RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Religie’

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Między światłem a mrokiem – życiem a teatrem…

01 sty

2016_12_JASKINIAJaskinia Platona – i nasze studenckie wyprawy (Jaskinia Kryspinowska, 1989 r.)

Obserwując cienie w „jaskini Platona”, człowiek nauczył się je w sposób drobiazgowy opisywać – i na różne sposoby interpretować. Poznanie prawdy wymaga woli ODWRÓCENIA (czy też w nazewnictwie religijnym – nawrócenia) – bo tylko wgląd w rzeczywistość ukrytą za naszymi plecami daje możliwość wejścia w rzeczywistość realną. Takie „odwrócenie” pozwala na powiązanie świata iluzji z tym, co faktycznie istnieje – odkrywając źródło oglądanego dotychczas „teatru cieni” w postaci światła i żywych postaci.

Ale spojrzenie w tył nie jest procesem łatwym – zniewolonych jaskiniowców ograniczają kajdany i lęk przed mrokiem, który ich spowija po lewej i prawej stronie (odwrócenie wymaga przejścia przez ciemność). Proces ten jest aktem woli – musimy chcieć się oderwać od teatru na ścianie – trzeba też pokonać lęk przed niewiadomą i zawieszeniem całej dotychczasowej wiedzy, na której oparliśmy dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa. Wiedzy, którą czerpiemy ze świata iluzji, rzutowanej przez cienie dochodzącego z tyłu światła. Zwrócenie twarzy ku ŚWIATU, czy ku ŚWIATŁU?

Tak więc WOLA poprzedza ZROZUMIENIE – bez ryzyka spojrzenia w mrok nie ma poznania Prawdy. Człowiek w swej historii podejmował różne próby uwolnienia się z przygniatającej go sytuacji jaskiniowego zniewolenia: od porzucenia wszelkiej materialności i zanegowania bytu cielesnego (orficy, platonicy, manichejczycy), poprzez wyłączenie cierpienia (epikurejczycy) i porzucenie własnych pragnień (stoicy) lub sądów (sceptycy, cynicy) – aż po rezygnację z wszelkich wysiłków i skupienie uwagi na samym „teatrze cieni” (materialistycznie ukierunkowani agnostycy i ateiści).

Różne odpowiedzi znajdziemy też w religiach. Judaizm próbuje uwolnić się od jaskini, negując indywidualne odczucia i opierając się na prawie (drogą afirmacji światła i jego radykalnego oddzielenia od człowieka), islam robi to odrzucając osobę człowieka i wynosząc „wolę światła” ponad wszelkie dobro, buddyzm – dystansując się do realności wszystkiego (światła, cienia, jaskini i człowieka). Tylko chrześcijaństwo zdołało rozpoznać w mroku tajemnicę ZŁA (i jego skutków w postaci iluzji), zachowując świadomość realności stworzenia, a zarazem uznając nierozerwalność światła od dobra…

 
 

Istota Prawdy – przez „P” jak PERSONA

07 paź

2016_10_Gromadzyn

Prawda jest jak ta góra, którą na co dzień widzimy w prostej bryle – dopiero mgły wydobyć z niej potrafią całą złożoność rzeźby, zakrywając inne fragmenty krajobrazu, do których tak bardzo przywykliśmy… Gromadzyń.

Dwie osoby jadą na wczasy, trafiając na ten sam turnus, do tego samego pensjonatu. Po powrocie jedna mówi, że pogoda była paskudna, hotel niewygodny, a obsługa nieprzyjemna. Relacja osoby drugiej jest dokładnie odwrotna. Czy któraś z nich kłamie? Nie, bo obydwie odnoszą się do swego odczucia, na które składają się fakty, ale już wewnętrznie przetworzone. I bynajmniej nie można tu mówić, że są różne prawdy. Taka analogia nasunęła mi się dziś po rozmowie na temat pewnego filmu historycznego o tematyce biblijnej, kiedy zetknąłem się z dwiema różnymi opiniami. Pierwszy rozmówca uznał, że film był nudny i kiczowaty. Druga osoba wskazała na różnorodność interpretacji historycznych – konkludując, że skoro jest ich tak wiele i tak bardzo od siebie odbiegają, to znaczy, że wszystkie je można włożyć między bajki. Dodam, że obydwie osoby bardzo szanuję, a ich opinie były dla mnie ważne nie tylko odnośnie filmu, ale przede wszystkim dlatego, że zainspirowały mnie do rozważań nad prawdą obiektywną.

Przenosząc powyższe historie na sferę duchową, żyjemy na rożnych płaszczyznach i poziomach, wlokąc za sobą worki rozmaitych doświadczeń i uwarunkowań. Bywają więc różnice w wewnętrznej konstrukcji, balaście, położeniu i duchowej dojrzałości. Ktoś może w pewnych sprawach być ode mnie bardziej zaawansowany i wymaga już innych bodźców do dalszego rozwoju. Może też mieć inną naturę – więc co innego będzie do niego mocniej przemawiać. Albo znajdować się w innym punkcie drogi, z którego widoczne są już inne szczyty. Błędem byłoby jednak z tego wyciągać wnioski o relatywności prawdy, bo przecież uczestniczymy w tej samej rzeczywistości zewnętrznej, choć nasze położenie sprawia, że dla każdego wygląda ona zupełnie inaczej… Dlaczego Jezus milczał na pytanie Piłata „co to jest prawda?” – czyżby uchylał się od odpowiedzi, bo rozmówca nie był jej godny? A może właśnie milczenie było w tej konkretnej sytuacji najlepszą odpowiedzią? Wcześniej przecież wyraził się na temat Prawdy do swych uczniów – w słowach równie trudnych dla nich do pojęcia: „Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem” (J 14,6)…

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie: dlaczego Jezus po prostu nie spisał całej prawdy? Byłoby wtedy wszystko jednoznaczne… Może właśnie dlatego, że Prawdy nie da się zmieścić w żadnym słowie. Każda próba jej literalnego wyłożenia dałaby tylko kolejny traktat filozoficzny czy teologiczny, być może mądrzejszy niż wszystkie inne – ale nadal ograniczony miałkością słowa, które każdy rozumiałby po swojemu. Bo Prawda ma zawsze wymiar OSOBOWY. Stąd słowa „Ja jestem Prawdą…” nie są wyrazem jakiegoś egocentryzmu, ale wskazaniem na własne życie. Tak jak Jezus urzeczywistnił tę Prawdę przez całopalną ofiarę z siebie, tak każdy z nas wchodzi w Jej wymiar o tyle, o ile pełni posługę wobec drugiego, otwiera się przed nim, obdarowuje go i ponosi za niego ofiarę, znajdując tę Prawdę w postawie pokory wobec tajemnicy istnienia – i w gotowości oddania swego życia. Tylko to jest pełnym wymiarem Prawdy, której można DOŚWIADCZAĆ – nigdy nie da się jej POJĄĆ. Wkraczanie w przestrzeń dobra usuwa z nas lęki i wątpliwości. Osobowe pojęcie Prawdy na trwałe zespala ją z Dobrem, dystansując się do suchej faktografii. Bo czy prości ludzie, którzy wierzą w słodkie historie hagiograficzne, muszą być dalsi Prawdy niż mędrcy? Nie – bo właśnie ci prostaczowie wchodzą w wymiar Prawdy przez duże „P”… P jak Persona.

