RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Socjologia’

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Putta z Ustjanowej – w poszukiwaniu tożsamości…

30 maj

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKościół w Ustjanowej (dawna cerkiew z 1792 r.) – i XVIII-wieczny ołtarz przeniesiony tu z Hoczwi k.Leska (fragm. zdjęcia ze strony monterek58.rzeszow.pl)

Niedawno media komentowały ingerencję prezydenta Obamy w …publiczne toalety. Zalecenie nakazuje dostosować je do genderowskiego modelu płci – posuwając się do groźby zamknięcia tych szkół, które się do niego nie zastosują. Ktoś złośliwy zauważył, że zgodnie z wyróżnionymi ponoć 53 modelami płci, w każdym obiekcie trzeba będzie stworzyć tyleż samo toalet. ;) Ale znamienne jest to, że wraz z mnożeniem płci społecznych, zanika polaryzacja płci biologicznych, które sukcesywnie zostają sprowadzane do jakiegoś nijakiego „ono”. Z jednej strony wynikać to może z pewnego uwrażliwienia i wysubtelnienia naszej zachodniej cywilizacji wobec różnych form rozchwiania tożsamości. Z drugiej jednak strony jest to smutne, a nawet tragiczne, bo pozbawia człowieka jednego z podstawowych punktów odniesienia – tego, który oparty jest na jednoznaczności płci i wynikających z niej ról społecznych.

 Kiedy tylko jestem w Ustjanowej koło Ustrzyk Dolnych, lubię zachodzić tam do małego, drewnianego kościółka (starej cerkwi z 1792 roku). Po zaadaptowaniu cerkwi na kościół rzymskokatolicki umieszczono w niej XVIII-wieczny, rokokowy ołtarz, który został tu przeniesiony z pobliskiej Hoczwi. W górnej części ołtarza, po obu jego stronach, znajdują się dwie nagie postacie (rzecz w wiejskich kościołach dość osobliwa) – to Adam i Ewa, którzy stoją na solidnych filarach, zasłonięci figowymi listkami. Nieco niżej, tuż obok prarodziców, po całkiem zewnętrznych stronach ołtarza, ustawione zostały rokokowe putta (które zawsze były dla mnie jakimś osobistym symbolem nijakości – nie miały przecież nigdy płci, nie były też ani człowiekiem, ani aniołem). Mam nadzieję, że wybaczycie mi takie uproszczenia, bo nie jestem biegły w historii sztuki, ale pozwólcie, że pociągnę tę osobistą interpretację ołtarza nieco dalej.

Otóż wspomniane bobasy zostały umieszczone na filarach, które są dziwnie przechylone, zdając się dramatycznie wykręcać i walić. Nadają tym samym całemu ołtarzowi jakąś niepokojącą dynamikę. Nie wiem, jaki był zamysł artysty, ale do mnie ta kompozycja przemawia tylko w jeden sposób: ludzkość może być stabilna tylko w wartościach jednoznacznych (centrum ołtarza zajmuje ikona Maryi z Dzieciątkiem, nad którą wrasta drzewo poznania dobra i zła, oplecione wężem – a nad nim znowu dominuje błogosławiąca światu postać Maryi). Człowiek grzęźnie i upada tam, gdzie wchodzi na opłotki relatywizmu i niejednoznaczności – choćby w imię najpiękniejszych idei. Putta są przecież wyrazem piękna, a mylone z Erosem, często bywają odnoszone do miłości zmysłowej, przelotnych impulsów i ulotnego szczęścia…

 

Kamienie na drodze relacyjności

17 mar

2016_03_Kosma i Damian - Piotr i Paweł - Cyryl i Metody

Bieszczadzkie miniaturki  na szkle: Kosma i Damian, Piotr i Paweł, Cyryl i Metody

Rosnący pośpiech i powierzchowność relacji sprawia, że wyrażanie myśli i odczuć bywa często nieprecyzyjne i skrótowe, nasycone specyficznymi skojarzeniami (dla każdego nieco innymi – czasem diametralnie odmiennymi), a także obarczone metaforami, które nie dla każdego są czytelne.  Ciekawym doświadczeniem, dostępnym dla każdego, jest introspekcyjna próba dogrzebania się do korzeni własnych emocji. A konkretnie do tego, co nimi zarządza poza naszą wolą i poza intencjami drugiej osoby. Na ile słowo staje się dla nas MOSTEM, a na ile MUREM?

Mówię np. „jesteś agresywny” – to jawna ocena nie tylko czyjegoś zachowania, ale całej osoby. Z góry można więc powiedzieć, że jest niesprawiedliwa, bo żaden człowiek nie może być w całości oceniony przed pryzmat jednej sytuacji czy nawet jakiejś dłuższej sekwencji zachowań. Lepiej więc brzmieć będą słowa: „Twoja postawa jest dosyć agresywna” – tu już nie oceniam osoby, lecz słowa, czyny, bieżącą postawę. W ten sposób moja uwaga skierowuje się na charakter relacyjności, a nie na wartościowanie osoby. Jednak i tutaj można napotkać na emocjonalny odpór…

Tak więc chyba najlepiej jest wyrazić to przez pryzmat własnego odbioru: „odnoszę wrażenie, że moje słowa wywołują w tobie agresję”. Tu już nie oceniam nawet postawy, ale mówię wyłącznie o własnych ODCZUCIACH, które przecież mogą się mylić. W ten sposób przyznaję też, że nie jestem arbitrem, lecz subiektywnym odbiorcą, podatnym na różne zniekształcenia odbioru i błędne interpretacje. Niech ta krótka myśl będzie jakimś przyczynkiem do rozważań nad mechanizmami naszej emocjonalności. Myślę, że ważnym kluczem do głębszego wejścia w ten problem jest dostrzeżenie podświadomego wartościowania osób przez ocenę subiektywnie przypisanych intencji…

 

 

Prostota umiera pierwsza – przed cywilizacją?…

10 lut

2016_02_prostota_towar_reglamentowany

W moich miniaturkach na szkle często pochylałem się nad problemem przemijania – tym razem chciałem poruszyć ten temat w aspekcie wymierającej cnoty, jaką jest PROSTOTA.

Kolega opisał dość znamienną sytuację, jakiej był świadkiem w punkcie obsługi jednego z telefonicznych operatorów – pozwolę sobie za nim powtórzyć: starszy pan wchodzi do sklepu i mówi, że chce dla siebie telefon komórkowy, więc sprzedawca mu pokazuje ten i tamten, opisując jakie każdy z nich ma funkcje – internet i wszelkiego rodzaju gadżety… Po jakimś czasie starszy Pan mówi że on nie potrzebuje tych wszystkich funkcji w telefonie, bo chce jedynie zadzwonić i odebrać rozmowę. Pyta więc, czy mają takie telefony. Skonsternowany sprzedawca popatrzył jak na ostatniego dziwaka i odpowiedział, że takich telefonów to my, proszę Pana, nie mamy. Starszy Pan machnął ręką i wyszedł sfrustrowany ze sklepu.

