RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Naród’

Mistyka biało-czerwonej chorągwi

03 maj

2017_05_Biało_Czerwoni_Ustrzyki Dolne - kilka lat temu na tym bloku powiewała tylko jedna flaga – dziś widać je z góry na dół…

Według heraldycznej symboliki biel oznacza niewinność i czystość, a czerwień – męstwo i poświęcenie. Akurat jestem w trakcie lektury o kontemplacji i w tym kontekście przyszło mi na myśl, że ta prosta kolorystyka wpisuje się w samą głębię mistyki. Chodzi o stosunek akcji do kontemplacji, wdechu do wydechu. Każde duchowe działanie, aby mogło być owocne, musi być poprzedzone aktem wewnętrznego oczyszczenia – dlatego biel widnieje ponad czerwienią.

Biała barwa naszej flagi to czystość – ale w głębokim, duchowym wymiarze tej wymowy chodzi o szczególny jej rodzaj, który obejmuje wyrzeczenie się swoich przywiązań, iluzji, pożądań i chęci odwetu za wszelkie zło. To jednocześnie gotowość do chłonności wobec pełnego wymiaru prawdy i dobra. Natomiast czerwień to wkład każdego z nas w to wspólne Dobro – i w Prawdę, która ma moc wyzwalającą. Czerwień to każde słowo, każdy czyn, każda kropla krwi.

I teraz najważniejsze: gdy brakuje bieli (wycofania, oczyszczenia, chłonności na osobowy i metafizyczny wymiar dobra), pozostaje nam tylko „czerwony sztandar”, czyli propozycja własnej idei narzucanej przemocą. Kiedy zaś poprzestajemy na tymże biernym wycofaniu, rezygnując z aktywnego kształtowania świata wartości, redukujemy biało-czerwony wymiar do nijakiej bieli – opacznie pojętej tolerancji, która de facto jest wywieszeniem białej flagi. To kapitulacja wobec każdego ataku na świat wartości.

 

Polski romantyzm vs zachodni pozytywizm

25 mar

2017_03_ROMANTYZM Modlitwa konfederatów barskich (Grottger)Modlitwa konfederatów barskich, Artur Grottger 1860

Często słyszymy utrwalony stereotyp, że Polacy są niepoprawnymi romantykami – że do dziś nie potrafiliśmy zamknąć za sobą drzwi do krypty Słowackiego i Mickiewicza. Zapewne jest w tym dużo prawdy, ale spójrzmy też na to z drugiej strony. Czy taka ocena Polaków nie wypływa z silnej polaryzacji Europy? Zapatrzeni w cywilizacyjny sukces Zachodu zatraciliśmy zdolność pełnego widzenia, jak silnie dziś skażona jest ta część Europy ideologią pozytywistyczną… Chciałbym tu szczególnie zogniskować się na myśli dwóch filozofów – Augusta Comte’a i Johna Milla. Wielki demontaż Kościoła i całej duchowości, jaki nastąpił po rewolucji francuskiej, pozostawił pustkę, którą trzeba było czymś zapełnić. Comte wprowadził więc w obieg pojęcie „religii ludzkości”, która w skrócie opierała się na swoistym tłumaczeniu zasad altruizmu: człowiek silny pomaga słabemu, za co ten słaby oddaje mu swoje uwielbienie. W ten sposób ludzkość stała się jednocześnie bogiem, mesjaszem (odkupicielem) i ludem odkupionym.

Warto tu jednak zauważyć, że sam Comte stanowczo odcinał się od ateizmu, uważając celowość świata za bardziej prawdopodobną od przypadkowości. Było mu też równie daleko do empiryzmu, który traktował jako skrajność równą mistycyzmowi. Odcinał się także od materializmu, uważając materię za taką samą fikcję (!), jak pojęcie duszy. A fikcje według Comte’a wytwarza w człowieku zarówno intelekt (w postaci metafizyki), jak i uczucia (kształtujące mitologię). Nękany chorobą psychiczną, Comte nie mógł stanowić osobowości zrównoważonej i poukładanej (co znajdowało wyraz w jgo życiu osobistym). Mimo to zdołał się głęboko zakorzenić we francuskiej myśli, utrwalając w niej podejście deistyczne, które z czasem powszechnie ewoluowało w radykalny ateizm. Wpłynął też znacząco na społeczne życie Francuzów – szczególnie na ówczesne elity, coraz silniej zwracające się w stronę masonerii. Comte był twórcą samego pojęcia „pozytywizm”, dając też podwaliny pod panującą do dziś ideologię totalnego relatywizmu, wyrażającą si jego słowami: „Jedna jest tylko maksyma bezwzględna – że nie ma nic bezwzględnego.”

Współczesnym Comte’owi propagatorem pozytywistycznego liberalizmu na Wyspach Brytyjskich był John Mill – syn Jamesa Milla, twórcy idei utylitaryzmu. James Mill postanowił w ramach eksperymentu wychować syna w duchu swej ideologii, izolując go od otoczenia. Eksperyment się powiódł – indoktrynacja zrobiła swoje. I choć John w wieku 21 lat przeżył z tego powodu silne załamanie nerwowe, to jednak z duchowego balastu do końca wyzwolić się nie potrafił. Pozostał zagorzałym liberałem i empirystą, na każdym kroku zwalczającym filozoficzny aprioryzm i uniwersalizm. W procesie poznawczym zręcznie połączył indukcję z dedukcją, wywodząc obydwie z doświadczenia (eksperymentalizm). Cały jednak dorobek nauki kierował w stronę utylitaryzmu. To z kolei stało się zaczynem pod anglosaski pragmatyzm, wprzęgając etykę w kryterium użyteczności. Pragmatyzm w znaczącym stopniu przyczynił się do ustanowienia kultu sukcesu – i do przedkładania go nad światem klasycznych wartości. Z pewnością dało to mocny impuls dla technicznego rozwoju anglosaskiej cywilizacji. Czy jednak nie było wykrojeniem z niej duszy?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Naród

 

Renesans tematyki wojennej czy próba przenicowania wartości?

11 lut

2017_02_RELATYWIZACJA_WINYOkładki gier i książek o tematyce wojennej (przykładowe fotografie wybrałem z internetu)

Chyba każdy już zwrócił uwagę, że z jakimś zadziwiającym nasileniem reklamowane są coraz to nowe gry wojenne z tematyką II wojny światowej. Na księgarskich półkach pojawiają się stosy książek, tych historycznych i tych beletrystycznych, których okładki epatują nazistowskimi mundurami. Nie brakuje też filmów o fenomenie niemieckiej hegemonii – czy też o dramatycznych bohaterach tamtych czasów. Przedstawia się ich w ten sposób, by w czytelniku wzbudzić empatię, a nawet próbę zrozumienia zbrodniarzy – jak też uniewinnienia tych, którzy biernie lub czynnie ich wspomagali. Nie twierdzę, że dla wielu ówczesnych obywateli „wielkich Niemiec” ten okres nie był traumą – zastanawiam się jednak, jakie są podstawy tego zadziwiającego renesansu wojennej tematyki (po 72 latach od zakończenia wojny!) – i jak dalece odbiegliśmy od jednoznacznej oceny tych czasów?