 

Nie „istota rzeczy” a osoba istoty…

18 lip

2016_07_trzy-potoki_trzy-osobyTrzy potoki na wschodnich stokach Rozsypańca…

Tak często poszukujemy prawdy o bycie, wskazując na różne koncepcje „istoty rzeczy”, że można się już w tym wszystkim zagubić – popadając w nihilistyczny relatywizm lub cyniczny pragmatyzm. Poszukując filozoficznego kamienia lub religijnej „czystości wiary” ludzie popadali w zaciekłe spory, które tak często prowadziły do samowyniszczenia, niejednokrotnie w imię najwyższych wartości, że wielu zwątpiło w istnienie Prawdy. Co ciekawe, w sporach tych tworzyły się koalicje, które z czasem traciły z pola widzenia ową „istotę rzeczy”, używając jej jedynie jako maczugi do wzajemnego okładania się po głowach. Filozoficzne i teologiczne frazesy stosowano w sposób bezkrytyczny i bezrefleksyjny. W koalicjach takich człowiek nabiera zadziwiającej skłonności do wyszukiwania błędów u wroga, jak również do wybielania swoich stronników, znajdując dla nich przeróżne usprawiedliwienia – bez względu na racjonalną ocenę faktów. Czy taka skłonność świadczy o braku obiektywnej prawdy, czy też może o tak upadłej naturze człowieka, iż nie jest już w stanie do tej prawdy sięgać? A może istnieje jeszcze odpowiedź trzecia?…

Argentyński pisarz Jorge Borges w swej historiozoficznej powieści „Teologowie” przedstawia dwóch zaciekłych oponentów religijnych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Konflikt między nimi narósł już do takich rozmiarów, że wydawało się, iż tylko jeden mógł mieć rację – a drugi, sądząc po ludzku, musiał być przez Boga potępiony. Jakież było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że Boga bardziej interesują owi teologowie, niż ich „teologiczne prawdy”. Jako katolik, wierzący w istnienie prawdy obiektywnej, nie chcę tu niczego relatywizować i rozmywać w potoku słów. Myślę jednak, że ta opowieść doskonale wskazuje na charakter niezmienności Prawdy i jej niezależności od naszego rozumu. Podczas gdy my tak często zanurzamy się w spekulacjach na temat natury rzeczy i roztrząsamy istotę moralnych praw, najważniejsze jest to, co się wówczas dokonuje w naszym sercu, tj. w samym rdzeniu naszej duszy. Personalistyczne podejście do wiary tchnie głęboką nadzieją, że wszelkie napięcia i różnice ostatecznie zostaną w Bogu przezwyciężone – i tylko w Nim może się to stać. To On sprawia, że pozorne sprzeczności i wszelkie paradoksy odsłaniają się jako inne perspektywy tej samej Prawdy.

Nauka sama w sobie pusta jest – nie istnieje prawda dla samej prawdy. Nie ma istoty rzeczy i sensu bycia poza doświadczeniem OSOBY, która staje się jedynym weryfikatorem Prawdy. Troska o osobę, która na trwałe wpisana została w zachodnie rozumienie praw człowieka, wynika właśnie z tego personalistycznego odniesienia. A ono z kolei zrodziło się na gruncie teologicznego dogmatu o Trójcy Świętej. Jakkolwiek może to się dziwne dziś wydawać, to właśnie ta prawda teologiczna zrodziła szacunek do osoby jako takiej – pomijając wzgląd na jej urodzenie, intelekt i przydatność. Wzajemna relacja Trójcy stała się obrazem najwyższego dobra i szczęścia, które jest wewnętrzną rzeczywistością jedynego Boga. Paradoks nie do przeskoczenia dla ludzkiego umysłu, staje się intuicyjnym drogowskazem do jedynej Prawdy o człowieku i o całym świecie. Ojciec, Syn i Duch – trzy osoby, trzy twarze, trzy kategorie relacji, trzy tajemnice – w jednym Bogu. Paradoks, który może być przezwyciężony tylko w ostatecznym Spotkaniu…

 

Ogród duszy – między rajem a niebem

08 maj

2016_05_ogrody_Jabłoń

Kwiaty i owoce mojego ogrodu, dziś i jesienią – oraz owocujące konary drzewa na ustrzyckim witrażu…

Nie znam hebrajskiego, ale w mądrej książce* wyczytałem, że słowo „ogród” występuje w Biblii w dwojakim znaczeniu – jako „gan”, czyli obfitość  zieleni odgrodzona od skał i piasków murem, tłumaczona często jako „raj” – i pardes, czyli wypielęgnowany park otaczający pałac (co w greckiej Septuagincie zostało również przetłumaczone jako „raj” – przez podobieństwo słowa do gr. „paradeios”. Tak czy owak ogród stał się synonimem wprzódy panującej harmonii i szczęścia – zaś jego zniszczenie było obrazem kary za wystąpienie przeciwko ustanowionemu porządkowi świata (Jl 2,3, Am 4,9).

Symbolika wpisana w wyobrażenia związane z ogrodem dotyczyła też pojedynczej osoby. Nawodniony ogród to człowiek zbawiony, o czym mówi Izajasz: „Będziesz jak zroszony ogród” (Iz 58,11). Podobnej metafory używa Jeremiasz: „Życie ich będzie podobne do zroszonego ogrodu” (Jr 31,12). Co ciekawe, ogród stał się też, jak dobrze wiemy, miejscem męki – przynoszących obfity owoc cierpień i ostatecznej przemiany w zmartwychwstaniu. Chodzi o słynne Getsemani. W ogrodzie znajdował się przecież grób Jezusa, stąd Maria Magdalena w pierwszej chwili wzięła Zmartwychwstałego za ogrodnika.

Tak więc biblijny Adam z ogrodu wyszedł – i do ogrodu powrócił. Wszak odwieczna tradycja Jezusa zwie drugim Adamem. „Encyklopedia tradycji i legend żydowskich” podaje, że w Edenie każdy ziemski kształt ma wyryte swe odbicie. Ogród jest tu więc obrazem całego stworzenia przed jego skażeniem. Podobną klamrą spinającą początek i koniec – pierwotny raj i wyczekiwane niebo – jest „nowe Jeruzalem” w Apokalipsie, przez które przepływa krystaliczna rzeka – i w którym rosną owocowe drzewa (Ap 21,1-2). Może więc warto zanurzyć  się w naszych ogródeczkach i ogrodach z myślą o tej nieskażonej harmonii, której obraz kryje nasza podświadomość ?

* Polecam tu książkę Barbary Szczepanowicz „Rośliny biblijne”, wyd. Petrus, Kraków 2014.

 
 

Bogami jesteście?