Sytuacja jest bardzo typowa dla dzisiejszych czasów – doskonale ilustruje naszą cywilizacyjną chorobę, z którą sam się niejednokrotnie zmagam. Nawet podobną historię przeżyłem w punkcie Plusa, gdy chciałem dla siebie komórkę prostą w funkcjach (ja również używam telefonu wyłącznie do dzwonienia), a trwałą i odporną na czynniki atmosferyczne (rzecz dla mnie ważna, gdy chodzę po terenie). Okazało się, że wszystkie aparaty mieli bardzo delikatne i przeładowane aplikacjami. Dopiero po dłuższym czasie dostałem coś mocniejszego – aparat najprostszy z dostępnych, jednak i tak pełen zawiłych ścieżek i gadżetów, więc dla kogoś starszego mógłby być trudny w obsłudze. Gdy np. chce się odczytać głupi SMS, trzeba się po tych ikonkach nachodzić co niemiara. Poprzednia moja „cegła” była niezniszczalna oraz intuicyjnie prosta – klik i miałem SMS-a. Tutaj często rezygnuję z czytania czy wysyłania, bo szybciej mi jest oddzwonić. ;)

Tak, ta choroba rozciąga się niemal na każdą dziedzinę życia. Krótko ją można określić następującymi objawami: 1) brak prostoty, 2) brak przejrzystej logiki, 3) marginalizacja głównej funkcji, 4) rozbuchanie funkcji pobocznych (z których się najczęściej w ogóle nie korzysta), 5) bełkot terminologiczny w instrukcjach czy aplikacjach… Wcale się nie dziwię temu starszemu Panu – każdy powinien tak reagować, może wtedy dotarłoby do producentów, że nie trafiają w nasze oczekiwania. A może jednak trafiają, tylko nie do takich, jak my? Przecież młodzi ludzie często są tymi nowinkami zafascynowani – a producent chyba liczy głównie na nich? Niestety dla starszych takie życie staje się coraz bardziej alienujące i niefunkcjonalne. A problem dotyczy nie tylko urządzeń – również pism urzędowych, podatków i całej społeczno-ekonomiczno-technicznej sfery życia…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Psychologia, Socjologia, Życie

 

Tam, gdzie OBCOŚĆ staje się powłoką SWOJSKOŚCI…

11 sty

2016_01_Zawsze_obcy

Powieść Henryka Tomanka to dość gruba pozycja (565 stron), obejmująca dzieje Ślązaków w najtrudniejszym okresie historii 1938-1953, z rozwinięciem bogatych wątków dygresyjnych dotyczących historii Śląska – książka wciągająca nie tylko zgromadzoną tu wiedzą, ale także stworzonym klimatem i psychologią postaci…

Dawno nie czytałem tak dobrej powieści! Autorem książki „Zawsze obcy” jest Ślązak z wykształceniem inżynierskim, ale doskonale władający warsztatem literackim. Henryk Tomanek potrafi też wejść w głębsze pokłady psychologii i na każdym kroku wiązać ciekawe wątki fabuły z niesamowitym zasobem wiedzy historycznej. Jak się dowiedziałem, książkę tę nosił w sobie przez całe życie i zmarł tuż po jej wydaniu. Pozycję Tomanka porównałbym do „Najeźdźców” Dobraczyńskiego. Z kolei w tematyce śląskiej jest doskonałym uzupełnieniem „Blisko coraz bliżej” Siekierskiego, który opisał dzieje sagi należącej do warstw plebejskich, podczas gdy tutaj Autor ogniskuje się na sferach inteligenckich. Konstrukcja powieści jest zasadniczo dwuosiowa. Z jednej strony wchodzimy w problematykę Śląska widzianą oczami Hugona Rothera, przemysłowca i farmaceuty wychowanego w kulturze niemieckiej. Z drugiej zaś strony mamy polską, plebejską społeczność górnośląską, z której wywodzi się Rudolf, instruktor przedwojennego harcerstwa. Wielkim atutem książki jest jej wielowątkowość i esencjonalność – niemal każde zdanie wnosi coś ważnego. Warto odnotować niektóre z podejmowanych tu tematów:

  • Rozległa historia Śląska – nakreślona od panowania Piastów poprzez Królestwo Czeskie, Cesarstwo Austriackie, a od połowy XIX wieku czasy pruskie i ponowne wejście Śląska w skład państwowości polskiej. Cała bogata historia w jej różnych epizodach odsłania się przed nami w dialogach, opisach miast, czy nawet w drobnych przedmiotach, które stają się kluczem do rozwinięcia jakiejś dygresji.
  • Piętno wojen, które przetoczyły się przez Śląsk (m. in. wojna trzydziestoletnia 1618-1648 pomiędzy katolicką Austrią a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojny śląskie 1740-1763 między  Austrią Habsburgów a Prusami Hohenzollernów o panowanie nad Śląskiem, wojna prusko-austriacka 1866 między katolicką dynastą Habsburgów a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojna francusko-pruska 1870-71, gdy Otto von Bismarck chciał osadzić na tronie hiszpańskim pruskiego księcia Leopolda, a Francja nie chciała dopuścić do zjednoczenia państw niemieckich, w rezultacie jednak doprowadzając do ustanowienia Cesarstwa Niemieckiego).
  • Funkcjonowanie na Śląsku tajnych towarzystw i loży masońskich, opisanych tu na przykładzie środowisk aptekarzy i przemysłowców.
  • Problemy etyczno-tożsamościowe Ślązaków zmuszanych do walki po stronie III Rzeszy – dylematy między pruskim pojęciem lojalności wobec państwa, a moralnością chrześcijańską związaną z katolickim tradycjonalizmem.
  • Struktury i działalność polskiego harcerstwa i środowisk tworzących polską konspirację w czasach hitlerowskiego terroru.
  • Szeroki przekrój śląskiego świata nauki, kultury i przemysłu – wpływ wrocławskiego ośrodka akademickiego na społeczność Górnego Śląska.
  • Wpływ środowisk berlińskich na społeczne życie Górnoślązaków (np. mocne zderzenie mentalnościowe, zarysowane np. na przykładzie działalności Freikörperkultur, prekursora  nudyzmu) – nakreślenie zasadniczych różnic między kulturą polską, śląską i pruską.
  • Charakterystyka śląskiej familiarności plebejskiej, związanej z katolicyzmem i propolską orientacją, bardzo dogłębne wejście w wewnętrzne życie śląskich familoków.

Podsumowując, stoimy tutaj przed rozległą i niezwykle bogatą panoramą Śląska, z pogłębionym kontekstem historycznym i socjologicznym. Mamy też bardzo psychologicznie nakreślone sytuacje, dialogi i sylwetki bohaterów. Jednak głównym atutem jest wciągająca fabuła z rozlicznymi dygresjami, zawierającymi wiele ciekawostek historycznych. Bardzo interesującym tematem jest psychologiczna analiza narodzin nazizmu i związane z tym etyczne dylematy wśród różnych grup społeczności śląskiej. Niebagatelną rolę odgrywają tu dialogi wewnętrzne. Wśród słabych stron można by wymienić pewną nieśmiałość w posługiwaniu się gwarą śląską i zbyt nagłe, niezasygnalizowane przeskoki między wątkami. Wyraźny jest też brak objętościowej symetrii między ukazaniem polskiej i niemieckiej strony Śląska (przeważa niemiecka, co nie znaczy, że odczuwalna jest tu jakakolwiek tendencyjność – przeciwnie, Autor z wielką atencją podchodzi do polskiej kultury i historii). Generalnie więc wszelkie uchybienia zdecydowanie bledną wobec ogromnych atutów tej książki, w której realizm postaci, dbałość o szczegóły historyczne i dogłębnie nakreślone sylwetki psychologiczne oraz doskonały warsztat literacki sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik tak się delektuje jej treścią, by jak najdłużej móc trzymać tę książkę w ręce. :)

 
 

Uwiąd cywilizacji – koniec końców czy stan spoczynku?

22 lis

2015_11_Suszki_pierwszy-śnieg

Suche rośliny przy pierwszym śniegu kojarzą mi się z jakimś uwiądem, który towarzyszy naszej staruszce Europie… Od lewej: bniec czerwony, szałwia lepka, goryczka trojeściowa. Pozostały wspomnienia kolorów – intensywnej czerwieni, żółci, granatu… I nadzieja, że znowu kiedyś zakwitną.