Filmowcy, pisarze czy twórcy gier komputerowych skwapliwie korzystają z zapotrzebowania na tematykę wojenną. Skąd się jednak bierze samo zainteresowanie życiorysami zbrodniarzy, siłą demonicznego zła, hekatombą ofiar i apokaliptycznym rozmiarem zniszczenia?  Czy nie powinny nas bardziej inspirować życiorysy twórców i myślicieli – budowniczych naszej cywilizacji oraz dzieła, jakie po sobie pozostawili?… Mam wrażenie, że w naszej zbiorowej podświadomości (zwłaszcza w narodach obciążonych tą bolesną przeszłością) zachodzi jakiś proces banalizacji zła. Dzieje się tak poprzez przełożenie jego metafizycznej siły na mechanizmy psychologii, ogromu spustoszenia – na fascynację strategią, poczucia winy – na różne formy usprawiedliwienia…

Rozmyciu ulega historyczna odpowiedzialność za zło – hitlerowcy, podobnie jak sowieci, coraz częściej odrywani są od ich narodowych korzeni, a ich czyny przedstawia się chętnie w kategoriach następstw uwarunkowań politycznych, społecznych czy psychologicznych. To pozwala zgrabnie żonglować rolami katów i ofiar. Sama istota winy przecieka gdzieś między palcami – trudno już w jednoznaczny sposób wskazać krzywdzicieli i pokrzywdzonych, najeźdźców i oprawców, bo wszyscy byli na swój sposób „ofiarami”. Wobec braku winnych trzeba jednak w sposób czytelny zasugerować przyczynę tego bezmiaru krzywd. W powietrzu unosi się więc fałszywy przekaz, że zło drzemie w narodowej tożsamości, stając się pochodną zbyt poważnego podejścia do honoru i patriotyzmu. Człowiek zostaje w ten sposób uwolniony od winy, która spada na tradycyjne wartości – a te, niczym ofiarne kozły obciążone grzechami ludzi, zostają wypędzone poza mury cywilizacji.

 

Święto Niepodległości – i kartka sprzed stu laty…

10 lis

kartka_11-11-1916

W przeddzień Święta Niepodległości chciałbym podzielić się taką familijną ciekawostką. To kartka, którą znalazłem na swoim strychu – wypisana dokładnie 100 lat temu.

Wysyłana z zaboru austriackiego do rosyjskiego (z uwagi na dość śmiałą treść przypuszczam, że w tym czasie Niwka nie znajdowała się już w rosyjskich rękach)… Myślę, że Nadawca nie miałby za złe, że to udostępniam – poczytajcie sami (pisownia oryginalna)… Kto dziś takie kartki do rodziny pisze?

Bielany, 10.listopada 1916 r.  Droga Stasiu, życzymy Ci wszelkiej pomyślności, byśmy w jak najbliższej przyszłości mogli odetchnąć po trudach wojennych, choć jeszcze mamy dużo pracy, bo moskal szelma bardzo się rozplenił, nie traćmy jednak nadziei. Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi i będziem znów Polskim Narodem (a nie ruskimi poddanymi). Niech żyje wolny Naród Polski!

Całuje Was wszystkich – Józef z Żoną

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Tradycja

 

Z Orfeuszem i żoną Lota – przez polską historię i współczesność

05 lis

2016_11_OrfeuszOrfeusz pośród naszych hucułów w Wołosatem… ;)

Mity mają to do siebie, że domagają się nie tylko ciągłej reinterpretacji (stanowiąc tym samym wiecznie otwartą księgę), ale też można je odczytywać na coraz to nowych płaszczyznach. Wczoraj myśli moje krążyły wokół bolesnych losów Polski. Nie mogąc się od nich uwolnić, wziąłem do ręki mitologię, natrafiając po raz kolejny na opowieść o Orfeuszu i Eurydyce. Kiedy Orfeusz wyruszył do hadesu po zmarłą żonę, pięknem swej gry zdołał przekroczyć wszystkie możliwe granice. Mógł ją wszak wyprowadzić z czeluści śmierci pod jednym warunkiem  - nie odwracając się za siebie. Wiemy, że nie wytrzymał – spojrzał na ukochaną, tracąc ją bezpowrotnie.

Gdy jako naród próbujemy żyć wyłącznie tęsknotą za utraconą potęgą i dawnymi dziejami – historią minioną, więc pozostającą w podziemiu naszej świadomości – popełniamy błąd Orfeusza. Konsekwencje również mogą być podobne. Ulegając hipnotycznej mocy przeszłości, wypadamy z kolein teraźniejszości, tracąc również swą przyszłość… Oczywiście historia Polski jest tak bogata, że warto  do niej sięgać – w budowaniu narodowej tożsamości, w uczeniu się na błędach minionych pokoleń. Ale poddając się biernie narodowej nostalgii, nazbyt często wpadamy w pułapkę MELANCHOLII lub MEGALOMANII – to dwa bieguny równie silnej destrukcji, osadzone na tej samej planecie, którą można by nazwać „Orfeusz”.

Podobnie rzecz się ma z biblijnym mitem o Locie i jego żonie – motyw niemal identyczny, choć tutaj nie Lot obejrzał się za siebie, lecz jego żona. Nie wiemy, co nią powodowało – bardziej ciekawość czy może tęsknota? Gdy spojrzała na zgliszcza Sodomy, zamieniła się w słup soli – co również odczytuję jako obraz przywiązania do tego, co było – ale także symbol pozostania w świecie materii, pozbawionej ducha. Dziś zapewne można by w tym wymiarze wskazać wiele takich „żon Lota” – podobnie jak wiele po świecie chodzi „Orfeuszów”.  Kto wie, jak często sam nim bywam?

 

Między nocą sowietyzmu a wiosną patriotyzmu…

24 kwi

2016_04_NOC_WIOSNA_Łupaszka_ONRMjr Szendzielarz ”Łupaszka” i wszyscy „Żołnierze Wyklęci” doskonale wpisują się w etos polskiej rycerskości, w której nie dokonuje się kalkulacji na najwyższych wartościach… Bieszczady pamiętają!

Z uwagą i wzruszeniem obserwowałem transmisję pogrzebu majora (pośmiertnie awansowanego do pułkownika) Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W uroczystości tej wyczuwało się coś więcej niż tylko wojskową ceremonię pogrzebową. Nie chciałbym zatrzymywać się tu na życiorysie jednej osoby, bo ów pogrzeb to symbol złożenia hołdu Prawdzie, która przez całe dziesięciolecia sowietyzacji była głęboko zakopana na niejednej polskiej „Łączce”. To symbol oddania czci wszystkim niezłomnym Bohaterom, którzy zostali skazani na zniesławienie i niepamięć – pogrzebani często w miejscach dalekich od warunków godnego pochówku. Gdybyż mieli choć krótki wgląd w przyszłość, by w ostatnich dniach swego życia zobaczyć, jak za 70 lat dopełni się ich moralne zwycięstwo…

W wymiarze duchowym zwycięstwo to dokonało się już wtedy, gdy wybrali śmierć, odrzucając zdradę i upodlenie. I to zwycięstwo było żywotne przez najciemniejsze lata komuny. Przetrwało w pamięci starszych i w ideałach młodych – bo z każdym młodym pokoleniem odradzało się wyczulenie na kłamstwo i pragnienie wolności. Dzięki temu możliwe stało się ostateczne zrzucenie sowieckich kajdan. Niestety nie było to jednoznaczne z uwolnieniem się od skażenia, jakie pozostało w naszych umysłach – co widać choćby w życiu politycznym, gdzie bardziej liczy się skuteczność, niż honor. Przejawia się to również w mentalności wielu współczesnych Europejczyków i tzw. „obywateli świata”, dla których wartością realną jest tylko to, co utylitarne, co daje wymierną korzyść i namacalny efekt.