15 paź

2015_10_Bogami_jestescie_Ustrzyki_Smolnik

Chrystus Frasobliwy z Ustrzyk Górnych oraz nagrobek i kapliczka z Archaniołem Michałem ze Smolnika

 Co znaczą słowa Biblii „bogami jesteście” – czy nie poraża nas zuchwałość tego wersetu? [1] I co oznacza, że jesteśmy dziećmi Boga? Pierwsze zdanie może nas w jakiś sposób konfundować lub oburzać, drugie brzmi jak banał, katechizmowy slogan. Może więc warto te słowa odczytać inaczej, niż zwykle… Każdy z nas stanowi niepowtarzalną osobowość, dysponuje jakimś bogactwem duchowym, ma określony rodzaj zdolności i wrażliwości, został obdarzony szczególnymi darami. Właśnie – duchowe obdarowywanie człowieka przez Boga jest tak wielkie i bezgraniczne, że sam Bóg w tym rozdawaniu jakby gdzieś znika, dając nam całego siebie, żyjąc w nas i działając przez nas. To ofiarowanie jest tak bezgraniczne, że wydaje nam się, iż jesteśmy w tym świecie osamotnieni. Bóg nie tronuje na wzór dawnych wierzeń – jako apodyktyczny hegemon i zazdrosny władca, ale staje się tak powszechnie obecny w każdym akcie dobra, że często bywa przez nas niezauważony. Owszem, w Starym Testamencie po wielokroć spotykamy się z Jego zazdrością. Byłoby jednak naiwnym antropomorfizmem odczytanie tej zazdrości po ludzku. Paradoksalnie to właśnie owa „zazdrość” wskazuje tu na bezgraniczne oddanie, w którym u Boga nie ma już miejsca na własne „ja”…

 Duchowa rzeczywistość przenika świat materialny, ale zachowuje swą całkowitą odrębność, heterogeniczność – jak pisał Pascal. Nasunęło mi się tu porównanie, że to jakby dwie linie prostopadłe, krzyżujące się ze sobą w jednym tylko punkcie – człowieku. Trudno więc przykładać miarę ontologiczną ze świata materialnego do rzeczywistości duchowej. Nawet w najmniejszej mierze nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, kim jest Bóg? Jaka jest Jego natura? Dzieje się tak dlatego, że nie mamy przystępu do rzeczywistości czysto duchowej, poza małymi przebłyskami objawienia – i poza doświadczaniem (lub wyświadczaniem) dobra czy zła. Jak to więc jest z tymi ludźmi-bogami? Psalm 82 był zawsze dla mnie jednym z najbardziej zagadkowych tekstów Biblii. Tajemnicze są nie tylko cytowane z Psalmu słowa o bogach [2], ale również poprzedzające je wersety. [3] Czy to nie one sugerują nam obecność Boga wśród „bogów” – czyli całkowitego „zamieszkania” Boga pomiędzy tymi, którzy zostali powołani do Jego uobecnienia? Powołanie jednak nie jest tożsame z jego wypełnieniem, na co wskazuje ten Psalm. Można być powołanym, a nie podążać wskazaną drogą, obierając własne, doraźne cele w przemijającym świecie zjawisk.

 Dlaczego użyto tu słowa „bogowie”: Sądził będzie bogów pośród Boga w Bożym zgromadzeniu powstał [jisz'pot elohim b'kerew al-baadat nicwa elohim]. Myślę, że Psalm może tu być odczytany jako słowo skierowane zarówno do konkretnych sędziów (w aspekcie historycznym), jak i na płaszczyźnie czysto duchowej – do całej wspólnoty wiernych, a nawet do wszystkich ludzi, abstrahując od konkretnej sytuacji i znajdując odniesienie ponad wszelkim czasem. Jesteśmy bogami w tym wymiarze, w jakim kropla wody jest wodą – choć w istocie może zawierać różne zanieczyszczenia, będąc również niewyobrażalnie małą i nietrwałą drobiną w odniesieniu do całej wody na świecie. Nie chciałbym jednak, by moje rozważania zabrzmiały tu jak jakaś apologetyka panteizmu. Stąd potrzebne jest też to drugie odniesienie – do „dzieci Bożych”. Paweł Apostoł mówi „postępujcie jak dzieci” [4] Dziecięctwo nie jest już obrazem sugerującym współistotność, lecz wskazującym na pochodzenie i pokrewieństwo (w znaczeniu duchowym). Dlatego nie ma znaku równości między Bogiem a ludzkością – jest natomiast zależność taka, jak między liczbą 1 a N (nieskończonością), niezależną od jakiejkolwiek liczby. N-1=N, N+1=N. Czy N może się zmieścić w 1? Może – gdyby jedynkę dzielić w nieskończoność. Ale obydwie wielkości nie zmienią przy tym swej tożsamości.

___________________________

[1] Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić. (J 10,34-35)

 [2] Ja rzekłem: Jesteście bogami i wszyscy – synami Najwyższego. Lecz wy pomrzecie jak ludzie, jak jeden mąż, książęta, poupadacie. (Ps 82,6-7)

 [3] Bóg powstaje w zgromadzeniu bogów, pośrodku bogów sąd odbywa: ”Dokądże będziecie sądzić niegodziwie i trzymać stronę występnych? (Ps 82, 1-2)

 [4] Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości! (Ef 5,8)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara

 

Duchowy KORZEŃ – między lękiem a nadzieją…

09 wrz

2015_09_KORZENIE_Europy

Czy groźba odcięcia od Korzeni ma wymiar zewnętrzny czy wewnętrzny?… Dziecko obejmujące zakorzeniony pień i krzyże zapuszczające korzeń w skałę - nagrobki z Wożuczyna (w środku) i Sanoka (po bokach)

W ostatnim czasie zamieściłem w przestrzeni publicznej kilka filmów dokumentalnych i wywiadów, które dotyczyły zagrożenia, jakie wynika z islamizacji Europy. Materiały te spotkały się z ogólnym poparciem – były tylko dwa głosy stanowczego sprzeciwu. Ale właśnie one skłoniły mnie do głębszego zastanowienia nad swoją postawą – dlatego chciałem tym Osobom szczerze podziękować. Czy skupianie się na tych zagrożeniach nie było podszyte lękiem? Tak – choć jest to bardziej obawa o Zachodnią Europę, niż o Polskę czy tym bardziej o moje Bieszczady. Więcej jednak od lęku motywowała mnie bezsilna złość, że ludobójcza organizacja o nazwie Państwo Islamskie konsekwentnie realizuje swój plan, a świat biernie się temu przygląda. Wiem jednak dobrze, że ani lęk, ani złość, nigdy nie są dobrymi doradcami. Gdyby choć jedna rodzina, jedna niewinna osoba, miała ucierpieć z powodu tego mojego lęku i złości, to przyczyniłbym się tym tylko do kolejnego zwycięstwa religijnych fanatyków. Dlatego usuwam z sieci wszystkie materiały dotyczące islamskiego zagrożenia w odniesieniu do narastającej imigracji.