„Oświecenie, wynosząc człowieka do godności wszechmocnego stwórcy, zdegradowało go w rzeczywistości do poziomu zwierzęcego; odróżnienie dobra i zła zastąpiły kryteria utylitarne.” Tak pisał Leszek Kołakowski w 1997 roku – i dalej ciągnął: „Fundamentalne więzi, które podtrzymywały wspólnotę – rodzina, religia (a od siebie dodałbym jeszcze: naród, państwo, ojczyzna) zostały wyszydzone lub gwałtem rozerwane.” Krótko mówiąc, w oświeceniowym przewrocie można dopatrzyć się podwalin pod wszystkie najgłębsze kryzysy współczesnej cywilizacji – należy do nich: rozbicie rodzin, atomizacja społeczeństw, zanik patriotyzmu, sentymentalizacja i seksualizacja miłości, a także uwiąd wiary i nadziei. Niezwykle istotnym skutkiem jest również rezygnacja z obiektywnej prawdy na rzecz subiektywizmu i relatywizmu oraz złożenie piękna na ołtarzu wiecznego eksperymentu, napędzanego chorobliwym nienasyceniem i neurotycznym niepokojem.

Oczywiście byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał również tych dobrych stron oświeceniowego dziedzictwa: powszechnego dostępu do wiedzy, równouprawnienia płci, ras i narodów, sprawiedliwości społecznej, opieki socjalnej, a także wolności wyznania, słowa i rynku. Jednak i te dobrodziejstwa jakże często ulegają głębokim deformacjom! Każdy może dać sobie niezliczone przykłady absurdów, do jakich nas doprowadziły. Wartości te bywają też nagminnie wykorzystywane przez różnego rodzaju totalitaryzmy: Sowieci przez lata kradli zachodnią myśl techniczną, Chińczycy swą potęgę gospodarczą od dłuższego czasu budują na wolnorynkowych mechanizmach Zachodu (co nie przeszkadza im wykorzystywać niewolniczą siłę swego narodu), zaś islamiści cynicznie korzystają z europejskich zabezpieczeń socjalnych i praw człowieka, by sukcesywnie umacniać na naszym kontynencie swą niepisaną władzę i wojenną propagandę.

Znacznie groźniejsze są jednak mechanizmy autodestrukcji – kiedy to zachodni krytycyzm zwraca się przeciwko wartościom naszego świata, relatywizm wysadza ostatnie fundamenty obiektywnej prawdy i dobra, a w imię wolności człowiek oddaje się samobójczemu szaleństwu. Bo czyż takim szaleństwem nie można nazwać tego, co wydarzyło się ostatniego wieczoru na deskach wrocławskiego teatru? (a przynajmniej co było obwieszczane, bo nie wiem, na ile miała to być prowokacja). Media rozpisywały się o sztuce „eksperymentalnej”, w której zapowiedziano akt płciowy na żywo (dla mnie to niczym się nie różni od publicznego wypróżniania) – zastanawiam się, w imię czego? Wywołania szoku? (bo niczym innym już go nie można wzbudzić?). Ściągnięcia uwagi mediów? (bo inaczej kasa by się za taką miernotę nie zwróciła?) …Może właśnie to jest najbardziej adekwatnym obrazem agonii naszej kultury i cywilizacji? Tylko co po niej?…

 

Duchowy KORZEŃ – między lękiem a nadzieją…

09 wrz

2015_09_KORZENIE_Europy

Czy groźba odcięcia od Korzeni ma wymiar zewnętrzny czy wewnętrzny?… Dziecko obejmujące zakorzeniony pień i krzyże zapuszczające korzeń w skałę - nagrobki z Wożuczyna (w środku) i Sanoka (po bokach)

W ostatnim czasie zamieściłem w przestrzeni publicznej kilka filmów dokumentalnych i wywiadów, które dotyczyły zagrożenia, jakie wynika z islamizacji Europy. Materiały te spotkały się z ogólnym poparciem – były tylko dwa głosy stanowczego sprzeciwu. Ale właśnie one skłoniły mnie do głębszego zastanowienia nad swoją postawą – dlatego chciałem tym Osobom szczerze podziękować. Czy skupianie się na tych zagrożeniach nie było podszyte lękiem? Tak – choć jest to bardziej obawa o Zachodnią Europę, niż o Polskę czy tym bardziej o moje Bieszczady. Więcej jednak od lęku motywowała mnie bezsilna złość, że ludobójcza organizacja o nazwie Państwo Islamskie konsekwentnie realizuje swój plan, a świat biernie się temu przygląda. Wiem jednak dobrze, że ani lęk, ani złość, nigdy nie są dobrymi doradcami. Gdyby choć jedna rodzina, jedna niewinna osoba, miała ucierpieć z powodu tego mojego lęku i złości, to przyczyniłbym się tym tylko do kolejnego zwycięstwa religijnych fanatyków. Dlatego usuwam z sieci wszystkie materiały dotyczące islamskiego zagrożenia w odniesieniu do narastającej imigracji.

Rozmyślając nad tym zagadnieniem doszedłem do kilku zasadniczych pytań. Czy jesteśmy w stanie uniknąć drastycznych zmian, jakie czekają Europę? Chyba nie. Czy te zmiany zniszczą naszą cywilizację? Tego już przewidzieć nie można. Nadal sądzę, że to zagrożenie istnieje, ale nie możemy się przed nim bronić na oślep – nie wolno mi wskazywać zagrożenia w samym człowieku. Muszę wyizolować z niego zło – i tylko samo zło piętnować, nie odrzucając osoby. Nawet w imię obrony całej cywilizacji nie wolno mi krzywdzić ani jednej osoby, wpisując się w jakąkolwiek kampanię stygmatyzacji człowieka przez wiarę, kulturę czy narodowość. Potrzebny więc był ten głos z zewnątrz, abym stanął z boku samego siebie i przyjrzał się swoim emocjom z dystansu. Jeszcze rok temu starałem się zrozumieć mentalność muzułmanina – dziś łapię się na tym, że zaczynam islam postrzegać wyłącznie w kategoriach totalitarnej ideologii. Jednak każda ideologia bierze się z osobistych wyborów konkretnego człowieka. I tu dochodzę do pytania kluczowego: czy islam nie stanowi dla nas wyzwania na poziomie duchowym, a nie politycznym czy militarnym?

Europa sama odcięła się od swoich korzeni. Traci soki życia. Rzeka bez źródła staje się pustym korytem – takie koryta w Afryce wykorzystywane są jako drogi. Przez wyschnięte koryto Europy przetaczają się różne ideologie. Czy zatem Europa będzie islamska? To zależy tylko od nas – przede wszystkim od tego, jak odpowiemy na realne zagrożenia – przemocą, czy wewnętrzną przemianą? Ale przecież mamy prawo się bronić – mówi moje drugie „ja” – tego wymaga rozsądek. I znowu czuję rozdwojenie – sięgam więc po Biblię. Trafiam na rozdział 23 Ewangelii według Mateusza – ostre słowa Jezusa o faryzeuszach. Czuję wstrząs, bo odkrywam taki faryzeizm w samym sobie – z jednej strony wierzę, że wszystko przemija i nie tutaj mam szukać Królestwa, a z drugiej chcę stawiać mury i wykupić polisę na bezpieczne życie? Sięgam po Tomasza a Kempis, u którego czytam: „unikaj próżnej gadaniny”, „zachowaj powściągliwość, która przystoi cudzoziemcom i pielgrzymom”. I tu odsłania się światło: przecież każdy uczeń Chrystusa powinien na tej ziemi czuć się pielgrzymem i cudzoziemcem! Dopóki jesteśmy zanurzeni w świecie, nigdy nie będziemy „u siebie”. Tym bardziej musimy więc zadbać o tych, którzy utracili wszystko, co było ich dotychczasowym światem – wykazać autentyczną troskę, niezależnie od wynikających z tego zagrożeń.

