RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Tradycja’

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Statyka czy dynamika? Między Duchem a Tradycją…

04 cze
2017_06_Zesłanie_Ducha

Motywy zesłania Ducha Świętego bywały wyrażane bardzo statycznie – u góry: włoski obraz Duccio di Buoninsegna (XIV w.) i wschodnia ikona (na podst. XV w.).  Ale też miewały charakter niezwykle ekspresyjny – u dołu: Tycjan (1545) i El Greco (1600). Na tle obrazu „Zielone Świątki” Piotra Suchodskiego (1884)

Czy tradycja musi pozostawać w opozycji do ożywczego powiewu Ducha? Warto na samym początku wspomnieć, że katolicka myśl teologiczna dosyć ostro oddzielała zwyczaj od tradycji, czasem nawet je sobie przeciwstawiając. Thomas Merton pisał, że zwyczaj jest jak pasożyt, który potrafi tak silnie zespolić się z tradycją, że z czasem przestajemy jedno od drugiego rozróżniać. Zwyczaj czerpie z tradycji soki i tak doskonale potrafi ją udawać, że tamta w końcu całkiem zamiera, ustępując miejsca groteskowemu, częstokroć rygorystycznie traktowanemu formalizmowi. Taki kanon skostniałych zwyczajów w istocie staje się swoistym bałwochwalstwem – kultem rutyny, a jednocześnie zakamuflowaną postacią konformizmu.

W bezrefleksyjnym przestrzeganiu zwyczajów czujemy się bezpiecznie, bo odsuwamy od siebie zarówno egzystencjalne lęki, jak też wygaszamy niepokoje sumienia. Taki stan działa usypiająco wobec duchowej czujności i wrażliwości, w którą każdy został mocą Ducha wyposażony. Prawdziwa tradycja jest otwarta na nowe horyzonty – jest bowiem świadomością przebytej drogi i kryje w sobie pamięć o całym procesie dochodzenia do Prawdy. W ten sposób zachowuje żywą świadomość, że duchowość nie jest stabilnym ołtarzem, ale dynamiczną drogą. Zesłanie Ducha Świętego wpisuje się w tą tradycję, odsłaniając nowy horyzont w świetle konsekwencji tego, co już było, łącząc przeszłość z przyszłością. Czy zatem El Greco i Tycjan lepiej ujęli to zdarzenie, widząc w nim ożywioną dramaturgię? Chyba nie – wyrazili to tylko inaczej, bo przecież to, co się dzieje za sprawą Ducha, nie musi być dynamiczne na zewnątrz, przełamując przede wszystkim wewnętrzne bariery formalizmu.

Formalizm jest martwy i zamknięty na przestrzeń duchowego wzrastania. Żyjąc lękami naruszenia swej stabilności, nie dopuszcza do siebie powiewu Ducha Świętego. Tym samym jest również zatrzaśnięty na drugą osobę – zarówno na Boga, jak i na żywego człowieka, zastępując go figurą totemiczną lub abstrakcyjną. Dlatego też tradycja jest ze swej natury twórcza i ożywiająca, a wszelka niechęć do niej bierze się z owego pasożytowania formy na treści. Chciałbym być jednak dobrze zrozumiany – jeśli chcemy mieć udział we współczesnej Pięćdziesiątnicy, nie musimy walczyć z pięknymi zwyczajami, które nas otaczają. Wystarczy tylko mieć świadomość, że to są tylko drogowskazy. Tradycja jest jak samochód, którym zmierzamy do celu – nie może być jednak celem. Tradycja jest też jak droga, która nie stanowi domu, ale do niego prowadzi, stanowiąc jego żywą obietnicę.

 
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Duchowość, Tradycja

 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Święto Niepodległości – i kartka sprzed stu laty…

10 lis

kartka_11-11-1916

W przeddzień Święta Niepodległości chciałbym podzielić się taką familijną ciekawostką. To kartka, którą znalazłem na swoim strychu – wypisana dokładnie 100 lat temu.

Wysyłana z zaboru austriackiego do rosyjskiego (z uwagi na dość śmiałą treść przypuszczam, że w tym czasie Niwka nie znajdowała się już w rosyjskich rękach)… Myślę, że Nadawca nie miałby za złe, że to udostępniam – poczytajcie sami (pisownia oryginalna)… Kto dziś takie kartki do rodziny pisze?