Niedawno biskupi odcięli się od organizowanej Mszy z udziałem narodowców. A przecież wielu młodych ludzi pod sztandarami Bóg-Honor-Ojczyzna pragnie powrotu do etosu rycerskości, który byłby skuteczną przeciwwagą dla anty-etosu zniewieściałych mężczyzn i powszechnego relatywizmu. Obawiam się, że odcinając się od tej młodzieży, skazujemy ją na duchowe dryfowanie. Dlatego tak ważne jest dziś sięganie do tego głębokiego potencjału, jaki kryje się w głodzie ideałów. Być może ci młodzi patrioci nieraz błądzą, może nazbyt łatwo dają się ponieść emocjom – ale są w tym szczerzy i tym bardziej potrzebują dobrego pasterza, jak też właściwych autorytetów. Niektóre media przykleiły im łatkę „faszystów”, jakby nie dostrzegając, że w każdą młodość wpisany jest radykalizm przekonań i poszukiwań. A przecież właśnie dlatego jest to kwiat naszego narodu, który wyrasta na grobach Bohaterów – szczególnie tych skazanych na zapomnienie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Historia, Naród

 

Tam, gdzie OBCOŚĆ staje się powłoką SWOJSKOŚCI…

11 sty

2016_01_Zawsze_obcy

Powieść Henryka Tomanka to dość gruba pozycja (565 stron), obejmująca dzieje Ślązaków w najtrudniejszym okresie historii 1938-1953, z rozwinięciem bogatych wątków dygresyjnych dotyczących historii Śląska – książka wciągająca nie tylko zgromadzoną tu wiedzą, ale także stworzonym klimatem i psychologią postaci…

Dawno nie czytałem tak dobrej powieści! Autorem książki „Zawsze obcy” jest Ślązak z wykształceniem inżynierskim, ale doskonale władający warsztatem literackim. Henryk Tomanek potrafi też wejść w głębsze pokłady psychologii i na każdym kroku wiązać ciekawe wątki fabuły z niesamowitym zasobem wiedzy historycznej. Jak się dowiedziałem, książkę tę nosił w sobie przez całe życie i zmarł tuż po jej wydaniu. Pozycję Tomanka porównałbym do „Najeźdźców” Dobraczyńskiego. Z kolei w tematyce śląskiej jest doskonałym uzupełnieniem „Blisko coraz bliżej” Siekierskiego, który opisał dzieje sagi należącej do warstw plebejskich, podczas gdy tutaj Autor ogniskuje się na sferach inteligenckich. Konstrukcja powieści jest zasadniczo dwuosiowa. Z jednej strony wchodzimy w problematykę Śląska widzianą oczami Hugona Rothera, przemysłowca i farmaceuty wychowanego w kulturze niemieckiej. Z drugiej zaś strony mamy polską, plebejską społeczność górnośląską, z której wywodzi się Rudolf, instruktor przedwojennego harcerstwa. Wielkim atutem książki jest jej wielowątkowość i esencjonalność – niemal każde zdanie wnosi coś ważnego. Warto odnotować niektóre z podejmowanych tu tematów:

  • Rozległa historia Śląska – nakreślona od panowania Piastów poprzez Królestwo Czeskie, Cesarstwo Austriackie, a od połowy XIX wieku czasy pruskie i ponowne wejście Śląska w skład państwowości polskiej. Cała bogata historia w jej różnych epizodach odsłania się przed nami w dialogach, opisach miast, czy nawet w drobnych przedmiotach, które stają się kluczem do rozwinięcia jakiejś dygresji.
  • Piętno wojen, które przetoczyły się przez Śląsk (m. in. wojna trzydziestoletnia 1618-1648 pomiędzy katolicką Austrią a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojny śląskie 1740-1763 między  Austrią Habsburgów a Prusami Hohenzollernów o panowanie nad Śląskiem, wojna prusko-austriacka 1866 między katolicką dynastą Habsburgów a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojna francusko-pruska 1870-71, gdy Otto von Bismarck chciał osadzić na tronie hiszpańskim pruskiego księcia Leopolda, a Francja nie chciała dopuścić do zjednoczenia państw niemieckich, w rezultacie jednak doprowadzając do ustanowienia Cesarstwa Niemieckiego).
  • Funkcjonowanie na Śląsku tajnych towarzystw i loży masońskich, opisanych tu na przykładzie środowisk aptekarzy i przemysłowców.
  • Problemy etyczno-tożsamościowe Ślązaków zmuszanych do walki po stronie III Rzeszy – dylematy między pruskim pojęciem lojalności wobec państwa, a moralnością chrześcijańską związaną z katolickim tradycjonalizmem.
  • Struktury i działalność polskiego harcerstwa i środowisk tworzących polską konspirację w czasach hitlerowskiego terroru.
  • Szeroki przekrój śląskiego świata nauki, kultury i przemysłu – wpływ wrocławskiego ośrodka akademickiego na społeczność Górnego Śląska.
  • Wpływ środowisk berlińskich na społeczne życie Górnoślązaków (np. mocne zderzenie mentalnościowe, zarysowane np. na przykładzie działalności Freikörperkultur, prekursora  nudyzmu) – nakreślenie zasadniczych różnic między kulturą polską, śląską i pruską.
  • Charakterystyka śląskiej familiarności plebejskiej, związanej z katolicyzmem i propolską orientacją, bardzo dogłębne wejście w wewnętrzne życie śląskich familoków.