PS.

Mimo powyższych przemyśleń nad naszymi lękami, wciąż zmagam się z pytaniem, czy pomagamy w sposób mądry? Jak pomóc tym, którzy nie mieli pieniędzy na podróż do Europy? Bo przecież ci, którym udało się tu przedostać, zapłacili przemytnikom ogromne sumy, a więc nie należeli do ludzi ubogich…  Czy zatem Europa nie skupia się na tych silniejszych, zapominając o słabych? Czy nie zostawiamy na pastwę losu prawdziwie prześladowanych, ograbionych z majątku chrześcijan, przyjmując muzułmanów, których stać było opłacić podróż? I czy nie powinniśmy przyjmować – jak powiedział papież Franciszek – rzeczywiście opuszczonych w potrzebie RODZIN?… I kolejne pytanie, które się z tym wiąże – dlaczego przytłaczająca większość przybyłych do Europy to samotni mężczyźni? Według raportu UNHCR stanowią oni 75% tegorocznej imigracji przez Morze Śródziemne (kobiety to 12%, dzieci – 13%). I czy tych samotnych mężczyzn, migrujących do Europy z Turcji, a więc z kraju dla nich bezpiecznego, można nazwać UCHODŹCAMI?

 

Między przekleństwem wolności a jarzmem odpowiedzialności

12 sie

2015_08_Carynskie_1

Caryńskie – kraina wolności (zdjęcie sprzed kilku dni)

Od wczesnych lat 70-tych ubiegłego wieku Bieszczady stały się Edenem dla polskich hipisów. Jedni szukali tu ucieczki od cywilizacji, inni ocalenia od narkomanii, jeszcze inni schronienia przed wojskiem. Wszystkich łączyła tęsknota za nieskażoną naturą świata i człowieka. Wolność hipisów wynikała z pragnienia, które rodzi się zawsze w człowieku, gdy się go radykalnie próbuje zamknąć w jakiejś sztywnej ramce – wtedy były to okowy komunistycznego systemu, ale i dziś tych ograniczeń nie brakuje. Hipisi zakładali więc w Bieszczadach swe szałasy, budowali prymitywne domki, uprawiali nawet swe poletka – wszystko po to, by odnaleźć siebie, swoją autentyczność, harmonię ze światem… Jedna z takich osad powstała w opustoszałej dziś dolinie Caryńskiego, po której ostatnimi dniami chodziłem w poszukiwaniu śladów dawnego wypasu…

Piszę tu o przebrzmiałej idei hipisów, ale ta wolność wciąż jest przez młodych poszukiwana – jako kontestacja społecznego konformizmu czy cywilizacyjnej klaustrofobii. W każdej sytuacji ta wolność ma charakter przeciwwagi dla ciężaru, jaki sobie człowiek przez wieki na grzbiet nakładał – w imię konwenansów, społecznie czy narodowo pojmowanej odpowiedzialności, norm prawnych i rygorów religijnych. Wszystko to może mieć wymiar pozytywny – pod warunkiem, że realizuje się w zdrowych granicach, po przekroczeniu których wszelka „nadodpowiedzialność” może być tak samo niszcząca, jak nadmiar wolności. Przerośnięta odpowiedzialność zabija w nas ekspresję i kreatywność, a także potrafi wpędzać w chorobliwe poczucie winy. Z kolei wolność może być nie do udźwignięcia, kiedy wpędza człowieka w kanał nieograniczonych możliwości, całkowicie zdejmując z niego wszelką odpowiedzialność – odciągając od powinności względem innych, znosząc duchową samodyscyplinę, a tym samym również blokując rozwój wewnętrzny.

Antidotum na pierwszy rodzaj nierównowagi (na różne formy nadodpowiedzialności) jest ŚWIADOMOŚĆ PRZEZNACZENIA, czyli uznanie, że moja łódź płynie nie tylko dzięki wiosłom, ale także w dużej mierze za sprawą dryfu lub prądów, które stanowią dla mnie tajemnicę. Nie wszystko zależy ode mnie, więc też nie mogę się zanadto obwiniać o niewykorzystane okazje, zmarnowany potencjał, popełnione błędy, czy niedopełnione zobowiązania. Z kolei środkiem na zrównoważenie nadmiaru wolności (bolączka dziś znacznie bardziej powszechna) jest ŚWIADOMOŚĆ RADYKALNEGO OGRANICZENIA – w postaci kruchości ciała, przemijania i śmierci. Zwróćmy uwagę, że zarówno pierwszy, jak i drugi środek wydają się podobne w jednym – stanowią odniesienie do czynnika zewnętrznego, który stanowi wyraźne granice naszej woli.

2015_08_hipisi-w-CarynskiemCaryńskie 40 lat wcześniej - w poszukiwaniu wolności, lata 70-te (zdjęcia z portalu nowahistoria.interia.pl, fotografie ze zbiorów Andrzeja Turczynowicza) 

 

Liberalizm i europejskie odwracanie pojęć

23 maj

2015_05_San i Jezioro_Solińskie2

San i Jezioro Solińskie, w głębi połoniny – brama do bieszczadzkiej wolności! :)

Na jednym z portali ekonomicznych przeczytalem właśnie kolejny artykuł, w którym autor piętnuje „neoliberalizm” jako źródło drapieżnej polityki dzisiejszego Zachodu. Zatanawiam się tylko, co pod tym pojęciem rozumie? Przecież to, co nam dziś serwuje unijny dyktat, to nie żaden liberalizm, lecz jakiś biurokratyczny zamordyzm. Czy możemy dziś bez zgody urzędnika wyciąć na swym podwórku drzewo, które zagraża budynkowi? Albo kupić krowę, nie rejestrując jej i nie prowadząc wytyczonej przez Unię buchalterii? Czy możemy postawić na włąsnej ziemi postawić szopkę na narzędzia bez biegania z papierami do urzędu? Czy mogę wsiąść do auta bez zapięcia pasów? Czy będzie nam wolno palić w piecu węglem? To jest liberalizm? Gdzie w tym wszystkim miejsce na wolnosć?…

Stajemy tu przed klasycznym zjawiskiem odwrócenia pojęć, które dziś tak bardzo się w naszym publicznym życiu rozpowszechniło. Jak można mówić o liberalnej (wolnej!) gospodarce, gdy wprowadza się szereg zawiłych regulacji rynku, gdy rolnictwo utrzymuje się na garnuszku dopłat, a rolnicy muszą płacić kary za nadprodukcję i gdy w zarodku tłumi się każdą inicjatywę, przygniatając małe, rodzinne firmy podatkami i tonami papierów? To wszystko jest liberalizm? Chyba rynkowy bolszewizm – że użyję tego mocnego, ale jakże prawdziwego sformułowania znanego filozofa polityki – Johna Gray’a. Bo istotą bolszewizmu jest to, że próbuje nam wmówić, iż działa w imię wolności i demokracji – niestety to, co on głosi, oznacza coś dokładnie odwrotnego.

