RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Psychologia’

LĘKI, MĘKI i JĘKI – między rozpaczą a nadzieją…

09 lip

2017_07_Bledne_kolo (bluszcz) - Jacek Malczewski

„Błędne koło” Jacka Malczewskiego (fragment)

Trudno sobie wyobrazić człowieka pozbawionego lęku – nie strachu przed realnymi i bieżącymi zagrożeniami, ale lęku, który nie daje się tak łatwo racjonalizować. Czy lęki dotyczące projekcji zdarzeń, które są odległe lub mało prawdopodobne, należy traktować jako przejaw nerwic i innych zaburzeń? Jaką rolę odgrywają w naszym życiu? Przychodzi mi na myśli tylko jedno: lęki stanowią wyzwanie do ciągłego przebijania się przez ciasną powłokę egzystencjalnego tu-i-teraz. Bez lęku człowiek łatwo zgnuśniałby w swej próżności i lenistwie, w letargu przyzwyczajenia i samozadowolenia. Podobną rolę spełnia cierpienie – choć ono jest już znacznie bardziej osadzone w realności – a jednocześnie zanurzone głęboko w mrokach tajemnicy, wobec której próżne się staje wszelkie wymądrzanie z pozycji człowieka, który cierpienia nie doświadcza.

Cierpienie w znacznej mierze stanowi podstawę lękowej świadomości, bo zaczyna się już tam, gdzie następuje jego projekcja. Człowiek odpowiedzieć może na swe lęki, jak i na samo cierpienie, w diametralnie różny sposób: buntem lub zawierzeniem. Zgorzkniałość, narzekanie, przeklinanie – to tylko pożywka dla lęków i cierpień, które na tym podłożu jeszcze bardziej wzrastają. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek wchodzi w rolę sędziego, szukając w tym świecie sprawiedliwości – a tym samym również winowajców zła. Bo lęk i cierpienie niewątpliwie jest złem (brakiem dobra), czy – jak kto woli – jego konsekwencją. Znajdując winę w innym, popadamy w złość, a nawet w bluźnierstwo. Znajdując ją w samym sobie – w rozpacz, jeśli tylko ta wina przesłoni nam przestrzeń nadziei.

I tu przed nami odsłania się kolejne słowo-klucz: nadzieja, która wzrasta na glebie podlewanej wdzięcznością i użyźnianej poczuciem przemijalności wszystkiego, co dotyczy tego świata. Jedynym lekarstwem na chorobę potęgujących się lęków i cierpień jest więc świadomość obdarowania. Doświadczenie w życiu bezinteresownego dobra (bo dobro zawsze jest bezinteresowne), pamięć o osobach, które je przyniosły i chwil szczęścia, jakie w nas to dobro wzbudziło – to właśnie pokarm nadziei. Podobnie jak przeżycie piękna czy napełnienie duchem mądrości, stany te bywają w naszym życiu ulotne i krótkotrwałe. Niezwykle ważna jest więc ich kontemplacja i afirmacja. Dopiero duchowe zogniskowanie się na tych refleksach Bożej obecności pozwala na przeniesienie ich potencjału na realne życie. Projekcja przyszłości nastrojona wdzięcznością potrafi zachwycić jak piękny kwiat, który z czasem dojrzewa w owoc nadziei…

 
Komentarze (48)

Napisane w kategorii Duchowość, Psychologia

 

W poszukiwaniu źródeł okrucieństwa i wrażliwości

17 cze

PON_w_BieszczadachPolski owczarek nizinny w Bieszczadach (przed 30 laty) - wtedy Góry te były tylko w moich marzeniach. :)

W pewnej biograficznej książce, którą właśnie czytam, natknąłem się na kilka epizodów z codziennego życia Francuzów w latach 20-tych, kiedy to za całkiem zwyczajne uchodziły takie zabawy, jak strzelanie do przywiązanego gołębia, rzucanie kamieniami do kaczek na wodzie, pławienie kury w rzece, czy ściganie autem królika aż do jego rozjechania. Miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu – w kraju, który szczycił się być wzorcem światowej kultury i subtelnej wrażliwości. Nie chcę przez to deprecjonować Francuzów, bo takie odniesienie do zwierząt znaleźlibyśmy też wówczas w innych częściach Europy. Chodzi mi tutaj o coś innego: na ile od tamtego czasu zmienił się nasz poziom wrażliwości? Skąd bierze się w człowieku okrucieństwo i jak rodzi się wrażliwość?

Bestialstwo nazistów przypisujemy obłąkanej ideologii i bezwzględnemu wychowaniu. Gdybyśmy jednak cofnęli się kilka wieków wstecz, ujrzelibyśmy rozbawioną gawiedź podążającą za skazańcem, narzędzia tortur czy publiczne pręgierze, które należały do wyposażenia każdego większego miasta, okrutne zabawy dzieci czerpiących przyjemność z wymyślnego znęcania się nad zwierzętami. Zapewne również dzisiaj tu i ówdzie pojawia się okrucieństwo – nie znajduje ono jednak powszechnej akceptacji, więc musi się ukrywać. Czasem jest ono bardziej widoczne, gdy dochodzi do zderzenia kultur. Szokuje nas i oburza stosunek Chińczyków do psów, Hiszpanów do byków, a Norwegów do wielorybów (może i Polakom można by coś przypisać?) Co więc sprawia, że wrażliwość wobec otaczających nas istot w pewnych warunkach rośnie, w innych zatrzymując się na poziomie ich urzeczowienia?