Podsumowując, stoimy tutaj przed rozległą i niezwykle bogatą panoramą Śląska, z pogłębionym kontekstem historycznym i socjologicznym. Mamy też bardzo psychologicznie nakreślone sytuacje, dialogi i sylwetki bohaterów. Jednak głównym atutem jest wciągająca fabuła z rozlicznymi dygresjami, zawierającymi wiele ciekawostek historycznych. Bardzo interesującym tematem jest psychologiczna analiza narodzin nazizmu i związane z tym etyczne dylematy wśród różnych grup społeczności śląskiej. Niebagatelną rolę odgrywają tu dialogi wewnętrzne. Wśród słabych stron można by wymienić pewną nieśmiałość w posługiwaniu się gwarą śląską i zbyt nagłe, niezasygnalizowane przeskoki między wątkami. Wyraźny jest też brak objętościowej symetrii między ukazaniem polskiej i niemieckiej strony Śląska (przeważa niemiecka, co nie znaczy, że odczuwalna jest tu jakakolwiek tendencyjność – przeciwnie, Autor z wielką atencją podchodzi do polskiej kultury i historii). Generalnie więc wszelkie uchybienia zdecydowanie bledną wobec ogromnych atutów tej książki, w której realizm postaci, dbałość o szczegóły historyczne i dogłębnie nakreślone sylwetki psychologiczne oraz doskonały warsztat literacki sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik tak się delektuje jej treścią, by jak najdłużej móc trzymać tę książkę w ręce. :)

 
 

Proroctwa spod wiejskiej strzechy…

26 gru

2015_12_Proroctwa_Wernyhory

Manuskrypt z proroctwem, który znalazłem w starej książce (po lewej – również ze znanymi proroctwami). Książka przechowywana była w wiejskiej chałupie na Zamojszczyźnie – wieś Mircze przy obecnej granicy z Ukrainą. Całość należała do Marii Żurowicz – siostry pra-pra-dziadka mojej Żony (tekst ten można datować na początek XX wieku – był prawdopodobnie jedną z kopii przepisywanych i wśród ludu rozpowszechnianych)

W dzisiejszym liście Rektora KUL padły ważne słowa o patriotyzmie, który powinien być zdrową podstawą każdego narodu, zabezpieczając przed dwiema niebezpiecznymi skrajnościami: szowinizmem i kosmopolityzmem. Patriotyzm to traktowanie Ojczyzny w kategoriach swoistej „rodziny”, w której ważne są więzy ze współcześnie żyjącymi – jak też z tymi, którzy już przeminęli – a także z tymi, którzy po nas nadejdą. Takie odniesienie do ojczyzny jest też w nierozerwalny sposób związane z wyrazistym światem wartości, które są nienaruszalne i nie mogą podlegać relatywizacji. Zapobiega to zarówno radykalizacji pewnych idei, jak też ich rozmiękczaniu. Znajdziemy wśród nich stosunek do życia, do drugiego człowieka, do Boga i do etosu Prawdy, który mieści w sobie poczucie honoru…

Jakiś czas temu, podczas pobytu na wschodniej Zamojszczyźnie (przygraniczny rejon Hrubieszowa), wpadł mi w ręce ciekawy manuskrypt, skrzętnie przechowywany w jednej z chłopskich chałup – włożony w równie zniszczoną książeczkę o tytule: „Mądra rozmowa Królowej ze Sabby z królem Salomonem, około roku 875 przed narodzeniem Chrystusa Pana” (pisownia oryginalna), wydanej w Warszawie, nakładem E. Raczyńskiej, w roku 1906. Włożony doń rękopis z moich wyliczeń można datować na początek XX wieku (ale tutaj pewności nie mam – szacunkowe określenie jego czasu powstania opieram wyłącznie na życiorysie osoby, która go przechowywała i następnym pokoleniom przekazała). Według rękopisu tekst ów przypisywany jest  Wernyhorze – zaś po sprawdzeniu ten sam tekst znalazłem pod nazwą „Przepowiedni z Tęgoborza, datowanej na czas międzywojnia.  Zarówno książka, jak i kartka z odręcznie przepisanym proroctwem znajdują się w stanie dalece posuniętego zużycia – jakby po wielokroć były odczytywane…

Poniżej zamieszczam pełną treść manuskryptu, z zaznaczeniem słów niepewnych (?) – brakujących, słabo czytelnych lub przepisanych z domniemanym błędem. Przy okazji będę wdzięczny za każdą pomoc we rozszyfrowaniu tych wątpliwych fragmentów. Oczywistą naszą skłonnością jest próba odniesienia takich tekstów do historii i czasów współczesnych. Z pewnością ciekawa będzie przygoda zmierzenia się z dopasowaniem symboliki do minionych i obecnych wydarzeń. Chętnie poznam Waszą interpretację tych słów. Trzeba jednak wiedzieć, że treść takich „proroctw” w czasach rozbiorów miała służyć głównie „pokrzepieniu serc” Polaków, wśród których patriotyzm był jeszcze wartością niekwestionowaną. Tak więc jeszcze ciekawszą i poważniejszą przygodą z pewnością będzie próba odczytania, jakie wizje i tęsknoty ów tekst mógł wyrażać. W tym celu konieczne będzie wejście w mentalność i zakres wiedzy jego Autora, jak też porównanie symboliki z całym kontekstem historycznym. A oto pełny tekst, jaki udało mi się odczytać:

Trudno ludzkie ustalić losy, gdy zmienność warunków odmienia dziś to, co wczoraj trwałym było, a jutro istnieć przestaje. Oto powiadam wam:

1)     W dwa lat dziesiątki nastaną te pory. Gdy z nieba ogień wytryśnie. Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory. Świat cały krwią się zachłyśnie.

2)     Polska powstanie ze świata pożogi. Dwa orły padną rozbite. Lecz długi jeszcze los jej jest złowrogi. Marzenia ciągle niezbyte.

3)     Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu. Na końcu przyjdzie jedno Wielkie Serce. I samo dokona cudu.

4)     Gdy czarny orzeł znak Krzyża splugawi, skrzydła rozstawi (?) złowieszcze. Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi. Siła przed prawem jest jeszcze.

5)     Lecz czarny orzeł wyjdzie na rozstaje, gdy oczy na wschód odwróci. Krzyżackie niosąc swoje obyczaje, z łamanym skrzydłem powróci.

6)     Krzyż splugawiony razem z młotem padnie. Zaborcom nic nie zostanie. Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie. A w Gdańsku nasz port powstanie.

7)     W ciężkich zmaganiach z butą Teutona Świat znów się krwią zarumieni. Gdy północ wschodem będzie zagrożona – w poczwórną jedność się zmieni.

8)     Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony. Przez swego wyzwoleńca. Złączą się z kogutem dla Lewka obrony (?) Na tron wprowadzi młodzieńca.

9)     Złamana siła mącicieli świata. Tym razem będzie na wieki. Rękę wyciągnie brat do swego brata. Wróg w kraj odejdzie daleki.

10)  U wschodu słońca młot będzie złamany. Pożarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajdzie w cudze łany. Nad rzeką w pień wycięty.

11)  Bitna Białoruś, bujne Zaporoże pod Polski dążą sztandary.. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze. Wracając na szlak nasz stary.

12)  Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy. To Europy bastiony. (…) ?

13)  Warszawa środkiem ustali się świata. Lecz Polski trzy są stolice. Dalekie błota porzuci Azjata. A smok odnowi swe lice.

14)  Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie.  A kiedy pokój nastąpi w Warszawie. Trzech królów poi w nim konie.

15)  Trzy rzeki  świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa. Cztery na krańcach sojusznicze strony przysięgi złożą mu słowa.

16)  Węgier z Polakiem gdy połączą dłonie. Trzy kraje razem z Romunją (?) Przy majestacie polskiego tronu wieczną połączą się unją (?)

17)  A krymski Tatar gdy dojdzie do rzeki. Choć wiary swej nie zmienia. Polski potężnej uprosi opieki. I wierną (?) będzie ta ziemia.