Liberalizm, owszem, istnieje u nas jedynie w zakresie obyczajowo-ideologicznym – a i to nie zawsze, bo gdy tu i ówdzie pojawiają się zakazy, np. w zakresie systemu wychowania, wychodzenia poza polityczną poprawność, czy też odnośnie różnych form religijnej ekspresji, to takie działania również mają raczej mało wspólnego z liberalizmem. Warto więc na koniec przypomnieć samo pojęcie „liberalizm” (od łac. liberalis – wolnościowy). Gdzie tu mamy wolność, gdy na każde „pierdnięcie” potrzebujemy zgody dziesięciu urzędników? A najgorsze w tym wszystkim jest to, że większość społeczeństwa godzi się na to, traktując ten stan rzeczy jako „dopust”, który trzeba przyjmować z dobrodziejstwem unijnego inwentarza i z którym się nie dyskutuje…

 
Komentarze (26)

Napisane w kategorii Filozofia, Socjologia, Życie

 

Tajemnica ludzkiej „nagości”

19 kwi

Adam_Ewa_Neandertalczyk_połonina

Nasz Neandertalczyk z obrazem Adama i Ewy dotarł tym razem na Połoninę Bukowską ;) – w tle Rozsypaniec i Halicz…

Pisałem wczoraj o prapoczątkach człowieka i narodzinach „zmysłu etycznego” – dziś chciałbym zająć się bliżej problemem maski społecznej. Na co dzień doświadczamy pewnych układów zależności, związanych z określonymi funkcjami, materialnym statusem, pochodzeniem, wykształceniem, przynależnością ttd. Istnieją zawody, które w pewnych sytuacjach wymuszają określone postawy związane z prestiżem i pozycją – przykładowo urzędnik, lekarz, nauczyciel, policjant w szczególnym stopniu narażeni są na pokusę używania swej władzy nad drugim człowiekiem. Istnieją też w naszym życiu pewne zabawki, które również wyposażają nas w iluzję władzy – należy do nich szybki samochód, wypasiony smarfon, karta płatnicza, mikrofon, broń itd. Wiem, że rozrzut jest tutaj dość duży, ale wszystkie te gadżety łączy jedno – mamy dzięki nim przewagę nad drugim człowiekiem, zyskujemy zdolność kierowania innymi lub wpływania na ich relację do nas. Poczucie wyższej pozycji, niezależności, wolności…

Osiągnięty w ten sposób prestiż jest rodzajem iluzji, która oddziałuje na przeważającą część społeczeństwa. Lekarz bywa traktowany jak półbóg, od którego zależy nasze życie. Dyrektor może sobie pozwolić na protekcjonalny stosunek do swych podwładnych i apodyktyczne narzucanie im własnej woli. Urzędnik wzbudzać może lęk, bo od jego kaprysu zależy (zwłaszcza w polskiej rzeczywistości!) takie lub inne odczytanie mętnej litery prawa. Oczywiście człowiek refleksyjny potrafi się oprzeć tej pokusie, niezależnie od zajmowanego stanowiska. Jednak powszechność tego problemu świadczy, że wiele osób bezkrytycznie poddaje się „hipnozie” władzy – i działa to na obie strony, tj. na sprawujących rządy dusz i tych, co mimowolnie stają się im podporządkowani. Iluzoryczność całego tego „feudalizmu” – zarówno tego, który zdają się nam zapewniać pewne funkcje społeczne, jak też tego, który bywa zależny od gradacji materialnych i nowinek technologicznych - można w bardzo prosty sposób obnażyć. Wystarczy oczyma wyobraźni spojrzeć na każdego człowieka w jego „nagości”, zdejmując z niego garnitur władzy, odbierając mu zabawki i oddalając od najbliższego środowiska, by stracił kontakt ze swymi podwładnymi, petentami, pacjentami. Wtedy hipnoza przestaje działać! :)

Ciekawym doświadczeniem, realizowanym już zupełnie poza sferą wyobraźni, byłoby okresowe wyjęcie każdego człowieka spośród jego rekwizytów, masek i całej scenerii – np. poprzez losowe osadzenie go w zupełnie mu obcej społeczności na jakiejś odległej wyspie. Należałoby tylko tak wymieszać „osadzonych”, by osoby, które dotąd tworzyły świat społecznych zależności, nie miały ze sobą kontaktu. Nawet języki musiałyby ulec takiemu zmiksowaniu, bo przecież i styl mówienia bywa swoistym „rekwizytem” społecznej pozycji. Byłoby to może dla niejednego bolesnym doświadczeniem, ale miałoby też działanie uzdrawiające i oczyszczające, a przynajmniej wzbogacające o refleksję nad ludzką „nagością”. Bo w istocie wszyscy jesteśmy w głębi siebie nadzy – i ufam, że właśnie tacy spotkamy się kiedyś przed Bożym majestatem. Czym się wówczas okaże ten „majestat”, to także wielka tajemnica, bo nasze wyobrażenie Jego majestetu zbudowane zostało w dużej mierze również na tych naszych drobnych „majestacikach”.

 
 

Tragedia współczesnego Narcyza

05 paź

2014_10_Stebnik_NarcyzNarcyz kwitnący na starych grobach w Stebniku – i obraz Caravaggia „Narcissus” (1594 r.)

Natknąłem się dziś na ciekawą myśl Tomaśa Halika: „Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz samolubstwo. Przeciwieństwem wiary nie jest ateizm, lecz samoubóstwienie”. Prawdziwa miłość i wiara, rozumiana jako miłość do Boga przez człowieka – i miłość do człowieka przez Boga, oferują nam zawsze najwyższy pułap wolności – wyzwolenie z najcięższych galer – uwięzienia człowieka w samym sobie. Jednak każdy z nas nosi w sobie Narcyza – jak zauważa Halik – nawet święci i mistycy nie byli od niego wolni, co chwilami może nas razić w ich egzaltowanych wyznaniach. Jednak świętość polega na uświadomieniu sobie tej słabości i zaprzęgnięciu jej do pracy – im bardziej kocham siebie, tym bardziej czuję się wezwany do miłości tych, którzy mnie miłością nie darzą. Jak jednak odróżnić tę zdrową miłość do samego siebie od narcyzmu? Narcyz zawsze szuka podziwu u innych – konkluduje Halik – nie może się obyć bez tego narkotyku, w istocie jednak boi się zostać sam na sam z prawdziwym lustrem, którym bywają najbliżsi lub ci, którzy nie podejmują narcystycznej gry.

Narcyz zawsze szuka lustra własnej imaginacji, które nigdy nie mówi prawdy, lecz wyraża narcystyczne pragnienia – oszukuje jak w tej bajce, kiedy musi chwalić piękno królowej. Takie fałszywe zwierciadło stwarza w istocie pozorną rzeczywistość. W takiej sytuacji nie trudno o doznanie szoku i buntu wobec nagłej konfrontacji z innymi ludźmi. Halik sugeruje nawet, że stąd biorą się szaleńcze akty masowych zabójstw, dokonywanych na oślep, kiedy to szaleniec sam szuka śmierci, chcąc jednocześnie pociągnąć za sobą jak najwięcej ofiar. Dlaczego? Bo ten bunt go przerasta – a największym wrogiem wydaje się społeczeństwo, które przestało być owym zwierciadłem iluzji.  Skoro nie mogę zachwycać swym wizerunkiem, to przynajmniej zadziwię świat swoim postępkiem. Pojawia się kolejna iluzja – przeżycia własnej śmierci przez jej nagłośnienie, jak u Herostratosa. Motyw zewnętrzny może być różny – polityczny, ideologiczny, czy religijny. Giną ludzie przypadkowi, bo też nie jest ważne kim oni są i co czują – ważne jest, by tej zbrodni nadać jak największy rozgłos. Fanatycy gotowi są zabijać nawet współbraci w wierze, byle pokazać determinację, która w istocie jest pospolitym tchórzostwem – ucieczką od swego prawdziwego odbicia, osadzeniem własnej osoby na tronie samouwielbienia poprzez fałszywe męczeństwo.