Rozmyślając nad tym zagadnieniem doszedłem do kilku zasadniczych pytań. Czy jesteśmy w stanie uniknąć drastycznych zmian, jakie czekają Europę? Chyba nie. Czy te zmiany zniszczą naszą cywilizację? Tego już przewidzieć nie można. Nadal sądzę, że to zagrożenie istnieje, ale nie możemy się przed nim bronić na oślep – nie wolno mi wskazywać zagrożenia w samym człowieku. Muszę wyizolować z niego zło – i tylko samo zło piętnować, nie odrzucając osoby. Nawet w imię obrony całej cywilizacji nie wolno mi krzywdzić ani jednej osoby, wpisując się w jakąkolwiek kampanię stygmatyzacji człowieka przez wiarę, kulturę czy narodowość. Potrzebny więc był ten głos z zewnątrz, abym stanął z boku samego siebie i przyjrzał się swoim emocjom z dystansu. Jeszcze rok temu starałem się zrozumieć mentalność muzułmanina – dziś łapię się na tym, że zaczynam islam postrzegać wyłącznie w kategoriach totalitarnej ideologii. Jednak każda ideologia bierze się z osobistych wyborów konkretnego człowieka. I tu dochodzę do pytania kluczowego: czy islam nie stanowi dla nas wyzwania na poziomie duchowym, a nie politycznym czy militarnym?

Europa sama odcięła się od swoich korzeni. Traci soki życia. Rzeka bez źródła staje się pustym korytem – takie koryta w Afryce wykorzystywane są jako drogi. Przez wyschnięte koryto Europy przetaczają się różne ideologie. Czy zatem Europa będzie islamska? To zależy tylko od nas – przede wszystkim od tego, jak odpowiemy na realne zagrożenia – przemocą, czy wewnętrzną przemianą? Ale przecież mamy prawo się bronić – mówi moje drugie „ja” – tego wymaga rozsądek. I znowu czuję rozdwojenie – sięgam więc po Biblię. Trafiam na rozdział 23 Ewangelii według Mateusza – ostre słowa Jezusa o faryzeuszach. Czuję wstrząs, bo odkrywam taki faryzeizm w samym sobie – z jednej strony wierzę, że wszystko przemija i nie tutaj mam szukać Królestwa, a z drugiej chcę stawiać mury i wykupić polisę na bezpieczne życie? Sięgam po Tomasza a Kempis, u którego czytam: „unikaj próżnej gadaniny”, „zachowaj powściągliwość, która przystoi cudzoziemcom i pielgrzymom”. I tu odsłania się światło: przecież każdy uczeń Chrystusa powinien na tej ziemi czuć się pielgrzymem i cudzoziemcem! Dopóki jesteśmy zanurzeni w świecie, nigdy nie będziemy „u siebie”. Tym bardziej musimy więc zadbać o tych, którzy utracili wszystko, co było ich dotychczasowym światem – wykazać autentyczną troskę, niezależnie od wynikających z tego zagrożeń.

PS.

Mimo powyższych przemyśleń nad naszymi lękami, wciąż zmagam się z pytaniem, czy pomagamy w sposób mądry? Jak pomóc tym, którzy nie mieli pieniędzy na podróż do Europy? Bo przecież ci, którym udało się tu przedostać, zapłacili przemytnikom ogromne sumy, a więc nie należeli do ludzi ubogich…  Czy zatem Europa nie skupia się na tych silniejszych, zapominając o słabych? Czy nie zostawiamy na pastwę losu prawdziwie prześladowanych, ograbionych z majątku chrześcijan, przyjmując muzułmanów, których stać było opłacić podróż? I czy nie powinniśmy przyjmować – jak powiedział papież Franciszek – rzeczywiście opuszczonych w potrzebie RODZIN?… I kolejne pytanie, które się z tym wiąże – dlaczego przytłaczająca większość przybyłych do Europy to samotni mężczyźni? Według raportu UNHCR stanowią oni 75% tegorocznej imigracji przez Morze Śródziemne (kobiety to 12%, dzieci – 13%). I czy tych samotnych mężczyzn, migrujących do Europy z Turcji, a więc z kraju dla nich bezpiecznego, można nazwać UCHODŹCAMI?

 

Między Prawem a Duchem – czyli homo religiosus i homo viator jako dwie struny jednych skrzypiec

25 kwi

2015_04_Kobieta_a_religia_na_Śląsku

Religijność to nieodłączny element życia Ślązaków: za młodu – dziewczyna z tradycyjnym krzyżykiem, w wieku dojrzałym – z krzyżykiem i modlitewnikiem, w trumnie – z modlitewnikiem i różańcem

Czy homo religiosus żyje w nas niezależnie od wiary, czy też w jakiś sposób z tą wiarą współpracuje? A może jest zupełnie przeciwną stroną naszej duchowości, potrzebną do utrzymywania trwałego napięcia między tym co formalne i duchowe? Ks. Józef Tischner powiedział kiedyś w wywiadzie z Dorotą Zańko i Jarosławem Gowinem (cykl pt. „Przekonać Pana Boga”), że człowiek jest jak instrument. Nie każdy ma te struny, na których gra się religię. Spotykałem tzw. ateistów, którzy mieli dusze bardzo religijne. Ale spotkałem też katolików, bardzo uczciwych, a przecież absolutnie niewrażliwych na wymiar religijny. No właśnie – czy ten rodzaj niewrażliwości możemy nazywać niewiarą?

W innym miejscu Tischner znów sięga do terminologii muzycznej: Zdolność do miłości jest struną, na której każdy człowiek wygrywa swoją religię. Na pytanie, czy to jest postawa wystarczająca na drodze wiary, odpowiedział z ujmującą prostotą: Tego nie wiem, ale nie wykluczone, że Panu Bogu to wystarcza.  W końcu On nie potrzebuje kadzideł. Słowa dość odważne w ustach księdza, ale zanim ktoś je pochopnie oceni, warto się nad nimi głębiej pochylić. Czyż sumienie nie podpowiada nam czasem, że dobro i heroizm, do którego zdolni są ludzie z pozoru niewierzący, stanowi rodzaj szczególnego świadectwa wiary? Bo jeśli ktoś ofiaruje swój czas, siły, zdrowie i życie dla drugiego, choć nie widzi dla siebie nagrody na horyzoncie swego kresu – to czy taki człowiek mógłby być przez Boga opuszczony?

Znalazłem też trzecią „muzyczną” metaforę w tym temacie – tym razem Tischner rozważa problem od drugiej strony, przestrzegając przed nadmiernie rozbudowanym światem religijności pozbawionej refleksji i ufności: Trzeba uważać, bo muzyka wiary jest bogata. Aby mogła rozbrzmiewać potrzebna jest cisza. Człowiek nie powinien wprawiać się w stan swoistego ferworu religijnego, bo wtedy sam sobie szkodzi. A szkoda polega na zamazywaniu różnicy między wiarą a pozorem wiary. I tutaj świadom jestem kontrowersji, jaką budzić mogą te słowa, które tylko z pozoru przeciwstawiają wiarę postawie religijnej. W moim odczuciu chodzi raczej o pewną równowagę między Prawem (wiarą społeczności) a Duchem (wiarą indywidualności). Bo religijność znajduje uzasadnienie tylko w Duchu. Z kolei w wymiarze egzystencjalnym Duch często mówi do człowieka przez Tradycję, którą należy rozumieć jako duchową schedę wielu pokoleń.