W dzisiejszym świecie  najbardziej szokuje nas bestialstwo islamistów. Wzbiera w nas gniew, gdy widzimy zbrodnicze egzekucje i zamachy wymierzone w przypadkowych ludzi. Ale oburzenie czujemy również wobec legislacyjnego okrucieństwa u naszych sąsiadów, gdzie w imię prawa z byle powodu odbiera się dzieci, przekazując je do rodzin obcych językowo, kulturowo i religijnie, nie patrząc na cierpienie, jakie wyrządza się tym bezbronnym istotom i ich rodzicom. Celowo zestawiłem tutaj te dwie różne formy przemocy, by uzmysłowić, że to, co szokuje nas, Polaków, wcale nie musi oburzać Niemców czy Szwedów. Jak więc rodzi się w nas wrażliwość i czy jest to proces powszechnie postępujący? Czy działa tu wyłącznie kulturowo kształtowana empatia, czy też większą rolę odgrywa system indywidualnie przyjętych wartości? Co sprawia, że dostrzegamy w kimś osobę, a w zwierzęciu istotę godną szacunku?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Psychologia

 

Między pychą a cieniem istnienia

30 maj

2017_05_kości-przemijanie-pokoraJaki ślad został po minionych światach? Buki mnogością rąk wzniesione ku niebu – lub w dramatycznej ekspresji zdeformowane? Czasem kość zabieleje… Iluzje stabilności doraźnego bytu.

Pokora jest źródłem naturalności - pycha czyni człowieka sztucznym. Pokora żyje nadzieją, że niedoskonałość pełnią jest w Chrystusie. Stąd łatwo zadowala się zwyczajnością. Pycha goni za czymś nadzwyczajnym, szukając czegoś, co dotąd nie zaistniało. Jak pisał Merton: Człowiek używający dóbr tego życia z prostotą i wdzięcznością przyczynia się bardziej do chwały Bożej, niż nerwowy asceta, którego niepokoi każdy szczegół własnych wyrzeczeń.” Ascetyczna neuroza przejawia się często w postaci dostrzeganych wszędzie pokus, które miałyby przenikać całe stworzenie na podobieństwo sideł, na każdym kroku zastawionych na człowieka. Takie podejście tworzy groteskowy obraz świata i Stwórcy. Obraz, który dla jednych staje się powodem do porzucenia wiary, jako zbioru naiwnych mitów wzniesionych na bagnie pierwotnego lęku, dla innych zaś jest przyczyną religijnych obsesji i chorego rygoryzmu.

A przecież już sama opowieść Księgi Rodzaju wskazuje nam prawdę podstawową, że świat został stworzony nie jako mroczna dżungla, lecz raj – sama natura nie może więc być skażona złem. To tylko jej postrzeganie stało się mocno zniekształcone. Dlatego można powiedzieć, że choroba grzechu pierworodnego nie wniknęła w istotę bytu, lecz w sferę ludzkiej relacyjności. W niej trzeba szukać takich pojęć, jak piekło, czyściec czy niebo – te formy rzeczywistości nie mogą istnieć na zewnątrz relacji, ale w samym jej rdzeniu. Psychologia mówi nam, że złodziej zawsze będzie widział w drugim człowieku złodzieja, kłamca – kłamcę, a morderca – mordercę. Właśnie to staje się mechanizmem skażenia naszej relacyjności, od której trudno się uwolnić nawet po śmierci, bez zanurzenia w pokorze i ufności. Wracając do metaforyki raju, ten sam owoc może nam dziś przypominać o grzechu, budząc w nas lęki i pożądania – ale może też w sposób piękny opowiadać o pierwotnej harmonii stworzenia.

Płynąc okrętem, widzę tylko burtę, kawałek pokładu i pozostawioną na morzu smugę – nie mogę jednak objąć wzrokiem statku. Patrząc na świat, nie widzę własnych oczu. Mogę je ujrzeć tylko w odbiciu przedmiotów lub w oczach innych ludzi. Ten paradoks bliskości dotyczy również duszy, którą mogę doświadczyć jedynie w relacjach z otaczającym światem. Słowa i czyny to smuga, którą za sobą ciągnę – która jednak już do mnie nie należy, a jej piana niebawem rozpłynie się w oceanie. I tu znów odwołam się do Mertona: „Przyczyną, dla której ludzie tak gwałtownie chcą patrzeć na siebie, zamiast zadowolić się tym, że są sobą, jest brak wiary we własne istnienie.” Tak, myślę, że to jedyne źródło potrzeby ciągłego potwierdzania swego JA w postaci przeróżnych „selfie”. Chcę doświadczać siebie w efektach swoich działań, w dorobku życia, w reakcji innych na moje osiągnięcia. Gdy jednak cień bierzemy za rzeczywistość, wpadamy w pułapkę bałwochwalstwa lub nihilizmu – raz widząc w tym cieniu nieograniczone możliwości, innym razem wpadając w głęboką frustrację, że wszystko to jedna iluzja.

 

Obumieranie świata – i nadzieja cudzych butów…

12 mar

2017_03_stare_buty_Obumieranie starych chałup na Strwiążku (dzielnica Ustrzyk Dolnych)

Bywa czasem, że jakieś oczywiste słowa w konkretnym momencie przemówią do nas mocniej. Tak było dziś z dwoma, zupełnie osobnymi zdaniami papieża Franciszka, który przed chwilą powiedział: „Jeśli ktoś z Chrystusem umiera, z Chrystusem zmartwychwstaje”. Przypomniało mi się też, że kiedyś, przy innej sposobności powiedział też: „Aby komuś pomóc, trzeba wejść w jego buty”. Kiedy nad tym myślałem, te dwa osobne zdania połączyły się w jedno…

Pierwsze przesłanie otwiera nas na istotę umierania. Nie tylko tego ostatecznego, w sytuacji granicznej - ale też tego, które się w nas każdego dnia dokonuje. Czasem to rezygnacja z prawa do czegoś, z własnego zdania, z bycia „kimś” w oczach innych. To gotowość zapomnienia o sobie – bo tylko w takim formacie dokonuje się dobro. Jak bardzo przeszkadza w tym świadomość własnego „ja”, może dać wyobrażenie sytuacja, gdy np. czytając książkę, próbujemy myśleć o procesie czytania – nie ma siły, by nie zgubić wtedy wątku.