Zastanawiam się, czy ci współcześni „Herostratosi” targnęliby się na taki krok, gdyby wiedzieli, że ich czyn nie zostanie przez nikogo zauważony? Z pewnością nie. Islamiści dzięki medialnemu nagłośnieniu w bestialski sposób mordują dziś zakładników na oczach całego świata. Zabijają niewinnych, którzy przybyli do ich kraju niosąc humanitarną pomoc. Owładnięci narcystycznym obłędem, który chcą uzasadnić służbą Allachowi, mordują tak naprawdę wyłącznie dla siebie – nawet wtedy, gdy zasłaniają twarz. Wystarczy fałszywy podziw i szacunek współtowarzyszy (szacunek fałszywy, bo gdyby taki „bohater” sam złamał jakiś punkt „świętego” prawa, natychmiast stałby się dla nich ostatnim śmieciem – prasa donosi, że doświadczył tego brat przywódcy Islamskiego Państwa). Można się zastanowić, dlaczego tak wielu islamistów rekrutuje się z zachodnich społeczeństw? Mieli przecież dotąd dostęp do zasobnego świata. Myślę, że w jakimś momencie rozbiło się ich narcystyczne lustro – prysnął fałszywy obraz, a pojawiło się odbicie prawdziwe, widziane w społeczeństwie – takie lustro trzeba jak najszybciej rozbić. Narkotykiem, który ma znieczulić sumienie i zagrzać do walki, jest religia (czy raczej jej surogat) – nieszczęściem dla świata staje się istny korowód takich „religijnych Narcyzów”, którzy ostatnim rozpaczliwym aktem próbują odtworzyć utracone lustro iluzji.

 

 

Każdy jest z prowincji, czyli siła oswojonych światów…

28 wrz

2014_09_DRZEWA

Wewnętrzna nisza współistnienia ze światem domaga się kreowania zewnętrznie oswojonych „prowincji” – do takich swojskich światów może należeć określone grupy osób, ulubione miejsca, czy przedmioty… W otoczeniu przyrodniczym szczególnie na mnie w tym zakresie działają drzewa – na zdjęciach bieszczadzkie buki: „ośmiornice” (po lewej) i „lesowik” opierający się o pień (po prawej)

Pierwsze chwile, jakie w moim życiu potrafię sobie świadomie odtworzyć, wiążą się z poczuciem głębokiej alienacji (choć w tym czasie nie wiedziałem nawet, że takie słowo istnieje) – miałem wtedy 3 lata i po raz pierwszy zostawiono mnie w przedszkolu, w którym doświadczenie obcego gwaru i opuszczenia przez najbliższych połączyło się na zawsze z obrazem surowego budynku, wielkich sal, zielonego gumolitu… Później podobne obrazy zanotowałem z pierwszej i drugiej szkoły, ze szpitala czy z kolonii. Ale kiedy się dokładniej przyjrzeć temu zjawisku, w którym wszystkie przedmioty i całe otoczenie nabiera cech obcości, dotykamy ciekawego problemu wysp swojskości na oceanie wyobcowania. Pamiętam czas studiów w Katowicach, czy pierwszą pracę w Krakowie, kiedy to obydwa miasta w równym stopniu mnie przytłaczały (gwarem, rozbieganiem i komercyjną drapieżnością), co przyciągały – szerokim wachlarzem ofert w zakresie kultury, czy po prostu na płaszczyźnie samego spotkania z człowiekiem. Nie chodzi jednak o ilość wydarzeń kulturalnych czy rozmiary tłumów. W każdym przypadku musiałem się nauczyć tworzyć własne nisze, w których funkcjonowanie mogło mieć charakter swobodnej refleksyjności i kreatywności.

W warunkach natężonego zgiełku i ‘światowości” szybko się tęskni za własnym, kameralnym podwórkiem, za tą swojską prowincją – i wcale nie dotyczy to wyłącznie osób wywodzących się z tzw. „Polski B”, bo prowincję nosi w sobie każdy, nawet mieszkaniec metropolii. Pojęcie „prowincji” używam tu w odniesieniu do oswojonych, małych światów, w których człowiek czuje się w pełni sobą, gdzie łatwiej mu funkcjonować w sposób autentyczny, tj. bez oglądania się na rzeczywiste lub urojone zagrożenia, bez działania pod presją opinii, która w każdej chwili może go odrzucić. Nasze „prowincje” bywają pod tym względem nader bezpieczne i przytulne. Nie znaczy to jednak, by zdrowo dla nas było się w nich zamykać. Wewnętrzny świat prowincji stwarzamy w sobie jako bufor zderzenia ze światami obcymi – z jednej strony taka nisza pozwala mieć poczucie azylu, w który zawsze można się schronić – z drugiej zaś strony staje się „zderzakiem” z tym, co nieprzyswojone – jest więc murem i mostem, granicą i spoiwem. Owe „prowincje” stanowią rolę amortyzatorów w zderzeniu z obcością, a zarazem katalizatorów w oswajaniu tychże obcości. Dlatego tak bardzo cenimy zewnętrzną ekspresję tej swoistości: język, gwarę, strój, zwyczaje i wszystkie inne atrybuty tożsamości.

Jaki charakter mają te „prowincjonalne nisze” – z czego się składają i jakie rozmiary mogą przybierać? Czy są przestrzenią bardziej zewnętrzną czy wewnętrzną? Myślę, że jednym i drugim – bo tworzą je miejsca, przedmioty i ludzie, ale też nie mogą funkcjonować bez subiektywnych doń odniesień, bez tej aury emocjonalnej, którą otaczam określone osoby, budynki, skwery, drzewa. Jednocześnie mam świadomość emocjonalności innych osób, dla których staję się wartością niewymierną i bezwzględną, które akceptują mnie bez względu na to co powiem, jak się zachowam. Istnienie takich „wysp” pozwala nam na żeglowanie po oceanie obcości – przez obecność tych „lądów” również ten nieznany świat staje się bardziej „mój”. A jednocześnie mam świadomość, że sam stanowię część czyjegoś „lądu” – przez co zaczynam istnieć bardziej prawdziwie, bo „istnieć-dla” znaczy móc się wznieść ponad rzeczywistość suchych faktów „być-niebyć”. W ten sposób również projekcja własnej śmierci, owo „przestać-istnieć-w-świecie” nosi nadal w sobie ten niezbywalny element relacyjny: „jestem-dla” (nawet jako umarły). Może właśnie dlatego owe wyspy „ja-dla-innego”, czy „inny-dla-mnie” stanowią coś szczególnie w naszym życiu ważnego. To na tych kameralnych skrawkach lądu rodzi się prawdziwe życie, którego nie może dosięgnąć żadna śmierć. Tu właśnie znajdujemy całą tajemnicę relacyjności.