18)  Powstanie Polska od morza do morza. Czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie stale Łaska Boża. Więc cierp i módl się człowieku.

 

Uwiąd cywilizacji – koniec końców czy stan spoczynku?

22 lis

2015_11_Suszki_pierwszy-śnieg

Suche rośliny przy pierwszym śniegu kojarzą mi się z jakimś uwiądem, który towarzyszy naszej staruszce Europie… Od lewej: bniec czerwony, szałwia lepka, goryczka trojeściowa. Pozostały wspomnienia kolorów – intensywnej czerwieni, żółci, granatu… I nadzieja, że znowu kiedyś zakwitną.

„Oświecenie, wynosząc człowieka do godności wszechmocnego stwórcy, zdegradowało go w rzeczywistości do poziomu zwierzęcego; odróżnienie dobra i zła zastąpiły kryteria utylitarne.” Tak pisał Leszek Kołakowski w 1997 roku – i dalej ciągnął: „Fundamentalne więzi, które podtrzymywały wspólnotę – rodzina, religia (a od siebie dodałbym jeszcze: naród, państwo, ojczyzna) zostały wyszydzone lub gwałtem rozerwane.” Krótko mówiąc, w oświeceniowym przewrocie można dopatrzyć się podwalin pod wszystkie najgłębsze kryzysy współczesnej cywilizacji – należy do nich: rozbicie rodzin, atomizacja społeczeństw, zanik patriotyzmu, sentymentalizacja i seksualizacja miłości, a także uwiąd wiary i nadziei. Niezwykle istotnym skutkiem jest również rezygnacja z obiektywnej prawdy na rzecz subiektywizmu i relatywizmu oraz złożenie piękna na ołtarzu wiecznego eksperymentu, napędzanego chorobliwym nienasyceniem i neurotycznym niepokojem.

Oczywiście byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał również tych dobrych stron oświeceniowego dziedzictwa: powszechnego dostępu do wiedzy, równouprawnienia płci, ras i narodów, sprawiedliwości społecznej, opieki socjalnej, a także wolności wyznania, słowa i rynku. Jednak i te dobrodziejstwa jakże często ulegają głębokim deformacjom! Każdy może dać sobie niezliczone przykłady absurdów, do jakich nas doprowadziły. Wartości te bywają też nagminnie wykorzystywane przez różnego rodzaju totalitaryzmy: Sowieci przez lata kradli zachodnią myśl techniczną, Chińczycy swą potęgę gospodarczą od dłuższego czasu budują na wolnorynkowych mechanizmach Zachodu (co nie przeszkadza im wykorzystywać niewolniczą siłę swego narodu), zaś islamiści cynicznie korzystają z europejskich zabezpieczeń socjalnych i praw człowieka, by sukcesywnie umacniać na naszym kontynencie swą niepisaną władzę i wojenną propagandę.

Znacznie groźniejsze są jednak mechanizmy autodestrukcji – kiedy to zachodni krytycyzm zwraca się przeciwko wartościom naszego świata, relatywizm wysadza ostatnie fundamenty obiektywnej prawdy i dobra, a w imię wolności człowiek oddaje się samobójczemu szaleństwu. Bo czyż takim szaleństwem nie można nazwać tego, co wydarzyło się ostatniego wieczoru na deskach wrocławskiego teatru? (a przynajmniej co było obwieszczane, bo nie wiem, na ile miała to być prowokacja). Media rozpisywały się o sztuce „eksperymentalnej”, w której zapowiedziano akt płciowy na żywo (dla mnie to niczym się nie różni od publicznego wypróżniania) – zastanawiam się, w imię czego? Wywołania szoku? (bo niczym innym już go nie można wzbudzić?). Ściągnięcia uwagi mediów? (bo inaczej kasa by się za taką miernotę nie zwróciła?) …Może właśnie to jest najbardziej adekwatnym obrazem agonii naszej kultury i cywilizacji? Tylko co po niej?…

 

Bracia Piłsudscy i etos narodu…

13 maj

2015_05_Piłsudski_Józef_Bronisław

Józef Piłsudski i jego brat, Bronisław – na tle Halicza  - oraz wydane na ich cześć monety…

Wczoraj mieliśmy 80-tą rocznicę śmierci Józefa Piłsudskiego – Polaka, wobec którego rzadko kto przechodzi obojętnie. I w mojej rodzinie nigdy nie milkły dyskusje na jego temat. Kiedyś sam miałem mu za złe przewrót majowy – dziś patrzę na to inaczej. Widząc tę sytuację w szerszym kontekście historycznym, kiedy u bram Rzeczpospolitej kłębiły się hordy bolszewików, a w życie wewnętrzne Kraju zakradała się anarchia i chaos, chyba nie można było inaczej… Zahamować anarchię dla samej anarchii to zwykły zamordyzm, bo ważna jest idea, dla której się tego podejmujemy – jeśli będzie to np. w imię powstrzymania nawałnicy bolszewizmu, to jestem gotów nawet na reaktywację monarchii.  Innymi słowy: samoograniczenie własnej wolności (indywidualnej lub zbiorowej) może być również aktem wolności – jeśli towarzyszy temu świadomy wybór mniejszego zła, czy perspektywicznie widzianego dobra.

Wciąż zadziwiają mnie niektóre wypowiedzi Piłsudskiego, jak np. ta zawarta w ostatniej jego woli, na łożu śmierci: „A zaklinam wszystkich co mnie kochali sprowadzić zwłoki mojej matki z Sugint Wiłkomirskiego powiatu do Wilna i pochować matkę największego rycerza Polski nade mną. Niech dumne serce u stóp dumnej matki spoczywa.” Czy faktycznie miał się za „największego rycerza”? Ale przecież zaraz dodaje, by jego Matka nad jego sercem spoczęła, co jest szczególnym hołdem złożonym macierzyństwu… Pewnie mania wielkości była jedną z jego głównych bolączek, ale wielcy przywódcy często tak mają. Trzeba tu wszakże dodać, że to właśnie ta cecha była m. in. warunkiem niezłomnej walki o niepodległość, a potem o jedność narodu. Ta twardość i duma sprawiły, że pod wodzą Piłsudskiego umilkły w Polsce wewnętrzne spory. Ktoś może powiedzieć, że stało się to za sprawą reżymu – ale nie, z opowiadań moich Dziadków (nie wszyscy byli jego zwolennikami) pamiętam, że zgodnie przyznawali, iż Piłsudski miał szczególną charyzmę i to ona położyła w Polsce kres anarchii, ocalając nie tylko nasz Kraj, ale może i całą Europę.