 
 

Filtrując mistyczne wizje zaświatów

16 gru

2014_12_Hieronim-Bosch_PIEKŁO

Wizja Hieronima Boscha – „Jezus zstępuje do piekła”… Czy istnieje jakaś jedna prawda łącząca wszystkie wizje zaświatów? Czy potrafimy sobie wyobrazić istotę piekła? Czy nie nazbyt restrykcyjnie polegamy na dosłowności wyobrażeń?

Kiedyś z mieszanymi uczuciami czytałem wizje pośmiertnej rzeczywistości, przedstawiane przez różnych mistyków. Dziś spotkałem się z podobną – tym razem zawartą w liście zakonnicy, opisującej stan potępienia jej zmarłej przyjaciółki: gloria.tv/media/UkVggriMaoL Jak odbierać podobne „objawienia”? Wkładam to słowo w cudzysłów, bo chcę poniekąd zawiesić swój sąd w tej kwestii, zadając jednak kilka ważnych pytań. Najczęściej podobne wyznania przyjmowane na trzy sposoby: 1) świadoma konfabulacja (w dobrej lub złej wierze), 2) choroba umysłowa lub przejściowy stan psychicznego pobudzenia, 3) absolutna prawda, objawiona tylko wybranym… Nie wiem, czy nie jestem w błędzie, ale czuję, że jest jeszcze czwarta droga – aby uznać w tych wizjach prawdę, wyrażoną jednak przez pryzmat optyki wyobrażeń i ograniczeń, swoistej dla danej osoby i epoki. Piekło to duchowa rzeczywistość, jednak każdy może ją opisać jedynie obrazem płynącym z doznań doczesnych - jest to więc prawda, która z samej swej natury podlega w naszym umyśle zasadniczym ograniczeniom i zniekształceniom. List zakonnicy pisany był zapewne w dobrej wierze i zawierał jakieś ważne objawienie duchowego życia, ale cała wizja była odmalowana takimi „farbami”, jakimi jej osobista wyobraźnia mogła w danej chwili dysponować.

Czytając podobne przesłania, możemy czasem odczuwać wewnętrzny bunt wobec niektórych kwestii. Płynie on zarówno ze strony racjonalnego myślenia, jak i z naszego poczucia sprawiedliwości czy też osobistego stosunku do Bożego miłosierdzia i rodzaju religijności. Innych wizji dozna protestant, innych katolicki tradycjonalista, jeszcze innych ktoś spoza kręgu kultury chrześcijańskiej. Inaczej będzie tę samą prawdę ilustrował człowiek surowo wychowany, a inaczej ktoś, kto wzrastał w atmosferze wrażliwości. Jednak trzon tych wyobrażeń będzie ten sam. I właśnie dlatego myślę, że podobne przesłania wymagają swoistego przefiltrowania. Podam przykład odnoszący się do wspomnianego wyżej listu. Poczułem zasadniczy sprzeciw wobec tak surowej odpowiedzialności, jaką musi ponosić dziewczyna, w której od małego dziecka była niszczona wiara. Czy taka osoba może zasługiwać na wieczne potępienie? Czuję też wewnętrzną sprzeczność między uznaniem przez tą osobę nieskończonej dobroci Boga i jednoczesnym Jego znienawidzeniem. Jak to wszystko odczytywać?

Otóż myślę, że samo istnienie piekła jest zawsze tylko stanem doraźnym – nie jesteśmy w żaden sposób określić go w kategoriach czasowych. Wieczność tu nic nie oznacza, bo jak ją sobie możemy wyobrazić inaczej, niż w kategoriach nieskończonego czasu? Idąc tym tropem dalej, jaką wartość ma takie wyobrażenie, skoro samo przekroczenie progu śmierci jest przecież jakąś formą wyjścia poza czas. Poza tym, czy dobry Bóg nie jest Panem czasu? Dlaczego Jezus miałby zstępować do piekieł, jeśli nie byłoby szansy ocalenia dla potępionych dusz? Wracając do listu, jeśli zatwardziały grzesznik uznaje w Bogu dobro, czy przez sam ten akt w jakiś sposób się na to dobro nie otwiera?… Trwamy chwilami w takich mrokach, że stan grzechu wydaje się nam piekłem pozbawionym wszelkiej nadziei – a jednak jeśli głosimy, że Miłosierdzie jest większe, niż cokolwiek innego, to czy nadzieja kiedykolwiek może wygasnąć? Nawet w rzeczywistości piekła? Czy opisany tu stan totalnego oddzielenia nie jest tylko prawdą cząstkową, która, owszem - jest nam wszystkim potrzebna, ale nie jest ostatnim słowem Boga. Bo przecież poznać Go w pełni za życia nigdy nie będziemy w stanie…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Religie, Wiara

 

Oddech średniowiecznej wolności

01 gru

2014_12_Jałowe_Tomasz_A_Kempis_

Cerkiew i ruiny kaplicy w Jałowem – zima wciąż jak jesień jeszcze wygląda, choć mroźne wiatry od kilku dni sprawiają, że nawet zwierzyna szuka zacisznego miejsca, by się nieco ogrzać…

Czytałem wczoraj Tomasza a Kempis – mimo upływu sześciu wieków, ten średniowieczny mnich wciąż potrafi inspirować! Co ciekawe, zacząłem go czytać za sprawą rotmistrza Pileckiego, którego ostatnim przesłaniem ze stalinowskiego więzienia było wskazanie na tę właśnie lekturę. To w „Naśladowaniu” znalazłem wczoraj słowa: „Wszystko, co nie jest Bogiem, jest nicością, i za nicość powinno być uważane”. Pierwsza reakcja współczesnego człowieka na ten radykalizm bywa zawsze podobna: „ależ to jakaś teocentryczna skrajność!” Zaraz jednak gdzieś wewnątrz przychodzi odpowiedź: Tak, ale tylko wtedy, gdy wydzielamy obecność Boga poza ludzką rzeczywistość (do czego przyzwyczaiło nas podejście deistów) – jeśli zaś zdamy sobie sprawę, że ta Obecność w każdym calu nas przenika, szybko dojdziemy do wniosku, iż wszystko wokół o tyle tylko istnieje, o ile w tej Obecności jest zanurzone. Reszta to nicość – dochodzimy do tej samej konkluzji co średniowieczny Mistyk.