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Psychologia, Socjologia, Życie

 

Współczesny TERRORYZM i TOTALITARYZM a Tischnerowskie i Norwidowskie rozumienie Kościoła

22 sie

2014_08_kościół_ŚLązacy_Bojkowie

Nasze lokalne kościoły: Łemkowie, Ślązaczki i Hucuł (moje miniaturki na szkle)

Krążą dziś w sieci zatrważające dokumentacje masowych egzekucji w Syrii czy Iraku, gdzie owładnięci szałem fanatyzmu islamiści zdają się delektować ucinaniem głów chrześcijanom i wszystkim, którzy mają jakikolwiek związek z cywilizacją zachodnią. Przyznam, że pierwszą pokusą wobec ta drastycznych doniesień jest chęć uczestniczenia w jakiejś współczesnej krucjacie, która wyruszyłaby na odsiecz naszych współbraci. Bo jeśli w ogóle uzasadniać służbę wojskową (a sam Jezus takiej nie ganił), to gdzie szukać większego jej usprawiedliwienia nad to, które wynika z obrony niewinnie męczonych i mordowanych? A przecież widzimy, że wśród ofiar tych masowych egzekucji są dzieci, kobiety i starcy, których jedyną „winą” była wierność Chrystusowi. Bolesne to doświadczenie dla nas, którzy jestemy świadkami na odległość. A co mogą przeżywać bliscy tych pomordowanych?

Trzeba nam dziś walczyć przede wszystkim z dwiema skrajnościami reakcji – pierwszą jest ZOBOJĘTNIENIE, bo wielokrotnie powtarzany obraz, choćby najbardziej z początku poruszający, z czasem wpisuje się w ornamentykę tła naszego życia, do której się przyzwyczajamy jak do szarej codzienności. Z drugiej strony pojawia się skrajność ODWETU, której żaden uczeń Chrytstusa akceptować nie powinien. Przede wszystkim nie wolno nam przenosić odpowiedzialności na wszystkich wyznawców islamu. To prawda, że ci zbrodniarze, którzy w tchórzowski sposób (zakrywając twarz) dokonują masakry niewinnych, stają się ucieleśnieniem zła i zaprzeczeniem jakiejkolwiek rerligii. Prawdą też jest, że opacznie pojęta tolerancja staje się pożywką dla rozzuchwalonej bestii fanatyzmu. Ale walcząc z przeciwnikiem jego metodami, sami szybko byśmy się do niego upodobnili. To by dopiero było pełne zwycięstwo szatana. Jak więc to wszystko ogarnąć?…

Z pomocą przychodzą mi słowa ks. Tischnera*, który pisał o dwóch doświadczeniach tego samego Kościoła – w warunkach totalitaryzmun i w sytuacji stabilnego bezpieczeństwa. W perwszym przypadku wiara saje się bolesnym zdobywaniem nadziei – w drugim ulega zwykle spłyceniu, a nawet wygaszeniu, zamieniaąc się w jakiś rodzaj religijnej estetyki. Właśnie to osatnie możemy zaobserwować w społeczeństwach zachodnich – nawet w chwilach życiowej próby łatwo nam schronić się w swym gniazdku. Takiego „gniazda” pozbawieni zostali nasi bracia w Iraku i Syrii. Tischner pisał, że najgłębszym aktem wiary jest słowo zawierzenia, wypowiedziane na samym dnie oświęcimskiego piekła. Z kolei Norwid** ujął to jeszcze radykalniej: „Kościół, który na Anglię nie przez boleść irlandzką – a na Rosję nie przez boleść polską działa, nie obchodzi mnie (…), zginie za niewiele już czasów, bo apostolstwo nie jest dyplomacją, kuglarstwem i kabalistyką, ale proroctwem szczerym.” Dziś proroctwem jest świadectwo prawdy, do którego jesteśmy wezwani…

___________________

* Józef Tischner – „Idąc przez puste błonia”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.

** C. K. Norwid – List do Augusta Cieszkowskiego, listopad 1850; w: „Pisma wierszem i prozą” oprac. Gomulicki. Warszawa 1973.

 

Zioła w życiu praktycznym, magicznym i symbolicznym – w naszej świadomości i podświadomości zakorzenione…

09 maj

2014_05_Zioła_dawniej

Zioła dawniej suszono często pod strzechą (Trzcinica)

Pojęcie „zioła” otwiera w naszej świadomości dość wąskie szlaki skojarzeniowe. Starsi ludzie mają na uwadze lecznicze herbatki, młodszym przychodzą na myśl pewne używki, zaś botanicy będą mieć na uwadze ściśle określoną grupę bylin. Tymczasem warto chyba wrócić do bardzo szerokiego znaczenia, pod którym kryje się nie tylko funkcja użytkowa, ale cała gama odniesień pozamaterialnych – z pogranicza magii, religii, symboliki czy podświadomej warstwy mentalnej. Inny wymiar miały zioła dla starożytnych druidów, inny dla średniowiecznej wiedźmy czy późniejszej znachorki, jeszcze inny dla naszych babć, które poświęcone bukiety ziół zatykały za obrazem lub wieszały gdzieś pod strzechą, na znak błogosławieństwa dla całego domostwa.

Zachodnia cywilizacja przyzwyczaiła nas do bardzo utylitarnego traktowania natury, w związku z czym przyroda w powszechnym mniemaniu jest ważna o tyle, o ile spełnia jakąś użyteczną funkcję. Świat zwierząt podzielono na gatunki pożyteczne i szkodniki, zaś rośliny – na chwasty i gatunki uprawne. Wiele to mówi o naszym sposobie interpretowania rzeczywistości. Z drugiej strony, jako przeciwwaga do takiego rozumowania, ukształtował się nurt „głębokiej ekologii”, w którym każda istota ma wartość samą w sobie, bez jakichkolwiek odniesień ze strony człowieka. Ale i ta strona medalu w pewnym momencie może zwodzić człowieka na manowce.

Chronimy za wszelką cenę jakiś rzadki gatunek tylko dlatego, że zanika – jakbyśmy chcieli zachować przyrodę w statycznym układzie, zapominając, że jej główną cechą jest dynamika: jeden gatunek ustępuje miejsca innym. Sztucznym podejściem jest traktowanie natury w sposób oderwany od człowieka. Prowadzi to do absurdów. Przyszedł mi teraz na myśl taki – z pozoru dziwaczny, a jednak konsekwentnie logiczny przykład: gdyby jakiś unikatowy gatunek grzyba powodował grzybicę skóry, to czy na chorym człowieku utworzyć mamy rezerwat ginącego gatunku? Podobnie czasem bywa z podejściem do ochrony przyrody – gdy chronimy ginącego storczyka, zakazując w jakiejś rolniczej miejscowości wypasu krów, stawiamy roślinę na ołtarzu, podporządkowując jej wszystkie inne wartości, łącznie z ludzkim życiem… Gdzie więc mamy szukać tego złotego środka, który zapewniłby nam właściwą relację do świata roślin?

I znowu proponuję, byśmy cofnęli się w przeszłość, do naszych bliższych i dalekich przodków, którzy przez tysiąclecia spontanicznie kształtowali wielopłaszczyznową przestrzeń współistnienia z przyrodą. Znajdziemy tu podejście czysto praktyczne, ale obok niego ta sama roślina była często traktowana jako atrybut życia religijnego, a przez wieki wykształciło się też związane z nią myślenie symboliczne. Roślina wchodzi też do pospolicie stosowanej frazeologii. Weźmy konkretny przykład maku, którego uprawa trwa od tysięcy lat – od dawna znane są też jego nasenne i narkotyczne, a czasem śmiercionośne właściwości. Mak był kiedyś w powszechnym użyciu pracujących matek, które uspokajały nadpobudliwe dzieci makowym „smoczkiem”. Był też regularnie obecny w bieszczadzkich ceremoniach pogrzebowych. Dlatego właśnie roślina ta pojawia się często w symbolice śmierci, wpisanej w kontekst snu wiecznego.

W Bieszczadach motyw makówek znajdziemy prawie na każdym cmentarzu, gdzie są jakieś stare nagrobki – w postaci ornamentów metaloplastyki nagrobnego krzyża, ale także w starej sztuce kamieniarskiej, umieszczającej maki w ręku aniołów, które mają nieść łagodną śmierć i czuwać nad spokojnym snem. Z tego samego powodu Bojkowie rozsypywali ziarenka maku przed zmarłym, aby sen na trwałe odgrodził go od świata żywych. W potocznym języku często używamy zwrotu „jak makiem zasiał”, wyrażając niewzruszoną ciszę, z jaką wiąże się również symbolika tej rośliny. Dodać tu należy również obecność maku w naszym narodowym malarstwie (np. u Jacka Malczewskiego, gdzie najczęściej symbolizuje łaskawą śmierć), a także w wymowie poetyckiej i patriotycznej (np. „Czerwone maki na Monte Cassino”). A to tylko jeden z licznych przykładów, gdzie roślina wrasta w naszą świadomość i podświadomość na bardzo wielu płaszczyznach.

Dzisiejsze obcowanie ze światem roślin często jest bardzo płytkie. Jeśli mówimy „mak”, na myśl przychodzi nam polny chwast lub pyszny makowiec. Zapomnieliśmy o szerokiej skali odniesień, które warto ożywiać – choćby po to, żeby wkraczając w świat otaczających nas „chwastów”, przeżyć piękną wędrówkę w głąb naszej bogatej kultury. Zatrzymując się nad pospolitą pokrzywą nie tylko przy okazji narzekania na jej parzące właściwości, ale odsłaniając w niej cały wachlarz dawnych wierzeń, zakorzenionych w ludowej mitologii – a także wracając do praktycznych metod jej wykorzystania w roli herbatki, sałatki lub szpinaku, czy w postaci surowca do robienia przędzy na sznurki lub zgrzebne ubrania, albo prostego środka do czyszczenia naczyń.

Ponowne odkrywanie wielofunkcyjności ziół, jak też wchodzenie w dawne szlaki skojarzeniowe, pozwala nam przeżyć wśród roślin czas, w którym człowiek nigdy nie będzie się nudził, zaś emocjonalne oddziaływanie ziół pozwoli nam o wiele szybciej zregenerować siły, niż moglibyśmy się tego spodziewać po chemicznym działaniu ziołowych terapii na nasz metabolizm. Krótko mówiąc bardzo potrzebne nam jest dzisiaj ponowne odkrycie świata roślin – nie tylko tego, który znajdziemy w suchych opisach encyklopedycznych, ale przede wszystkim tego, który istniał od zawsze w ludzkiej świadomości, penetrując naszą podświadomość głębokimi korzeniami wierzeniowych, symbolicznych i emocjonalnych odniesień.

2014_05_ZIOŁA-dzisiaj

Dzisiaj obserwujemy powrót do dawnych tradycji, nawet w miejskich blokach (Ustrzyki Dolne)

 

 

Między terrorem a dobrobytem…

04 mar

Wspomniana książka i ukraińskie cerkwie na moich miniaturkach malowanych na szkle (lewobrzeżne Sianki)

Właśnie przeczytałem „Ucieczkę z Sybiru” – wspomnienia Władysławy Pawłowskiej, żony polskiego oficera zamordowanego w Katyniu, którą deportowano do Kazachstanu. Cudem udało jej się przed wywózką ukryć roczne dziecko u swoich rodziców, co stało się dla niej silną motywacją do ucieczki przez kraj wielkiego spustoszenia, zwany „krajem rad”, do okupowanej Polski. Książka warta szczególnej uwagi dzisiaj, w obliczu politycznego i militarnego teroryzmu, jaki coraz wyraźniej stosowany jest przez Putina – wówczas Stalin stosował identyczne metody zastraszania, cynicznego kłamstwa i bezwzględnego deptania wszelkich wartości. Wszak sowiecka mentalność nie zna żadnych stałych zasad – jedynym kryterium działania jest skuteczność w walce o władzę. Dlatego właśnie dla propagatorów bolszewizmu nie istnieją takie pojęcia, jak honor, prawda, prawo, czy dobro. Głównymi metodami są przemoc i propaganda, obydwie rozwijane w atmosferze pogardy, kłamstwa i totalnego relatywizmu. Warto więc przyjrzeć się bliżej, jak funkcjonuje w takich warunkach ludzka psychika – i właśnie w tym zakresie dobrą ku temu okazją jest niniejsza lektura.

Podczas ciężkiej pracy w Kazachstanie – mimo surowych warunków tamtejszego życia, Władysława nie żali się na nowe otoczenie. Ludzie są życzliwi, nawet u nadzorców spotkać można elementy ludzkiego podejścia. Jednak z chwilą ucieczki, im bliżej Moskwy (przez którą musiała wracać do Polski), Autorka spotykała się z coraz większą atmosferę strachu. W samej Moskwie ludzie bali się nawet z nią rozmawiać, by nie być posądzonym o udzielanie szpiegowskich informacji. Dzisiaj czytałem, że podczas antywojennej demonstracji w Moskwie aresztowano ponad 50 pokojowo protestujących mieszkańców. Zamknęli nawet staruszki – wszystkich, którzy odważyli się rozmawiać z dziennikarzami. I jak tu nie mieć skojarzeń z sowieckim terrorem?… Kobieta bardzo szybko została aresztowana i osadzona w przeludnionym więzieniu, gdzieś koło Winnicy (na terenie dzisiejszej Ukrainy). Brutalnie przesłuchiwana, była niemal pewna rychłej śmierci. Miała tylko ufność w odmawianiu różańca, który udało jej się gdzieś ukryć. I cud nastąpił w wielkim zaskoczeniu wszystkich – Niemcy najechali na ZSRR, a pierwsze bombardowania zniszczyły mury więzienne. Tu Autorka po raz pierwszy była świadkiem, jak nagła metamorfoza zachodzi w człowieku pod wpływem strachu – jej dotychczasowy kat, naczelnik więzienia, nagle przemienił się w zalęknione i skruszone zwierzę, które pragnie przypochlebić się swym niedawnym ofiarom…

Dalsza droga przez tereny „niczyje”, była doświadczeniem prawdziwego raju – wiosna, trawa, las, zapachy… Można sobie wyobrazić, jak silnie to wszystko oddziaływało na Władysławę po długim okresie przebywania w zatłoczonej i ciemnej celi. Wtem pierwsi Niemcy, strach – i znowu wybuch radości: to Ślązacy, którzy z wielkim zainteresowaniem tylko wypytali kobietę skąd i dokąd idzie. Gdy odpowiedziała im po polsku, sami zaskoczeni przechodzą na ten język, wyrażając radość, że mogą z kimś po swojemu parę słów zamienić. Idąc przez ukraińskie wsie, Autorka napotykała niesamowitą nędzę. W całym tym spustoszeniu ludzie byli nadzwyczaj gościnni – widząc wynędzniałe więźniarki, zapraszali je za próg i karmili czym tylko mogli. Sami przecież dopiero co doświadczali sowieckiego terroru. A empatia jest najlepszą nauczycielką dobra. I etap ostatni – wejście do niemieckiej strefy okupacyjnej, gdzie sowiecki bazyliszek nie postawił jeszcze stopy. Tam ludzie żyli względnie zasobnie – ale też nasza Bohaterka doświadcza nieoczekiwanego zamknięcia ze strony gospodarzy. Oschłość, nieufność i lęk podyktowane były chyba tym, że ci ludzie mieli jeszcze coś do stracenia… I tu pojawiło się we mnie pytanie: czy względny dobrobyt nie staje się drugim biegunem terroru, jeśli chodzi o wycofywanie się człowieka w głąb siebie?