Niektórzy mu zarzucają, że zniszczył demokrację. Ale czy demokracja jest faktycznie najlepszą formą władzy? Zwłaszcza dla Polski?… Mam coraz więcej wątpliwości. Nie należę do zagorzałych hołdowników Józefa Piłsudskiego – jeśli już, to mam większe uznanie dla jego brata, Bronisława. Natomiast uważam, że Marszałek był rzeczywistym narzędziem w rękach Opatrzności, bo bez Piłsudskiego Polska byłaby bolszewicka. Po odzyskaniu niepodległości szybko pogrążyłaby się w anarchii, co niechybnie zostałoby wykorzystane przez wroga. Polacy są narodem samych paradoksów – jak nikt inny kochają wolność, ale nie potrafią z niej korzystać – prowadzą ze sobą nieustanne wojenki, choć gdy przyjdzie zagrożenie z zewnątrz, jak mało kto potrafią się zjednoczyć w heroicznej ofierze… Wracając do obydwu braci Piłsudskich – który z nich bardziej wart jest pamięci? Czy można ich w ogóle porównywać? Jeden typowy pozytywista, tytan pracy u podstaw, drugi człowiek walki, rzucający wszystko na jedną szalę… Gdy zgłębiam życiorys Józefa Piłsudskiego, odkrywam w nim tyleż polskich słabości, co pociągającej wielkości. I z pewnością to sprawia, że stajemy przed postacią nietuzinkową. Ale myślę, że dla Polaków nie tyle jego osobowość jest ważna, co szczególny mit narodowy, jaki udało mu się swoją osobą stworzyć. Mit, który jednoczy i ożywia, który wytycza pewne drogi i buduje wspólne ideały.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Etyka, Historia, Naród

 

Iluzje i oblicza wierności

22 mar

2015_03_WIERNOŚĆ bluszcz_barwinek_fiołek

Symbolem wierności w naszej kulturze bywał BLUSZCZ (z lewej – na cmentarzu w Sanoku), FIOŁEK (fiołek dacki na połoninie Tarnicy – w środku), czy BARWINEK (na grobie w Wołosatem – z prawej)

Wierność funkcjonuje na wielu płaszczyznach – mówimy o niej w relacji do bliskiej osoby, do narodu, ojczyzny, idei czy wreszcie odnosimy ją do samego Boga. Zasadniczo wierność może jednak przyjmować diametralnie różną postać – w zależności czy w tej relacji wyłączam się jako byt samodzielny, czy też w swych intencjach noszę w sobie świadomość pełnej integracji z obiektem swojej wierności. Innymi słowy – czy wierność jest tylko zewnętrzną zasadą, której muszę przestrzegać, aby się komuś przypodobać lub nie narazić się na karę, czy też wypływa ona z wewnętrznego pragnienia, by dzielić los mojej rodziny, narodu, ojczyzny, idei – i samego Boga w drugim człowieku, w Jego całym stworzeniu i w Jego bezpośredniej obecności? Na ile wierność wpisana jest w naszą duchową naturę? Odpowiedź na to pytania znajdziemy w najgłębszej istocie naszego odniesienia do całego bytu i jego Źródła.

Mistrz Eckhart pisał: „Wielu wyobraża sobie w swej prostocie, że powinni patrzeć na Boga tak, jakby On był tam, oni zaś tutaj. Tak nie jest. Bóg i ja jesteśmy jednym. Przez poznanie przyjmuję Boga do siebie, przez miłość natomiast ja wchodzę do Niego.” Nie będę się tu zatrzymywał nad użytym przez Mnicha cytatem samego Jezusa o swej współtożsamości z Bogiem – na ile mamy prawo stosować te słowa do samego siebie. Wobec takiej swobody zacytowania Ewangelii inkwizytorzy Świętego Oficjum mieli spore zastrzeżenia. Wróćmy jednak do wierności, która jest nieodłączną składową miłości. Za mistrzem Eckhartem można konkludować, iż na tyle jestem wierny, na ile potrafię zanurzać się w swym Stwórcy, zatracając swą postawę interesowności względem Niego i całego stworzenia. Postawa „handlującego pielgrzyma”, który chciałby nabywać swe duchowe dobra za włożony wysiłek, również za okazaną wierność, staje się nieporozumieniem, bo wydzielam się w ten sposób niejako na zewnątrz Boga, na zewnątrz ludzkości i na zewnątrz całego stworzenia.

Wierność Bogu nie może się obyć bez wierności człowiekowi. Tischner pisał kiedyś o największych iluzjach XX wieku, kiedy to dwa totalitaryzmy odnosiły wierność ku pokoleniom minionym (nazizm – wierność czystości krwi i kultury) lub pokoleniom przyszłym (komunizm – wierność idei szczęśliwej ludzkości, której czasy mają dopiero nadejść). Każda z tych iluzji pozwalała na kłamstwo, niewierność i okrucieństwo wobec ludzi współczesnych – miała to usprawiedliwiać z jednej strony opacznie rozumiana, nietzscheańska „wola mocy”, z drugiej zaś strony – dialektycznie pojmowana dziejowość świata, która drogą przejściowego zła realizować miała ostateczne dobro. Jednak wierność jest prawdziwa wtedy i tylko wtedy, gdy w pierwszym rzędzie odnosi się do osoby tu-i-teraz. Bo czy możemy być wierni grobom kosztem żyjących? I czy możemy kosztem tychże żyjących realizować szczęście nienarodzonych jeszcze wnuków?…

 
 

Ostatnie słowo – jak ziarno i …jak łajno

11 mar

2015_03_olcha-leszczyna

Bieszczady dzisiaj: Leszczyna (żółte kwiatostany) i olcha szara (kwiatostany czerwonawe) z zeszłorocznymi „szyszeczkami” – jej nasiona już pewnie dawno wpadły w glebę …mniej lub bardziej żyzną

Trwa na dobre teatr zwany kampanią prezydencką – znów leci z nieba obfity deszcz obietnic i nic nie znaczących komunałów. Jakże przydatny by się tu okazał jakiś konkretny formularz obietnic, których niespełnienie skutkowałoby rozliczeniem przyszłego prezydenta punkt po punkcie – a jednocześnie zmuszałby do jednoznacznego określenia się, kosztem czego kandydat planuje spełnienie danych obietnic – bo wiadomo, że z pustego to i Salomon… Brakuje mi też takiego wielkodusznego pochylenia się nad Rzeczpospolitą jako dobrem wspólnym, widzianym ponad wszelkimi podziałami – ponad całym tym partyjniactwem, które tak mocno zakorzeniło się w naszym społecznym życiu. Czy kiedyś dane nam będzie wyrwać się z tego zaklętego kręgu okładania się zarzutami, podejrzeniami, inwektywami?

Niedawno prowadziłem dialog z człowiekiem biegłym w różnych tematach, kształconym i oczytanym, niezwykle elokwentnym i inteligentnym – niemniej zdumiewało mnie to, że nie potrafię się w żaden sposób przebić przez pewną powłokę uprzedzeń i stereotypów (być może i ja takie w sobie posiadam?). Każdy argument kwitowany był coraz cięższym asortymentem kontrargumentów, w dodatku zaostrzał się język debaty, stając się coraz bardziej cierpki, ironiczny i - ogólnie mówiąc - nieprzyjemny. Co ciekawe, obaj prezentowaliśmy mniej więcej podobny światopogląd, wyznawaliśmy ten sam zakres wartości patriotycznych i chrześcijańskich – mimo to jednak miałem poczucie, jakbyśmy pochodzili z innych planet. W pewnym momencie postanowiłem przez jakieś miłe słówko nieco ocieplić debatę (która powoli zatracała formę dialogu), wycofując się z tej bezowocnej rozmowy. Zastanowiło mnie jednak samo zjawisko, skąd się bierze taki rozdźwięk?