W drugim przesłaniu buty stają się obrazem odmiennych przyzwyczajeń, pragnień i wyobrażeń, jakie nosi w sobie drugi człowiek. Aby wejść w „cudze buty”, muszę więc zostawić na boku własne, wygodne obuwie. A wdziać buty, które nie zawsze będą miłe – czasem stare, zniszczone, przesycone niemiłym zapachem i dopasowane już do zupełnie innej stopy… Zanim wejdę w czyjeś buty, muszę stać się bosy – bezbronny i obnażony, muszę wejść w kontakt z surową ziemią, narażony na ciernie i błoto…

 

Relacja przełamująca separację…

05 mar

2017_03_Beksinski_relacje_separacjeRelacyjność wobec radykalnej separacji śmierci (na bieszczadzkich nagrobkach) i separacji światów wewnętrznych (na obrazach Beksińskiego)

Gdy zadałem komuś pytanie „co to znaczy żyć w dobrej relacji?”, otrzymałem odpowiedź „to proste – być życzliwym dla kogoś”. Taka odpowiedź prowokuje jednak do następnego pytania: „co to znaczy dobrze komuś życzyć?” Czy nie bywa często tak, że to JA wiem, co dla kogoś jest dobre – i według tej „wiedzy” spełniam czyjeś życzenia? Czuję się wtedy życzliwy – a że ktoś tej życzliwości nie potrafi docenić, to już nie mój problem. Tak często w tej naszej „życzliwości” się rozmijamy, że wyraźnie brakuje w niej czegoś zasadniczego. Może zwykłej otwartości, by najpierw poznać, co dla drugiej osoby jest ważne? Jaka jest jej wrażliwość? W jaki sposób widzi i czuje ten świat?

Bez uważnego wsłuchania się w czyjś głos, nawet najbardziej wyrafinowane formy dogadzania staną się tylko zakamuflowanym egoizmem. Wyrażać się one będą w apodyktycznej „posłudze”, która dla obiektu tych starań będzie tylko formą osaczenia i zniewolenia, a dla osoby dogadzającej - balastem próżnych wysiłków i źródłem rozdrażnienia z powodu „niewdzięczności”. Co jednak sprawia, że tak często realizujemy tylko własną WIZJĘ „uszczęśliwiania” drugiego człowieka? Myślę, że przyczyna tkwi w dwóch płaszczyznach: egzystencjalnej, wynikającej z radykalnej separacji między naszymi światami – i aksjologicznej, wyrażanej w braku woli wniknięcia w świat drugiej osoby. A wpływ mamy tylko na tę ostatnią.

Jedynie wsłuchując się w czyjeś pragnienia, w ten swoiście odmienny sposób przeżywania rzeczywistości, możemy dostroić swą empatię do wrażliwości drugiego człowieka. Z jakim zdumieniem odkrywamy wówczas, że prawdziwa życzliwość nie wymaga rzeczy wielkich, bo już sama próba zrozumienia staje się spełnieniem podstawowego pragnienia. Wysłuchanie jest ważniejsze od usługiwania – tak jak postawa Marii u stóp Jezusa ma głębszy wymiar, niż cała krzątanina Marty. Wewnętrzna radość powstaje tylko wtedy, gdy udaje się przezwyciężyć radykalną separację – gdy zamknięta monada człowieka otwiera okno na drugą monadę, by choć przez moment gościć w jej wnętrzu, zapraszając ją też do siebie. I chyba właśnie to uczucie jest przedsionkiem stanu, który nazywamy „niebem”?

 

Renesans tematyki wojennej czy próba przenicowania wartości?

11 lut

2017_02_RELATYWIZACJA_WINYOkładki gier i książek o tematyce wojennej (przykładowe fotografie wybrałem z internetu)

Chyba każdy już zwrócił uwagę, że z jakimś zadziwiającym nasileniem reklamowane są coraz to nowe gry wojenne z tematyką II wojny światowej. Na księgarskich półkach pojawiają się stosy książek, tych historycznych i tych beletrystycznych, których okładki epatują nazistowskimi mundurami. Nie brakuje też filmów o fenomenie niemieckiej hegemonii – czy też o dramatycznych bohaterach tamtych czasów. Przedstawia się ich w ten sposób, by w czytelniku wzbudzić empatię, a nawet próbę zrozumienia zbrodniarzy – jak też uniewinnienia tych, którzy biernie lub czynnie ich wspomagali. Nie twierdzę, że dla wielu ówczesnych obywateli „wielkich Niemiec” ten okres nie był traumą – zastanawiam się jednak, jakie są podstawy tego zadziwiającego renesansu wojennej tematyki (po 72 latach od zakończenia wojny!) – i jak dalece odbiegliśmy od jednoznacznej oceny tych czasów?

Filmowcy, pisarze czy twórcy gier komputerowych skwapliwie korzystają z zapotrzebowania na tematykę wojenną. Skąd się jednak bierze samo zainteresowanie życiorysami zbrodniarzy, siłą demonicznego zła, hekatombą ofiar i apokaliptycznym rozmiarem zniszczenia?  Czy nie powinny nas bardziej inspirować życiorysy twórców i myślicieli – budowniczych naszej cywilizacji oraz dzieła, jakie po sobie pozostawili?… Mam wrażenie, że w naszej zbiorowej podświadomości (zwłaszcza w narodach obciążonych tą bolesną przeszłością) zachodzi jakiś proces banalizacji zła. Dzieje się tak poprzez przełożenie jego metafizycznej siły na mechanizmy psychologii, ogromu spustoszenia – na fascynację strategią, poczucia winy – na różne formy usprawiedliwienia…