Już na samym wstępie książki Tomasza z Kempis czytamy: „Bez miłości na nic się nie przyda uczynek zewnętrznie nadzwyczajny; cokolwiek zaś z miłości czynimy, chociażby było małe i liche, wszystko staje się bardzo owocne.” To manifest niezależności Dobra, które zawsze przewyższa jego zewnętrzne przejawy i efekty. Nie tyle się liczy to wszystko, co się przez okazane dobro dokonuje, ile sama istota dobra w drugiej osobie, a przede wszystkim w samym Bogu, który niejako przekracza pojęcie oddzielności wszystkich osób – w Nim przecież wszyscy jesteśmy obecni i o tyle istnieć możemy, o ile On w nas żyje. To nie teologiczna doktryna – to podstawowa prawda o człowieku, który nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo obydwa pojęcia - ”Bóg” i „podmiot” są w każdym z nas nierozłączne!

  Znajdziemy tu również chrześcijański stoicyzm, przepełniony nadzieją wobec wszystkiego, co przynosi życie: „Jeżeli chcesz, abym pozostawał w ciemności, bądź pochwalony, a jeśli zechcesz wyprowadzić mnie na światło, także bądź pochwalony.” Bo nigdy nie jest ważne, czego ja pragnę – to tylko ułuda szczęścia, cień, za którym będę biegał bez końca. Prawdziwym szczęściem jest umiejętność przyjmowania wszystkiego z wdzięcznością. Cieszyć się z najmniejszego dobra, które nigdy nie wychodzi ze mnie, a jedynie przechodzić może przeze mnie – jeśli tylko się na nie otworzę. Tomasz pisze, że aby doświadczyć tego olśnienia, konieczny jest sceptyczny dystans wobec wszelkich światowości: „Strzeż się, jak tylko możesz, ludzkiego zgiełku, bardzo bowiem szkodzi gadanie o sprawach błahych, nawet gdyby wypływało z najlepszych intencji. Szybko owieje nas pustka i schwyta w swe sidła.” To nie jest zwykła propozycja średniowiecznej ascezy – to wezwanie do tej najwspanialszej drogi, do której każdy z nas w różnym zakresie jest powołany.

 

W poszukiwaniu źródeł agresywnego fundamentalizmu

13 wrz

2014_08_Wiara_DROGA

Kiedy wiara staje się drogą, otwiera przed nami coraz to nowe horyzonty… (widok w stronę Tarnicy z Wielkiej Rawki)

Religijna nienawiść, której spirala została dziś na Bliskim Wschodzie rozkręcona do rozmiarów ludobójstwa, staje przed nami jako jeden z najpoważniejszych dylematów współczesnego świata. Skąd czerpie źródło i jak jej zapobiec? Dlaczego ludzie skłonni są mordować w imię Boga czy Allaha? W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania, sięgnąłem dziś do naszych wspólnych patriarchów, uznawanych przez muzułmanów i chrześcijan. Kiedy czytamy biblijną opowieść o Abrahamie udającym się na górę, by tam złożyć w ofierze swego syna, wzdrygamy się na samą myśl, że dziś mógłby ktoś mieć podobną mu wiarę – byłby od razu izolowany w jakimś szpitalu psychiatrycznym. Jednak historii Abrahama nie da się zrozumieć, jeśli nie doczytamy jej do końca. Praojciec żydów, chrześcijan i muzułmanów zostaje powołany do wyjścia z Babilońskiego miasta Ur – i to wyjście staje się początkiem naszej wiary. Abraham nie wiedział dokąd idzie, a mimo to odpowiedział na wezwanie i porzucił dotychczasowe, zasiedziałe i pewnie dość wygodne życie – był przecież człowiekiem na tamte czasy zamożnym. Podobnie zachował się wobec wezwania do ofiary z jedynego syna – choć serce mu pękało, nie dyskutował, tylko złożył stos i wziął do ręki nóż… Jaka jest jednak różnica między nim, a religijnym fanatykiem, który dziś gotów jest podcinać gardła swym braciom? Zasadnicza – Abraham pozostał otwarty na kolejne słowo Boga. Nie zamknął się w pierwszym poleceniu, ślepo je wykonując, ale zachował w sobie nadzieję, że to nie jest słowo ostatnie…

Tak jak stos ustawiony przez Abrahama stał się wyrazem jego WIARY skierowanej ku Bogu, tak jego wsłuchiwanie się w następne słowo (by odłożyć nóż), stało się przejawem NADZIEI, która kieruje się ku losom człowieka. MIŁOŚĆ zaś spina obydwa te akty w jedną całość – otwarcie na Boga (kochać z całych sił) i wyjście ku człowiekowi (kochać bliźniego jak siebie samego) stają się już odtąd realizacją tej samej wiary. Warto tu jednak zaznaczyć, że tak pojmowana wiara nie jest stosunkiem do samego ISTNIENIA Boga, lecz postawą OTWARCIA – już św. Tomasz z Akwinu pisał, że nie wiemy co to znaczy BYĆ w odniesieniu do Boga, bo Bóg JEST INACZEJ, niż są rzeczy – inaczej też, niż wszystkie żywe stworzenia jakie znamy. Tak jak nie mogę widzieć samego światła, a jedynie przedmioty, które ono oświetla, tak też nie mogę widzieć i ogarnąć Boga. Mogę jedynie doświadczać Jego obecności – i odwrotnie: czuć pustkę istnienia wobec Jego nieobecności. Nawet tak oczywiste dla chrześcijan stwierdzenie, że „Bóg jest Osobą” stanowi według scholastycznych ujęć tylko pewną analogię. Piszę to nie dlatego, żeby kwestionować osobowy charakter Boga, lecz żeby zdystansować się nieco do naszych ziemskich nawyków i wyobrażeń, które wiodą – jak kiedyś pisał Tomasz Halik – do „prostackich antropomorfizmów”. Przez naświetlenie tego problemu wchodzimy w tajemnicę odczytania Trójcy Świętej, którą niektórzy proponują odczytywać w świetle starogreckiego pojęcia osoby („persona” w antycznym teatrze znaczy maska) – aktor staje się obrazem transcendencji, która się wciela w kolejne odsłony prezentowanych postaci. Ojciec, Syn i Duch Święty stają się więc tymi „odsłonami” Nienazwanego i Niepojętego… Ale jaki to ma związek z fundamentalizmem? Już przechodzę do rzeczy.