Doszedłem do wniosku, że jałowość sporów wynika stąd, że często patrzymy na siebie przez pryzmat nieufności, przypisując sobie nawzajem nieszczere intencje. Każde zasiane ziarno nieufności skłania do wznoszenia wokół siebie muru i kopania fosy. Każdy też w głębi siebie rości sobie prawo do ostatniego słowa, które daje satysfakcję ostatecznego triumfu… I wtedy przyszło mi porównanie słowa do ziarna, które potrzebuje czasu, żeby w kimś mogło skiełkować. I tak jak ziarno musi być przysypane ziemią, tak słowo potrzebuje przykrycia przez to „błoto” ostatniego słowa z drugiej strony. I musi pod tym błotem obumrzeć, żeby po czasie wydać plon. Kiedy usilnie pragnę, by moje ziarno było na wierzchu, skazuję je na posuchę czyjejś niechęci – przylatują wtedy ptaki i je szybko wydziobują. Gdy natomiast uda mi się zrezygnować z ostatniego słowa, pozwalam w ten sposób, by mój głos pozostał pod czyimś błotem (a czasem także pod łajnem) – wtedy tylko wystarczy cierpliwie czekać. :)

 
Komentarze (52)

Napisane w kategorii Etyka, Naród, Polityka, Psychologia

 

Człowiek a kura …czyli – człowiek tym je, co zje ;)

07 mar

2015_03 Bóg-Honor-Ojczyzna

„Kamieni kupa” – ruina domu pośrodku lasu na szczycie Laworty – i drzewa, które umierają na stojąco (w tym samym lesie, kilka dni temu, Ustrzyki Dolne)

Wczoraj pewien lider naszej lewicy wyznał publicznie, że nie broniłby Ojczyzny przed ewentualnym najeźdźcą. Indagowany dalej, co w takim razie by zrobił, odpowiedział po prostu: „poddałbym się”. Kiedy pacyfizm głosi jakiś nastolatek, to może być nawet sympatyczne. Ale kiedy robi to polityk pretendujący do fotela prezydenckiego (a tym samym do stanowiska wodza polskich sił zbrojnych!) – to już zaczyna być zatrważające. Najsmutniejsze jest to, że tacy politycy znajdują w społeczeństwie wielu popleczników. Słyszy się czasem głosy „po co mam walczyć za to państwo, skoro ono niczego mi nie gwarantuje? Jakież tu fatalne pomylenie brudnej polityki z suwerennością narodu, świata wartości ze światem potrzeb! Ojczyzna nie da nam niczego, jeśli będziemy ją traktować jak jakąś dojną krowę lub polisę ubezpieczeniową – utożsamiając ją z tymi, którzy nami rządzą. Bo Ojczyzna to przede wszystkim WIĘZY, jakie łączą nas z minionymi pokoleniami i ze współczesnymi rodakami. To poczucie jedności, solidarności, bliskości… Oczywiście nikt nie zmusza, żeby to jednakowo odczuwać – na tym polega wolność. Tylko czy wyrzucając te pojęcia ze swojego wewnętrznego świata wartości, nie wyzbywamy się czegoś najbardziej wewnętrznego? Czy nie oddamy w ten sposób pierworództwa za miskę soczewicy?

Pamiętam czasy, gdy z zawołania naszych Przodków „Bóg-Honor-Ojczyzna” próbowano wyrugować Boga. Potem zastanawiano się, czym właściwie jest ten „honor” i czy w ogóle jest potrzebny? Teraz próbuje się wykreślić ostatnie słowo – Ojczyzna… Jakież to smutne. Ale ufam, że wcale nie takie powszechne… Bóg-Honor-Ojczyzna to nie są frazesy – to bardzo realne wartości! Zaczynając od końca: Ojczyzna to realna BLISKOŚĆ człowieka – swojskość, jakiej potrzebujemy do naturalnego funkcjonowania, obecność osób, które wyznają podobną hierarchię wartości, a poprzez świadomość kultury i historii wykazują też pokrewną tożsamość. Honor to PRAWDA i WIERNOŚĆ; z tym pojęciem wiąże się wiele przekłamań – honor bywał nieraz wykpiony jako próżność i skłonność do buńczucznego machania szabelką. Nie przypadkiem prześmiewczość ta zaczęła się już w czasach komuny, kiedy sowiecka mentalność niosła z sobą nieformalny kult KŁAMSTWA (byle było skuteczne) i ZDRADY (byle była dobrze zakamuflowana i politycznie uzasadniona).

Wreszcie Bóg – to nie tylko pojęcie religijne, to osobowa podstawa wszelkich WARTOŚCI, które uznajemy jako NIENARUSZALNE i NIEPRZEMIJAJĄCE. To po prostu fundament każdego, kto nie chce dryfować po oceanie relatywizmu. Wracając więc do deklaracji poddania się wrogowi – jest to ewidentna konsekwencja wykreślenia tych trzech zawołań ze swojego serca i świadomości. Wtedy jako najważniejsze pozostaje tylko zachowanie życia – tego biologicznego, bo inne rozmywa się gdzieś w relatywistycznym niebycie. Aby ratować życie, trzeba do rangi bezwzględnej podnieść pojęcie pokoju. Co jednak się staje, gdy pokój uznamy za wartość nadrzędną? Nie prowadzi to prędzej czy później do zniewolenia i upodlenia? Tak kończy się umieszczenie na ołtarzu swego ciała, z jedynym celem – by przedłużać jego egzystencję tak długo, jak tylko można – oczywiście czyniąc ją jak najprzyjemniejszą. Jednak wtedy warto sobie od razu wyobrazić tą „przyjemność” u schyłku życia, kiedy ciało – podobnie jak wizja Polski – zamieni się w „kamieni kupę” (pozwólcie, że pominę pełną wersję cytatu byłego ministra). Jednym słowem sprawdzi się stare powiedzenie Feuerbacha: „der Mensch ist, was er isst“ – co w wolnym przekładzie znaczy: człowiek tym się staje, czym się żywi.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Naród, Polityka, Życie

 

Dzień tych, którzy w sytuacji beznadziejnej walczyli o naszą godność, o ocalenie człowieka w człowieku…

01 mar

2015_03_Dzień_Żołnierzy_Wyklętych_

Ten zimowy świt nad Ustrzykami niech będzie symbolem nadziei – wbrew czasom beznadziejnym…

1-go marca. Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” – choć wolałbym używać określania „niezłomni”, to i „wyklęci” mają tu znaczącą wymowę. Dlaczego? Bo doskonale odnosi się do bolszewickiego wywrócenia wszystkiego do góry nogami – zaprowadzenia „nowego ładu”, w którym to, co święte, zostało upodlone – a to, co podłe, wyniesione na ołtarze. Myślę, że dzisiejsze święto w szczególny sposób wpisuje się w naszą polską specyfikę, w nasz narodowy świat wartości. Świat, który często bywa dla ościennych narodów niezrozumiały. Bo jak rozumieć walkę, która z góry skazana jest na klęskę? Tak często próbujemy ją dziś oceniać wedle kryteriów czysto pragmatycznych, kładąc na jednej szali straty, na drugiej - korzyści. I w takiej ocenie oczywiście wygrywa „zdrowy rozsądek”, który nakazuje uznać tę walkę za szaleństwo. Czasem słyszymy jeszcze bardziej krzywdzącą ocenę: bratobójstwo. Radykalnie odrzuciłbym jedną i drugą, bo właśnie obecność tych żołnierzy w naszej świadomości określa to, co w Polakach jest najpiękniejsze.