Rozmyciu ulega historyczna odpowiedzialność za zło – hitlerowcy, podobnie jak sowieci, coraz częściej odrywani są od ich narodowych korzeni, a ich czyny przedstawia się chętnie w kategoriach następstw uwarunkowań politycznych, społecznych czy psychologicznych. To pozwala zgrabnie żonglować rolami katów i ofiar. Sama istota winy przecieka gdzieś między palcami – trudno już w jednoznaczny sposób wskazać krzywdzicieli i pokrzywdzonych, najeźdźców i oprawców, bo wszyscy byli na swój sposób „ofiarami”. Wobec braku winnych trzeba jednak w sposób czytelny zasugerować przyczynę tego bezmiaru krzywd. W powietrzu unosi się więc fałszywy przekaz, że zło drzemie w narodowej tożsamości, stając się pochodną zbyt poważnego podejścia do honoru i patriotyzmu. Człowiek zostaje w ten sposób uwolniony od winy, która spada na tradycyjne wartości – a te, niczym ofiarne kozły obciążone grzechami ludzi, zostają wypędzone poza mury cywilizacji.

 

W kainowym mroku…

04 lut

2017_02_Kain

„Kain, Abel i Adam” – William Bouguereau (1888) oraz “Kain i Abel” – Pietro Novelli (1630) – w środku: stary, bieszczadzki buk, który był pewnie świadkiem niejednego…

Czy podział na Abla-pasterza i Kaina-rolnika mówi nam o jakiejś ukrytej prawdzie? Dlaczego Bóg nie chciał spojrzeć na ofiarę Kaina? Bóg mówi do niego: „gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną”. Czyli grzech starszego brata miał początek nie tylko przed samym dokonaniem zbrodni, ale nawet przed złożeniem ofiary. Jego źródłem nie była więc odmowa jej przyjęcia, ale coś znacznie głębszego, co tkwiło w sercu Kaina. Co symbolizują „wrota” w słowach Boga: „grzech leży u wrót i czyha na ciebie”? Czy owe „wrota” nie są prapoczątkiem aktu woli, kiedy to człowiek decyduje się na wpuszczenie do swego serca zazdrości lub pożądania? Czy sama zbrodnia nie jest już tylko zewnętrzną ekspresją tego pierwotnego aktu?

Gdy Bóg pyta Kaina, gdzie jest Abel, pada znamienna odpowiedź „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” – słowa świadczące o zerwaniu nici odpowiedzialności za brata. Co to znaczy, że ziemia Kaina nie wyda już plonu? Przecież wiemy, że złoczyńca często osiąga większy „plon” od człowieka dobrego. Ale czy potrafi się nim prawdziwie cieszyć? Czy brak plonu nie dotyczy duchowego wymiaru „plonowania”? Przecież sam Kain mówi „każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!” – jego sumienie skazuje go na wieczny lęk. To sumienie jest prawdziwą ziemią wygnania „na wschód od Edenu” . I to ono stwarza glebę jałową, która nie może już wydać plonu radującego serce.

Ale Bóg nie chciał zemsty na Kainie, ogłaszając też, że: „ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie”. Dlaczego bratobójca Kain był przez Boga chroniony – a inny zabójca miałby ponieść karę siedmiokrotną? Warto tu jednak zauważyć, że Bóg nie mówi, iżby sam miał być mścicielem. Źródłem każdej pomsty jest również sumienie – to ono rodzi lęki i wszelkie niepokoje. Człowiek sam na sobie szuka wyroku za zło, które wyrządził. Sam też próbuje to prawo zemsty stosować na innych, z każdym aktem kolejnego odwetu biorąc na siebie jeszcze większe jarzmo – oddalając się coraz dalej od Edenu, na ziemie jeszcze bardziej cierniste i jałowe. W jakim wymiarze tragedia Kaina dotyka każdego z nas?…

 
 

Z Orfeuszem i żoną Lota – przez polską historię i współczesność

05 lis

2016_11_OrfeuszOrfeusz pośród naszych hucułów w Wołosatem… ;)

Mity mają to do siebie, że domagają się nie tylko ciągłej reinterpretacji (stanowiąc tym samym wiecznie otwartą księgę), ale też można je odczytywać na coraz to nowych płaszczyznach. Wczoraj myśli moje krążyły wokół bolesnych losów Polski. Nie mogąc się od nich uwolnić, wziąłem do ręki mitologię, natrafiając po raz kolejny na opowieść o Orfeuszu i Eurydyce. Kiedy Orfeusz wyruszył do hadesu po zmarłą żonę, pięknem swej gry zdołał przekroczyć wszystkie możliwe granice. Mógł ją wszak wyprowadzić z czeluści śmierci pod jednym warunkiem  - nie odwracając się za siebie. Wiemy, że nie wytrzymał – spojrzał na ukochaną, tracąc ją bezpowrotnie.

Gdy jako naród próbujemy żyć wyłącznie tęsknotą za utraconą potęgą i dawnymi dziejami – historią minioną, więc pozostającą w podziemiu naszej świadomości – popełniamy błąd Orfeusza. Konsekwencje również mogą być podobne. Ulegając hipnotycznej mocy przeszłości, wypadamy z kolein teraźniejszości, tracąc również swą przyszłość… Oczywiście historia Polski jest tak bogata, że warto  do niej sięgać – w budowaniu narodowej tożsamości, w uczeniu się na błędach minionych pokoleń. Ale poddając się biernie narodowej nostalgii, nazbyt często wpadamy w pułapkę MELANCHOLII lub MEGALOMANII – to dwa bieguny równie silnej destrukcji, osadzone na tej samej planecie, którą można by nazwać „Orfeusz”.

Podobnie rzecz się ma z biblijnym mitem o Locie i jego żonie – motyw niemal identyczny, choć tutaj nie Lot obejrzał się za siebie, lecz jego żona. Nie wiemy, co nią powodowało – bardziej ciekawość czy może tęsknota? Gdy spojrzała na zgliszcza Sodomy, zamieniła się w słup soli – co również odczytuję jako obraz przywiązania do tego, co było – ale także symbol pozostania w świecie materii, pozbawionej ducha. Dziś zapewne można by w tym wymiarze wskazać wiele takich „żon Lota” – podobnie jak wiele po świecie chodzi „Orfeuszów”.  Kto wie, jak często sam nim bywam?

 

Światła i cienie jungizmu

10 wrz

2016_09_dziuplaJaworowe dziuple mają w sobie coś tajemniczego – dają schronienie, ale też inspirują do wędrówki w świat metafor…

Koncepcja nieświadomości Carla Gustawa Junga pociągała mnie zawsze swą metaforyczną siłą, która obrazuje życie człowieka na podobieństwo drzewa z szeroko i głęboko zapuszczonymi korzeniami, mrocznymi dziuplami (które też udzielają schronienia) i wysoko rozpostartymi konarami świadomości. Korzenie czerpią ze wspólnych warstw kolektywnej nieświadomości. W pniu następuje ekspresja (ujawnienie) tego potencjału – z zachowaniem sfer nieuświadomionych (dziuple), zaś w koronie drzewa otwiera się nasza świadomość, która jest pochodną słońca i ziemi (pierwiastka duchowego i materialnego). Jaźń stanowi całe drzewo, którego widocznym aspektem jest „ego” (pień i korona). Nieuświadomione podziemie może generować w człowieku kompleksy i nerwice – ale i one mogą pełnić ważną rolę, wyrywając człowieka z kolein jałowego konformizmu. Są niczym dziuple, które powstają po zranieniach i wypróchnieniach, ale prowadzą do zabliźnienia, tworząc kryjówki przed światem.  To takie moje, laickie i osobiste postrzeganie Junga przez pryzmat nasuwających się skojarzeń. Spójrzmy jednak na to, jak sam to wszystko formułował…

Choć kontynuował szkołę psychoanalizy Freuda, odcinał się od freudowskiej obsesji na punkcie seksualności. Przenosząc pojęcie „energii psychicznej” na płaszczyznę znacznie szerszą, obejmującą nieświadomość indywidualną, zakorzenioną w nieświadomości zbiorowej, która tworzy podglebie do rozwoju kultur. Badania swe często opierał na introspekcji, wnikając we własne pokłady nieuświadomionych uczuć, emocji i popędów – czuł jednak duży respekt do tej ukrytej sfery, pisząc o niej: „gdybym zatrzymał się na swych emocjach, to treść nieświadomości rozerwałaby mnie na strzępy”. Dlatego wizualizował te wędrówki w obrazach i rzeźbach. Człowiek znajduje się w nieustannej interakcji między świadomością a nieświadomością – napięcie między tymi potencjałami generuje „energię psychiczną”. Charakter zachodzących tu procesów zależy od „typu postawy” – introwertycznej lub ekstrawertycznej, co widoczne jest również w różnicach kulturowych (np. ekstrawertyzm Zachodu i introwertyzm Wschodu). Na typ postawy nakładają się cztery funkcje psychiczne: myślenie, uczucie, intuicja i doznanie. Spośród nich zawsze tylko jedna jest wiodąca, dwie spełniają funkcje pomocnicze, a czwarta tonie w nieświadomości. Kombinacje te prowadzą do ośmiu charakterów człowieka.

Wreszcie wytworem nieświadomości kolektywnej są archetypy, które przejawiają się w postaci rozlicznych symboli i personifikacji, wizualizując bardzo bogatą treść tego, co ukryte. Jestem wdzięczny Jungowi, że potrafił przezwyciężyć freudowskie schematy i seksualne uproszczenia, ale i u niego zaczynają się pojawiać nadmierne redukcje treści do płaskich psychologizmów, które sprawiają wrażenie, że choć Jung śmiało zmierzał w kierunku transcendencji, to w ostatecznym rozrachunku próbował z nią uniknąć konfrontacji. Jego teoria niesie jednak wiele pozytywnych konsekwencji dla współczesnej psychologii. Słynny polski psychiatra, Antoni Kępiński, dzięki koncepcji Junga zwrócił uwagę na powiązania schizofrenii z filozoficznym poszukiwaniem. Zaś Ronald Laing poszedł jeszcze dalej, postulując konieczność traktowania schizofreników nie jako przedmiot leczenia, ale jako podmiot prowadzenia – przechodząc od ich degradacji do inicjacji (chodzi o inicjację ich wewnętrznej drogi). Terapeuta miał im odtąd w tej trudnej drodze towarzyszyć, pomagając oddzielać rzeczywistość wewnętrzną (nieświadomość) od zewnętrznej (obiektywnie uświadomionej). Psychoza daje dostęp do doświadczeń transcendentalnych – pisał Laing – a pełnię zdrowia można odnaleźć tylko w tymże transcendentalnym wymiarze. Natrafiamy tutaj na niezwerbalizowane, aczkolwiek wyraźne związki jungizmu z okazjonalizmem Malebranche’a – ale to już temat na osobną myśl, wkraczającą w przestrzeń wiary.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Psychologia, Życie

 

Nie „istota rzeczy” a osoba istoty…

18 lip

2016_07_trzy-potoki_trzy-osobyTrzy potoki na wschodnich stokach Rozsypańca…

Tak często poszukujemy prawdy o bycie, wskazując na różne koncepcje „istoty rzeczy”, że można się już w tym wszystkim zagubić – popadając w nihilistyczny relatywizm lub cyniczny pragmatyzm. Poszukując filozoficznego kamienia lub religijnej „czystości wiary” ludzie popadali w zaciekłe spory, które tak często prowadziły do samowyniszczenia, niejednokrotnie w imię najwyższych wartości, że wielu zwątpiło w istnienie Prawdy. Co ciekawe, w sporach tych tworzyły się koalicje, które z czasem traciły z pola widzenia ową „istotę rzeczy”, używając jej jedynie jako maczugi do wzajemnego okładania się po głowach. Filozoficzne i teologiczne frazesy stosowano w sposób bezkrytyczny i bezrefleksyjny. W koalicjach takich człowiek nabiera zadziwiającej skłonności do wyszukiwania błędów u wroga, jak również do wybielania swoich stronników, znajdując dla nich przeróżne usprawiedliwienia – bez względu na racjonalną ocenę faktów. Czy taka skłonność świadczy o braku obiektywnej prawdy, czy też może o tak upadłej naturze człowieka, iż nie jest już w stanie do tej prawdy sięgać? A może istnieje jeszcze odpowiedź trzecia?…