Wiara w kontekście opowieści o Abrahamie (a później również o Mojżeszu – i w zasadzie pod różnym względem o każdym bohaterze Biblii) staje się PORZUCENIEM znajomego nam świata, czyli tego wszystkiego, co jesteśmy w stanie pojąć dzięki dotychczasowemu doświadczeniu. Tak jak nadzieja w odniesieniu do kolejnej odsłony dramatu Abrahama staje się ufnością, że się w tej drodze nie zatracimy. Kiedy człowiek poprzestaje na samym akcie wiary, staje przed jej największym paradoksem – wiara bez nadziei i miłości staje się dla niego BRAMĄ ŚMIERCI, niosąc jedynie pustkę i zniszczenie. I nie ma to znaczenia, czy przerodzi się w krwiożerczy fanatyzm muzułmanów, czy w misterną a niedostępną twierdzę chrześcijańskich fundamentalistów… Kiedy skaczę przez górski potok, muszę mieć wiarę, że zdołam się na tyle silnie odbić, by do drugiego brzegu doskoczyć. Ale muszę też mieć nadzieję, że ląd po tamtej stronie jest w stanie mnie przyjąć, że nie poślizgnę się na omszonym kamieniu – że w ogóle jest po co skakać i że drugi brzeg nie jest moją iluzją. Bez żywej nadziei moja ślepa wiara może sprawić, że w pewnym momencie skoczę z dachu. Właśnie z taką postawą kojarzy mi się wiara, która każe zniewalać i zabijać. Bo jak sobie wyobrazić relacje szczęścia budowane na takiej wierze i na takim wyobrażeniu Boga? Wiara jest drogą Abrahama, ale dopiero wtedy otwiera przed nami nowe horyzonty, gdy towarzyszy jej otwarcie na kolejne słowo Boga, którego jeszcze nie usłyszała – na wezwanie: „schowaj nóż”…

 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie

 

Współczesny TERRORYZM i TOTALITARYZM a Tischnerowskie i Norwidowskie rozumienie Kościoła

22 sie

2014_08_kościół_ŚLązacy_Bojkowie

Nasze lokalne kościoły: Łemkowie, Ślązaczki i Hucuł (moje miniaturki na szkle)

Krążą dziś w sieci zatrważające dokumentacje masowych egzekucji w Syrii czy Iraku, gdzie owładnięci szałem fanatyzmu islamiści zdają się delektować ucinaniem głów chrześcijanom i wszystkim, którzy mają jakikolwiek związek z cywilizacją zachodnią. Przyznam, że pierwszą pokusą wobec ta drastycznych doniesień jest chęć uczestniczenia w jakiejś współczesnej krucjacie, która wyruszyłaby na odsiecz naszych współbraci. Bo jeśli w ogóle uzasadniać służbę wojskową (a sam Jezus takiej nie ganił), to gdzie szukać większego jej usprawiedliwienia nad to, które wynika z obrony niewinnie męczonych i mordowanych? A przecież widzimy, że wśród ofiar tych masowych egzekucji są dzieci, kobiety i starcy, których jedyną „winą” była wierność Chrystusowi. Bolesne to doświadczenie dla nas, którzy jestemy świadkami na odległość. A co mogą przeżywać bliscy tych pomordowanych?

Trzeba nam dziś walczyć przede wszystkim z dwiema skrajnościami reakcji – pierwszą jest ZOBOJĘTNIENIE, bo wielokrotnie powtarzany obraz, choćby najbardziej z początku poruszający, z czasem wpisuje się w ornamentykę tła naszego życia, do której się przyzwyczajamy jak do szarej codzienności. Z drugiej strony pojawia się skrajność ODWETU, której żaden uczeń Chrytstusa akceptować nie powinien. Przede wszystkim nie wolno nam przenosić odpowiedzialności na wszystkich wyznawców islamu. To prawda, że ci zbrodniarze, którzy w tchórzowski sposób (zakrywając twarz) dokonują masakry niewinnych, stają się ucieleśnieniem zła i zaprzeczeniem jakiejkolwiek rerligii. Prawdą też jest, że opacznie pojęta tolerancja staje się pożywką dla rozzuchwalonej bestii fanatyzmu. Ale walcząc z przeciwnikiem jego metodami, sami szybko byśmy się do niego upodobnili. To by dopiero było pełne zwycięstwo szatana. Jak więc to wszystko ogarnąć?…

Z pomocą przychodzą mi słowa ks. Tischnera*, który pisał o dwóch doświadczeniach tego samego Kościoła – w warunkach totalitaryzmun i w sytuacji stabilnego bezpieczeństwa. W perwszym przypadku wiara saje się bolesnym zdobywaniem nadziei – w drugim ulega zwykle spłyceniu, a nawet wygaszeniu, zamieniaąc się w jakiś rodzaj religijnej estetyki. Właśnie to osatnie możemy zaobserwować w społeczeństwach zachodnich – nawet w chwilach życiowej próby łatwo nam schronić się w swym gniazdku. Takiego „gniazda” pozbawieni zostali nasi bracia w Iraku i Syrii. Tischner pisał, że najgłębszym aktem wiary jest słowo zawierzenia, wypowiedziane na samym dnie oświęcimskiego piekła. Z kolei Norwid** ujął to jeszcze radykalniej: „Kościół, który na Anglię nie przez boleść irlandzką – a na Rosję nie przez boleść polską działa, nie obchodzi mnie (…), zginie za niewiele już czasów, bo apostolstwo nie jest dyplomacją, kuglarstwem i kabalistyką, ale proroctwem szczerym.” Dziś proroctwem jest świadectwo prawdy, do którego jesteśmy wezwani…

___________________

* Józef Tischner – „Idąc przez puste błonia”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.

** C. K. Norwid – List do Augusta Cieszkowskiego, listopad 1850; w: „Pisma wierszem i prozą” oprac. Gomulicki. Warszawa 1973.

 

Adam i Ewa żyje w każdym z nas…

11 lip

2014_07_Adam_i_Ewa

Z lewej: Tiziano Vecelli, czyli Tycjan – Adam i Ewa (1550 r.); z prawej: Giusto de Menabuoi – Wygnanie Adama i Ewy (1376 r.); pośrodku: Maryja przydeptująca węża z owocem (bieszczadzki nagrobek z 1907 roku, Sanok)

 Na bazie poprzednich rozmyślań padło ważne pytanie – na czym polega wolność „DO”. Myślę, że jest ona procesem nakierunkowanym w stronę wartości absolutnych. Wychodzimy zawsze od punktu, który określiłem „wolnością OD”, czyli zdystansowaniem się do tego, co ma charakter przejściowy, co nie jest pełne, co bywa często iluzoryczne. Ale to dopiero początek drogi. Drugim ważnym etapem jest wejście w wymiar „wolności DO” – czyli podporządkowania całego swego życia wartościom, które istnieją niezależnie od czasu, przestrzeni i całej rzeczywistości zjawiskowej. Filozofowie określają taki rodzaj wartości bytem koniecznym (w przeciwieństwie do bytu przygodnego). Istnieje więc wolność do nadziei, do mądrości, do piękna, wreszcie do miłości – a ta ostatnia z kolei nie istnieje bez postaci relacyjnej, tj. bez drugiej OSOBY.

 W pewnym sensie każda z pozostałych wartości również ma charakter relacyjny i nie może istnieć sama w sobie. Jesteśmy zanurzeni w relacjach, które są podstawą naszego istnienia. Dzisiaj rano rozmyślałem nad istotą „raju utraconego” – w czym tkwi prawdziwy sens tego problemu? Myślę, że leży on właśnie w owym wzajemnym ODDZIELENIU, tj. zniszczeniu żywych relacji, które z kolei płynie często z „iluzji uwłaszczenia”. Czym jest ta ostatnia? Jest złudzeniem, że mam szansę wejść w posiadanie mądrości, władzy i moralności na własną wyłączność, niezależnie od innych podmiotowości (stąd owoc poznania dobra i zła). W naturze człowieka jest coś takiego, że chcąc czymś zawładnąć, za każdym razem oddala się od innych, aby tego nie utracić – z własne woli zaczyna więc żyć w lęku i osamotnieniu. Oczywiście mówimy tu o „naturze upadłej”. W jaki jednak sposób mamy rozumieć tę „upadłość”?