Bolszewicy chcieli z nich zrobić „bandytów” – nie udało im się, mimo, iż misternie preparowali dowody, doprowadzając do pokazowych procesów, w których przypisywali swym podsądnym kolaborację, napady rabunkowe, zdradę ojczyzny i inne (własne!) podłości. Strzelali po katyńsku w tył głowy, grzebali nocą – czasem nawet głowy odcinając, by do szczętu tożsamość odebrać… I choć życie tych cichych bohaterów było tragiczne, a pamięć musiała długie lata czekać na publiczną rehabilitację, to właśnie oni stali się dla Polski prawdziwą solą ziemi. Jeśli miałbym górnolotnie powiedzieć, za co kocham Polskę – wymieniłbym wiele, ale chyba przede wszystkim zwróciłbym uwagę na to, że tak wielu Polaków podejmowało walkę mimo oczywistej przegranej. Walkę, która pozwalała zachować GODNOŚĆ i WIERNOŚĆ w chwilach, kiedy hierarchia wartości została postawiona do góry nogami. To właśnie Żołnierze Wyklęci są dla nas żywym świadectwem, że można w człowieku ocalić człowieka – nawet wtedy, gdy wszystko wokół wydaje się już całkiem upodlone.

Wczoraj cały świat obiegła wiadomość o zabójstwie czołowego rosyjskiego opozycjonisty, Borysa Niemcowa. Dziś miał być antykremlowski protest, który zamienił się w marsz żałobny, intensywnie penetrowany przez służby specjalne. Czy po tej pokazowej egzekucji opozycja w Rosji zdoła się podnieść z kolan, czy też podda się paraliżującemu lękowi? Tego nikt nie wie – ale wiem, jak zachowaliby się nasi „Żołnierze Wyklęci”. Bo oni zawsze wybierali wolność i wierność prawdzie, odrzucając sowieckie upodlenie, które wciąż na Rosjanach, niczym jakieś mroczne fatum bezsilności… Tymczasem u nas wciąż nowi Bohaterowie odzyskują tożsamość w odkrywanych przez IPN mogiłach (właśnie rano dowiedziałem się, że odnaleziono szczątki Danuty Siedzikówny „Inki” – to ta dziewczyna z fotografii w środku powyższej składanki, jej życiorys powinien poznać każdy młody Polak!). Był też wśród nich bieszczadzki partyzant – Antoni Żubryd z Sanoka (fot. powyżej Inki), którego próbowano zniesławić (film „Ogniomistrz Kaleń”). Było wielu innych, którzy zostawili nam nadzieję, że Polskę można najechać, zniewolić i zdeptać, ale nie można zabić jej duszy…

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Polityka, Wiara, Życie

 

NASI – WASI – ONI, czyli o polskiej przypadłości dzielenia…

13 gru

2014_12_świt_nad_Ustrzykami

 Dzisiejszy poranek, widok z mojego okna - tuż przed świtaniem…

Gdy w 1863 roku do Nowego Yorku wpłynęła rosyjska flota, Amerykanie powitali ją przyjaźnie, co oburzyło mieszkających tam Polaków, bo przecież właśnie wybuchło powstanie styczniowe. Nie podzielał tego oburzenia Cyprian Norwid, uzasadniając swoje zdanie, że to właśnie przyjazne gesty wobec samych Rosjan, widzianych jako ludzi, nie zaborców, mogą zdobyć ich serca – a tym samym wygrać sprawę polską. Okazana w Ameryce serdeczność otwiera Rosjan na wizję innego świata, stwarzając szansę do refleksji nad własnym dotychczasowym światem wartości i sposobem sprawowania władzy. Jakież to aktualne! Przyznam, że i ja miewam skłonności do generalizowania ludzi w kategoriach narodowych, religijnych czy politycznych. A przecież każdy jest niepowtarzalnym światem, w który mogę wejść tylko wtedy, gdy na progu zostawię sandały własnych niechęci i stereotypów.

Z pewnością nie jest to łatwa sztuka, aby zrezygnować z pewnych uogólnień i wyzwolić się z jakiegoś wyobrażeniowego szablonu. Tu często działa nawyk i bezkrytyczne naśladownictwo. Ale właśnie dlatego obdarzeni zostaliśmy zdolnością do refleksji, aby nieustannie poddawać jej swoje przyzwyczajenia – również te w zakresie percepcji, myśli i sposobu reagowania. Biorąc pod uwagę dzisiejszą sytuację Rosji, uważam sankcję za bardzo istotny sposób reagowania na niewątpliwą agresję – ale też razi mnie nazywanie Rosjan „kacapami”, przypisywanie im złej woli, czy też dyskredytowanie całej rosyjskiej kultury. Całe szczęście nie jest to zjawisko powszechne i wbrew różnym sondażom większość Polaków chyba traktuje Rosjan mimo wszystko przyjaźnie. Gorzej bywa z politykami, bo oni patrzą na naród przez pryzmat polityki właśnie – a ta w przypadku Rosji może coraz bardziej przypominać sowieckie czasy.

Dzisiaj mamy rocznicę stanu wojennego – przy tej okazji tym bardziej mogą się budzić jakieś demony przeszłości. Do tego dochodzi na nowo rozgorzała wojna polsko-polska o minione wybory (osobiście uważam, że miało miejsce nieszczęsne ZAfałszowanie, nie celowe sfałszowanie – a to wielka różnica). Smutno mi jest, że jako naród nie potrafimy obchodzić takich rocznic razem, że zawsze bardziej nas łączy bycie PRZECIWKO KOMUŚ, niż pragnienie bycia Z KIMŚ. Wskazywanie wroga zewnętrznego – a także tego wewnętrznego, mniej lub bardziej urojonego (masona, komucha, ateisty, innowiercy) zawsze bardziej uwodzi ku zwieraniu szeregów, niż świadomość, że każdy z nich może być nieodłączną wartością budowania wspólnoty – takiej, jaką nam przez wieki zazdrościły inne narody, gdy byliśmy potęgą polityczną i królestwem tolerancji… Piszę dzisiaj ten tekst całkiem spontanicznie, odchodząc nieco od reguły pomijania tematów politycznych. 13 grudnia trudno zachować apolityczność – ale właśnie dlatego nie chcę się dzisiaj identyfikować z żadną opcją partyjną. Chcę być po prostu Polakiem i człowiekiem. Chcę każdego „on” przyswajać jako „ty”, a w każdym „ty” widzieć własne „ja”…

 
Komentarze (28)

Napisane w kategorii Naród, Polityka, Życie