Argentyński pisarz Jorge Borges w swej historiozoficznej powieści „Teologowie” przedstawia dwóch zaciekłych oponentów religijnych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Konflikt między nimi narósł już do takich rozmiarów, że wydawało się, iż tylko jeden mógł mieć rację – a drugi, sądząc po ludzku, musiał być przez Boga potępiony. Jakież było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że Boga bardziej interesują owi teologowie, niż ich „teologiczne prawdy”. Jako katolik, wierzący w istnienie prawdy obiektywnej, nie chcę tu niczego relatywizować i rozmywać w potoku słów. Myślę jednak, że ta opowieść doskonale wskazuje na charakter niezmienności Prawdy i jej niezależności od naszego rozumu. Podczas gdy my tak często zanurzamy się w spekulacjach na temat natury rzeczy i roztrząsamy istotę moralnych praw, najważniejsze jest to, co się wówczas dokonuje w naszym sercu, tj. w samym rdzeniu naszej duszy. Personalistyczne podejście do wiary tchnie głęboką nadzieją, że wszelkie napięcia i różnice ostatecznie zostaną w Bogu przezwyciężone – i tylko w Nim może się to stać. To On sprawia, że pozorne sprzeczności i wszelkie paradoksy odsłaniają się jako inne perspektywy tej samej Prawdy.

Nauka sama w sobie pusta jest – nie istnieje prawda dla samej prawdy. Nie ma istoty rzeczy i sensu bycia poza doświadczeniem OSOBY, która staje się jedynym weryfikatorem Prawdy. Troska o osobę, która na trwałe wpisana została w zachodnie rozumienie praw człowieka, wynika właśnie z tego personalistycznego odniesienia. A ono z kolei zrodziło się na gruncie teologicznego dogmatu o Trójcy Świętej. Jakkolwiek może to się dziwne dziś wydawać, to właśnie ta prawda teologiczna zrodziła szacunek do osoby jako takiej – pomijając wzgląd na jej urodzenie, intelekt i przydatność. Wzajemna relacja Trójcy stała się obrazem najwyższego dobra i szczęścia, które jest wewnętrzną rzeczywistością jedynego Boga. Paradoks nie do przeskoczenia dla ludzkiego umysłu, staje się intuicyjnym drogowskazem do jedynej Prawdy o człowieku i o całym świecie. Ojciec, Syn i Duch – trzy osoby, trzy twarze, trzy kategorie relacji, trzy tajemnice – w jednym Bogu. Paradoks, który może być przezwyciężony tylko w ostatecznym Spotkaniu…

 

Wieczność, wolność, kreatywność…

12 lip

2016-07-Torfowisko-rosiczka-RELACYJNOŚĆ Moja „zielona murawa” ;) na torfowisku w Wołosatem podczas sadzenia rosiczki – stanowisko przy kładce do celów edukacyjnych… Czy każda nasza czynność i każda pasja ma swoje drugie dno?

Trener Portugalii, która niespodzianie wygrała Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, otwarcie wyznał, że inspirację znajduje w zmartwychwstałym Chrystusie. Zastanowiło mnie to, jak wygląda życie wieczne w wyobrażeniu kogoś, kto całe życie poświęcił jednej pasji? Czy rajem dla niego jest piłkarska murawa? A może wolność i kreatywność, jakiej doświadcza każdy pasjonat, staje się rzeczywistością w czystej postaci? To znaczy taką, która nie wymaga już materialnej oprawy, a która za życia znajduje w tej oprawie jakiś przedsmak wieczności?

Innymi słowy: czy materia jest tylko tworzywem, za pomocą którego na różne sposoby wyrażamy coś, co bez niej w warunkach egzystencjalnych byłoby niewyrażalne? Niezaangażowanemu obserwatorowi futbol może wydawać się tylko bezsensownym bieganiem za nadmuchanym pęcherzem. Sam nigdy nie byłem pasjonatem piłki, ale zawsze ciekawił mnie ten fenomen. Próbowałem zrozumieć tych, którzy świata poza piłką nie widzą – dotyczy to również każdej innej pasji.

Jedynym rozwiązaniem tej zagadki wydaje mi się właśnie takie tłumaczenie: cała materia, jak też towarzyszące jej z naszej strony prozaiczne czynności, w określonych okolicznościach stają się ekspresją ducha i ożywieniem relacyjności. Tak naprawdę w sporcie nie liczy się żaden wynik, forma czy sława – ale nasza relacja do świata, do innych i do samego siebie. To ona staje się zapowiedzią Relacji, której jeszcze do końca nie znamy i nie rozumiemy, a która zdaje się być sensem całego istnienia…

 

Czy różniąca się interpretacja zjawisk musi się wzajemnie wykluczać?

05 lip

2016_07_GRAD-LILIABurza i gradobicie w Wołosatem po dokuczliwym upale – i kruche piękno lilii złotogłów tuż przed burzą na Połoninie Bukowskiej…

Istnieją różne formy pamięci i historii, z których wyodrębniłbym szczególnie trzy: 1) FAKTOGRAFIĘ – powszechnie zwiemy ją historią, jej zadaniem jest obiektywne gromadzenie wiedzy o minionych wydarzeniach. Ten rodzaj pamięci wymaga maksymalnego dystansu emocjonalnego – wygaszenia wszelkich subiektywizmów i jednostronnych komentarzy; 2) WSPOMNIENIA – to również historia, tylko o charakterze bardzo osobistym. Taką historię poznajemy zwykle w naszych rodzinach lub kontaktach z osobami starszymi. Bardzo lubię czytać pamiętniki, które przeniknięte są subiektywnymi odczuciami i refleksjami – czyjeś wspomnienia wnoszą w historię coś, co pozwala nam ją na nowo przeżywać przez pryzmat konkretnej osoby. Wreszcie poziom 3) MITOLOGIA – to historia pamięci zbiorowej, często świadomie lub nieświadomie zdeformowanej, przybierającej postać metaforyczną lub mocno wyidealizowaną. Tutaj poznajemy społecznie utrwalone przekonania, pragnienia czy wyobrażenia. Mitologia nigdy nie jest kłamstwem – pod warunkiem, że potrafimy ją oddzielić od faktów.

Każdy z tych trzech poziomów historii opowiada nam jakąś prawdę, odsłaniając przed nami istotę samych zdarzeń, albo też koncentrując się na osobistych wspomnieniach lub zbiorowych wyobrażeniach. Problemem nie jest ani jednostronny subiektywizm (towarzyszący historii wspomnieniowej), ani deformacja obecna w zbiorowym idealizowaniu zdarzeń lub postaci. Prawdziwy zgrzyt rodzi się tam, gdzie próbujemy ze sobą rozmawiać, obierając za punkt wyjścia różne płaszczyzny i usiłując je sobie wzajemnie narzucać. Można to dostrzec w tak drażliwych tematach, jak stosunek do UPA czy do historii Solidarności. Ale by uniknąć niepotrzebnych emocji, które mogłyby przysłonić istotę rzeczy, weźmy przykład bardziej neutralny – dotyczący powyższych zjawisk. Ktoś powie, że ów grad jest aktem zazdrosnego Płanetnika, który zesłał gradową chmurę wraz z burzą jako wyraz gniewu za naszą niefrasobliwość. Ktoś inny wyśmieje takie tłumaczenie, starając się naukowo przedstawić proces powstawania gradu w cyklicznie wstępujących ruchach powietrza. Znajdzie się też trzeci człowiek, który westchnie, że za jego czasów stawiało się w oknie gromnicę, a bukiet lilii ofiarowało się Matce Bożej – dziś już nikt tego nie robi, więc żywioły niszczą ziemię… Czy tylko jeden z nich będzie mówił prawdę?

Przyznając rację każdej z powyższych wypowiedzi, wcale nie muszę wchodzić na grunt sprzeczności czy relatywizmu. Wystarczy, że oddzielę od siebie poszczególne płaszczyzny. Prawda mitologiczna mówi o naszych lękach i pragnieniach na sposób wierzeniowy i metaforyczny. Dojrzała mitologia staje się poezją, która odkrywa przed nami świat duchowych wartości i międzyosobowych relacji, tłumacząc w tym języku również stosunek do otaczających nas zjawisk. Historia wspomnieniowa przekazuje nam prawdę o wewnętrznym świecie minionych pokoleń – aby je zrozumieć, nie sposób pomijać ich stanu wiedzy i wyobrażeń. Nie można też oddzielać ich życiowej postawy od wiary, którą żyli. Wreszcie faktografia daje nam w miarę obiektywny opis zjawisk – ale pozbawiony emocji, pragnień i fantazji, przez co jest on uboższy o czynnik czysto ludzki… Czy można zadowolić się tylko jednym sposobem przedstawiania historii? Pytanie wcale nie jest takie abstrakcyjne, zważywszy, jak często zdarza nam się dziś wkraczać na płaszczyzny mitologii i subiektywizmu, myląc je z obiektywnym stanem rzeczy. Ulegamy wzajemnym niechęciom, potęgując narodowe i religijne napięcia, nie próbując głębiej wejść w motywy czyjegoś przeinaczania zdarzeń. Czy zawsze musi ono płynąć ze złej woli?

 

Iluzja przemijalności…

19 maj

2016_05_Czaszka_jelenia_3

Dzisiejsza czaszka jelenia podczas leśnego monitoringu była swoistym przyczynkiem do rozmyślań nad życiowym vanitas…

Lęk przed utratą wolności, godności, miłości, radości, płodności, stabilności – to jedne z podstawowych lęków, które nas na co dzień nękają, a które płyną z iluzji. Dzieje się tak zawsze, gdy egzystencja rości sobie prawa do wartości zarezerwowanych wyłącznie dla przestrzeni transcendentalnych. Przemijalność ubiera się wtedy w szaty nieśmiertelności. Czym dokładniej jest każdy z tych lęków? Zacznijmy od końca…

STABILNOŚĆ to ułuda niezmiennej trwałości – płynie z przekonania, że życie można zalać w bursztynie (owszem, można, tylko wtedy każda zalana muszka staje się tylko obrazem życia, ulegając niechybnej śmierci). PŁODNOŚĆ to potrzeba samorealizacji, spełnienia i przekazania siebie innym – nie tylko na płaszczyźnie biologicznej - dla człowieka liczy się przede wszystkim płodność w zakresie kreatywnym, intelektualnym, społecznym, rodzinnym itd. Kiedy boimy się utracić MIŁOŚĆ, to znak, że przestajemy rozumieć, czym ona w istocie jest – nie można przecież stracić woli obdarowywania innych, jeśli się tego nie chce. Lęk przed utratą RADOŚCI to obawa przed jarzmem i nudą. Troska o własną GODNOŚĆ to brak wiary, że ona jest wartością niezbywalną i niezależną od innych. I wreszcie lęk o własną WOLNOŚĆ płynie stąd, że na ogół mylimy wolność z nieskrępowaną swobodą. A przecież można się cieszyć nieograniczoną swobodą i nie być człowiekiem wolnym, jak też na odwrót – cieszyć się wolnością w ciemnej i ciasnej celi…

Wszystkie nasze lęki są produktami demonów iluzji. To ona roztacza przed nami obrazy nieśmiertelności, by następnie wymóc na nas postawę nieustannych starań o jej utrzymanie – tak jakby samo pojęcie nieśmiertelności nie było sprzeczne z koniecznością jej obrony. Nie muszę niczego bronić, bo to, co mam, jeśli mam, nie jest moje – a to, co mogę otrzymać, ma wartość tylko o tyle, o ile istnieje poza czasem, poza dyktatem egzystencji. Przemijalność uczy mnie żeglowania i dryfowania – oraz umiejętności rozróżnienia jednego od drugiego.