 Czy przez jedno nieszczęsne wydarzenie (grzech pierworodny), miałoby na nas oddziaływać przekleństwo tego „oddzielenia”? Czy też działo się to w jakimś procesie rozciągniętym na dłuższy czas? A może upadłość wyrażoną w micie Adama i Ewy należałoby rozpatrywać w ogóle poza czasem? Czy ten grzech pierworodny w pewnym sensie nie zachodzi również w każdym z nas? Czy ta radykalna separacja, rozumiana jako pochodna grzechu, nie nakłada się na dziecięcą niewinność, która z kolei płynie z pierwotnego stanu ufności i nieświadomości zła? Jeśli rozpatrujemy problemy natury metafizycznej (a do takich niewątpliwie należy geneza zła i upadku człowieka), zawsze trzeba przekroczyć granicę świata zjawiskowego, czyli złamać barierę czasu. W ten sposób odkrywamy niezwykłą łączność między własnym życiem, a opowieściami i bohaterami z Biblii. Przestają nas dzielić tysiąclecia (bo wychodzimy poza historię), a nawet odrębność życiorysów (bo łamiemy barierę psychologizacji tekstów). W każdym z nas zaczyna żyć Adam i Ewa, Kain i Abel, Ezaw i Jakub, Judasz i Jezus…

 
 

Między WYNIESIENIEM na ołtarze a POCHYLENIEM nad człowiekiem zagubionym…

27 kwi

2014_04_cment_Wożuczyn

Stary nagrobek dziecka przykuł mój wzrok podczas podróży na Lubelszczyznę (cmentarz w Wożuczynie)

Dzisiejsza niedziela Miłosierdzia Bożego to dla Kościoła dzień historyczny z kilku względów. Oczywiście najważniejsza i niepowtarzalna jest kanonizacja dwóch papieży (dokonana z udziałem i obecnością także dwóch papieży  – Franciszka i Benedykta – to również rzecz bez precedensu!). Niesamowicie wymowne jest połączenie tych dwóch kanonizacji – chodzi o symboliczne zespolenie w jedno dwóch dość odrębnych, a jednak bardzo uzupełniających się nurtów, jakie wyrażali obydwaj papieże – reformator Jan XXIII i konserwatysta Jan Paweł II. Oczywiście mam świadomość, że stosuję tu spore uproszczenie używając do nich tak jednoznaczne określenia, jednak nie jestem w tym odosobniony. Jan XXIII wsławił się jednym ważnym słowem – AGGIORNAMENTO, oznaczającym uwspółcześnienie Kościoła. Otworzył na oścież okno Watykanu na świat zewnętrzny, wpuszczając ducha ekumenii i pochylając się nad człowiekiem – zapoczątkowując jeden z największych soborów: Vaticanum Secundum. Z kolei Jan Paweł II pozostawił światu wezwanie, które jako pierwsze padło tuż po jego wyborze: „NIE LĘKAJCIE SIĘ” – to z tymi słowami wyszedł do całego świata w swym jakże intensywnym pielgrzymowaniu (co również było absolutną nowością), jednocząc ten świat i zasiewając ziarno pod wcielenie soborowych zaleceń w życie. Czynił to jednak w ten sposób, by nie uronić historycznie utrwalonego magisterium Kościoła (i tu właśnie tkwi przypisywany mu konserwatyzm).

Karol Wojtyła opowiadał raz, jak to przy jednym ze spotkań z wiernymi (nie pamiętam szczegółów, jeśli ktoś sobie przypomina okoliczności będę wdzięczny za dokładniejsze przytoczenie tego faktu), mały chłopiec coś do niego mamrotał, a on w końcu rzekł, że nic nie słyszy, na co ten chłopiec odrzekł dość bezceremonialnie: „to się nachyl, wtedy będziesz słyszał”. Papież chętnie przytaczał tę anegdotę, bo jest w niej tyle pozytywnego humoru, co proroczej wręcz mądrości, płynącej od dziecka. Bez pochylenia się nad drugim człowiekiem trudno go czasem usłyszeć. A pochylić trzeba się zarówno nad jego nędzą materialną, kulturową czy intelektualną, jak i ubóstwem duchowym, często sięgającym dna. Pochylać trzeba się również nad przepaścią, jaka nas dzieli w zakresie różnic mentalnych, religijnych czy politycznych. Wreszcie nieraz przychodzi się nam pochylić nad wyalienowaniem człowieka w zakresie jego wewnętrznych zranień, uprzedzeń czy innych oporów przed podjęciem dialogu. Bywa przecież, że jedność staje się niemożliwa bez tegoż aktu „pochylenia”. I właśnie umiejętność takiego „pochylania się” cechowała obydwu kanonizowanych dziś papieży, którzy wiedzieli, że Boga trzeba szukać nie gdzieś w zaświatach, ale przede wszystkim w drugim człowieku.

W dzisiejsze święto, ustanowione przez Jana Pawła II (a duchowo przygotowane przez Jana XXIII), warto jednak przede wszystkim przypomnieć sobie główne przesłanie Miłosierdzia Bożego. Właśnie dziś w sposób szczególny przemówiły do mnie dwa zdania z Dzienniczka siostry Faustyny: „Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, otwieram wpierw na oścież drzwi miłosierdzia Mojego. Kto nie chce przejść przez drzwi miłosierdzia, ten musi przejść przez drzwi sprawiedliwości Mojej.” Miłosierdzie nie jest więc żadnym przeciwieństwem sprawiedliwości, ale jej dopełnieniem. Bez niego sprawiedliwość staje się jak gdyby domem pozbawionym dachu i fundamentów. Kościół bez pochylenia się nad człowiekiem staje się również karykaturą Bożego Królestwa, łatwo ulegając światowym pokusom i ze światowych słabości czyniąc pozory swej mocy. Dopiero Kościół, który utożsamia się z ukrzyżowanym Chrystusem, z jego miłosierdziem i bezwarunkowym oddaniem, staje się autentyczną Obietnicą nieba, pojmowanego przede wszystkim w kategoriach objęcia człowieka przez jego Stwórcę – bez wyrzutów, że coś tam w życiu zawalił. Nadzieja otwiera przede mną taką właśnie wizję nieba w Bożym Miłosierdziu, dlatego chrześcijaństwo jest drogą, którą wypełnia najgłębsza radość – mimo wszelkich zaznanych boleści i niepewności. Świadectwo takiej właśnie nadziei pozostawili nam nowi święci – Jan XXIII i Jan Paweł II.

 
Komentarze (51)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie