełni wyzwolona od świata zjawisk i przedmiotów, wracając do nich jak Odys, przemierzający nieznane światy tylko po to, by wrócić do punktu wyjścia. Pesymizm przełamuje ten zaklęty krąg fatum, uznając w nim nieuchronną śmierć i przegraną – co stwarza zupełnie nową perspektywę widzenia.

Pesymizm wyprowadza nas z salonu wiecznej iluzji: złudzeń, że wszystko umiera – za wyjątkiem mnie samego; że wszystko brnie ku zagładzie – tylko nie mój świat; że przemijalność można oszukać przerzuceniem własnych genów i osobistych osiągnięć w przyszłość. Początkowe wrażenie bywa bolesne – nie pozbawione poczucia pustki i lęku. Ale to jest tak, jak z przeskakiwaniem potoku – trzeba uczynić rozbieg, by całkowicie oderwać się od znajomego brzegu, z ufnością szybując ku nieznanemu. Czas oderwania od ziemi zawsze jest niepewnością: co nas czeka po drugiej stronie? Czy śliski kamień? Czy grząski grunt? Czy może jakaś ciemna czeluść?… Pesymizm uczy oderwania się od tego znajomego brzegu przyzwyczajeń, szablonów, wyobrażeń – przygotowując do skoku w przestrzeń nadziei…

 

Uwiąd cywilizacji – koniec końców czy stan spoczynku?

22 lis

2015_11_Suszki_pierwszy-śnieg

Suche rośliny przy pierwszym śniegu kojarzą mi się z jakimś uwiądem, który towarzyszy naszej staruszce Europie… Od lewej: bniec czerwony, szałwia lepka, goryczka trojeściowa. Pozostały wspomnienia kolorów – intensywnej czerwieni, żółci, granatu… I nadzieja, że znowu kiedyś zakwitną.

„Oświecenie, wynosząc człowieka do godności wszechmocnego stwórcy, zdegradowało go w rzeczywistości do poziomu zwierzęcego; odróżnienie dobra i zła zastąpiły kryteria utylitarne.” Tak pisał Leszek Kołakowski w 1997 roku – i dalej ciągnął: „Fundamentalne więzi, które podtrzymywały wspólnotę – rodzina, religia (a od siebie dodałbym jeszcze: naród, państwo, ojczyzna) zostały wyszydzone lub gwałtem rozerwane.” Krótko mówiąc, w oświeceniowym przewrocie można dopatrzyć się podwalin pod wszystkie najgłębsze kryzysy współczesnej cywilizacji – należy do nich: rozbicie rodzin, atomizacja społeczeństw, zanik patriotyzmu, sentymentalizacja i seksualizacja miłości, a także uwiąd wiary i nadziei. Niezwykle istotnym skutkiem jest również rezygnacja z obiektywnej prawdy na rzecz subiektywizmu i relatywizmu oraz złożenie piękna na ołtarzu wiecznego eksperymentu, napędzanego chorobliwym nienasyceniem i neurotycznym niepokojem.

Oczywiście byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał również tych dobrych stron oświeceniowego dziedzictwa: powszechnego dostępu do wiedzy, równouprawnienia płci, ras i narodów, sprawiedliwości społecznej, opieki socjalnej, a także wolności wyznania, słowa i rynku. Jednak i te dobrodziejstwa jakże często ulegają głębokim deformacjom! Każdy może dać sobie niezliczone przykłady absurdów, do jakich nas doprowadziły. Wartości te bywają też nagminnie wykorzystywane przez różnego rodzaju totalitaryzmy: Sowieci przez lata kradli zachodnią myśl techniczną, Chińczycy swą potęgę gospodarczą od dłuższego czasu budują na wolnorynkowych mechanizmach Zachodu (co nie przeszkadza im wykorzystywać niewolniczą siłę swego narodu), zaś islamiści cynicznie korzystają z europejskich zabezpieczeń socjalnych i praw człowieka, by sukcesywnie umacniać na naszym kontynencie swą niepisaną władzę i wojenną propagandę.

Znacznie groźniejsze są jednak mechanizmy autodestrukcji – kiedy to zachodni krytycyzm zwraca się przeciwko wartościom naszego świata, relatywizm wysadza ostatnie fundamenty obiektywnej prawdy i dobra, a w imię wolności człowiek oddaje się samobójczemu szaleństwu. Bo czyż takim szaleństwem nie można nazwać tego, co wydarzyło się ostatniego wieczoru na deskach wrocławskiego teatru? (a przynajmniej co było obwieszczane, bo nie wiem, na ile miała to być prowokacja). Media rozpisywały się o sztuce „eksperymentalnej”, w której zapowiedziano akt płciowy na żywo (dla mnie to niczym się nie różni od publicznego wypróżniania) – zastanawiam się, w imię czego? Wywołania szoku? (bo niczym innym już go nie można wzbudzić?). Ściągnięcia uwagi mediów? (bo inaczej kasa by się za taką miernotę nie zwróciła?) …Może właśnie to jest najbardziej adekwatnym obrazem agonii naszej kultury i cywilizacji? Tylko co po niej?…