 

Ogród duszy – między rajem a niebem

08 maj

2016_05_ogrody_Jabłoń

Kwiaty i owoce mojego ogrodu, dziś i jesienią – oraz owocujące konary drzewa na ustrzyckim witrażu…

Nie znam hebrajskiego, ale w mądrej książce* wyczytałem, że słowo „ogród” występuje w Biblii w dwojakim znaczeniu – jako „gan”, czyli obfitość  zieleni odgrodzona od skał i piasków murem, tłumaczona często jako „raj” – i pardes, czyli wypielęgnowany park otaczający pałac (co w greckiej Septuagincie zostało również przetłumaczone jako „raj” – przez podobieństwo słowa do gr. „paradeios”. Tak czy owak ogród stał się synonimem wprzódy panującej harmonii i szczęścia – zaś jego zniszczenie było obrazem kary za wystąpienie przeciwko ustanowionemu porządkowi świata (Jl 2,3, Am 4,9).

Symbolika wpisana w wyobrażenia związane z ogrodem dotyczyła też pojedynczej osoby. Nawodniony ogród to człowiek zbawiony, o czym mówi Izajasz: „Będziesz jak zroszony ogród” (Iz 58,11). Podobnej metafory używa Jeremiasz: „Życie ich będzie podobne do zroszonego ogrodu” (Jr 31,12). Co ciekawe, ogród stał się też, jak dobrze wiemy, miejscem męki – przynoszących obfity owoc cierpień i ostatecznej przemiany w zmartwychwstaniu. Chodzi o słynne Getsemani. W ogrodzie znajdował się przecież grób Jezusa, stąd Maria Magdalena w pierwszej chwili wzięła Zmartwychwstałego za ogrodnika.

Tak więc biblijny Adam z ogrodu wyszedł – i do ogrodu powrócił. Wszak odwieczna tradycja Jezusa zwie drugim Adamem. „Encyklopedia tradycji i legend żydowskich” podaje, że w Edenie każdy ziemski kształt ma wyryte swe odbicie. Ogród jest tu więc obrazem całego stworzenia przed jego skażeniem. Podobną klamrą spinającą początek i koniec – pierwotny raj i wyczekiwane niebo – jest „nowe Jeruzalem” w Apokalipsie, przez które przepływa krystaliczna rzeka – i w którym rosną owocowe drzewa (Ap 21,1-2). Może więc warto zanurzyć  się w naszych ogródeczkach i ogrodach z myślą o tej nieskażonej harmonii, której obraz kryje nasza podświadomość ?

* Polecam tu książkę Barbary Szczepanowicz „Rośliny biblijne”, wyd. Petrus, Kraków 2014.

 
 

Kamienie na drodze relacyjności

17 mar

2016_03_Kosma i Damian - Piotr i Paweł - Cyryl i Metody

Bieszczadzkie miniaturki  na szkle: Kosma i Damian, Piotr i Paweł, Cyryl i Metody

Rosnący pośpiech i powierzchowność relacji sprawia, że wyrażanie myśli i odczuć bywa często nieprecyzyjne i skrótowe, nasycone specyficznymi skojarzeniami (dla każdego nieco innymi – czasem diametralnie odmiennymi), a także obarczone metaforami, które nie dla każdego są czytelne.  Ciekawym doświadczeniem, dostępnym dla każdego, jest introspekcyjna próba dogrzebania się do korzeni własnych emocji. A konkretnie do tego, co nimi zarządza poza naszą wolą i poza intencjami drugiej osoby. Na ile słowo staje się dla nas MOSTEM, a na ile MUREM?

Mówię np. „jesteś agresywny” – to jawna ocena nie tylko czyjegoś zachowania, ale całej osoby. Z góry można więc powiedzieć, że jest niesprawiedliwa, bo żaden człowiek nie może być w całości oceniony przed pryzmat jednej sytuacji czy nawet jakiejś dłuższej sekwencji zachowań. Lepiej więc brzmieć będą słowa: „Twoja postawa jest dosyć agresywna” – tu już nie oceniam osoby, lecz słowa, czyny, bieżącą postawę. W ten sposób moja uwaga skierowuje się na charakter relacyjności, a nie na wartościowanie osoby. Jednak i tutaj można napotkać na emocjonalny odpór…

Tak więc chyba najlepiej jest wyrazić to przez pryzmat własnego odbioru: „odnoszę wrażenie, że moje słowa wywołują w tobie agresję”. Tu już nie oceniam nawet postawy, ale mówię wyłącznie o własnych ODCZUCIACH, które przecież mogą się mylić. W ten sposób przyznaję też, że nie jestem arbitrem, lecz subiektywnym odbiorcą, podatnym na różne zniekształcenia odbioru i błędne interpretacje. Niech ta krótka myśl będzie jakimś przyczynkiem do rozważań nad mechanizmami naszej emocjonalności. Myślę, że ważnym kluczem do głębszego wejścia w ten problem jest dostrzeżenie podświadomego wartościowania osób przez ocenę subiektywnie przypisanych intencji…