Bielany, 10.listopada 1916 r.  Droga Stasiu, życzymy Ci wszelkiej pomyślności, byśmy w jak najbliższej przyszłości mogli odetchnąć po trudach wojennych, choć jeszcze mamy dużo pracy, bo moskal szelma bardzo się rozplenił, nie traćmy jednak nadziei. Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi i będziem znów Polskim Narodem (a nie ruskimi poddanymi). Niech żyje wolny Naród Polski!

Całuje Was wszystkich – Józef z Żoną

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Tradycja

 

Żywa pamięć – mowa cmentarnych kwiatów…

01 lis

2016_11_miechunka-chryzantema-rozaMiechunka w Dukli, chryzantema w Równi i róża – jako ornament i żywy kwiat w Olszanicy

Wspominałem już o wymowie dzikich roślin na naszych cmentarzach. A jakie żywe i sztuczne kwiaty podczas zbliżających się Świąt pojawiają się na bieszczadzkich grobach? Spójrzmy na kilka z nich…

ASTER – symbol życia, radości, życiodajnego słońca, a tym samym również Chrystusa. W greckim nazewnictwie astra utrwaliło się odniesienie do gwiazdy. W wymiarze świeckim odniesienie do optymizmu, w chrześcijańskim – do nadziei odkupienia. Aster należy do najpóźniejszych kwiatów, szczególnie jego dwa dość wysokie (do 1,5 m) amerykańskie gatunki, które tylko z tradycji zwane są astrami, bo należą do innego rodzaju – Symphyotrichum, o kwiatach niebieskich, fioletowych różowych lub białych – z żółtymi środkami – to aster nowoangielski (popularnie zwany „michałkami” lub „jadwiżkami” i nowobelgijski, zwany „marcinkami” – ich kwiaty pojawiają się jeszcze w listopadzie. Dużą rolę na cmentarzach odgrywają też astry chińskie, włączone również do innego rodzaju – Callistephus.

CHRYZANTEMA – w dniu Wszystkich Świętych pojawia się na niemal wszystkich naszych cmentarzach – w kontekście świeckim jako wyraz pamięci i przyjaźni. Warto też wspomnieć o pradawnym, chińskim odniesieniu chryzantemy do słońca, które w chrześcijańskiej symbolice zbiegło się z odwołaniem do Chrystusa, w czym odnajdujemy podobieństwo do wymowy astrów. W ostatnich dekadach chryzantema stała się jednym z najpowszechniej stosowanych kwiatów żywych i sztucznych.

KALIA – podobnie jak lilia, stanowi symbol czystości, ale także łaski Bożej i zbawienia. Dawniej również magiczny gwarant ochrony przed ukąszeniem (które w kontekście duchowym można odnieść do pokusy i grzechu). Kwiat jest na grobach stosowany w postaci ciętej i sztucznej – często w kompozycji z wieńcami. Coraz częściej kalia obecna jest na zdobieniach dużych zniczów lub innych ornamentów w zdobnictwie cmentarnym.

MIECHUNKA – choć ten bardzo popularny późną jesienią motyw zdobniczy jest owocem, nie kwiatem, warto o niej wspomnieć. Intensywnie pomarańczowe, owoce stanowią bardzo czytelny symbol duszy – ich barwa odnosi się do miłości, a trwałość – do wieczności. Pusty owoc wypełniony jest powietrzem, co zawsze było kojarzone z treścią duchową, a lekkość kierowała myśl ku eteryczności duszy. Istota wypełniona Bogiem, a jednak zachowująca swą tożsamość, którą symbolizują  delikatne nasionka.

NIEŚMIERTELNIK, czyli kocanka ogrodowa – oznacza zachowane w pamięci, trwałe piękno i dobro, a także trwały ból po odejściu zmarłej osoby. W Indiach kwiaty kocanki ogrodowej składane są w ofierze bóstwu śmierci i zniszczenia, Śiwie, uosobieniu przemijalności świata materialnego – stąd Śiwa przedstawiany jest często jako niszczyciel wędrujący po cmentarzach. Choć hinduistyczne odniesienia dalekie są kulturze bieszczadzkiej, to jednak nieśmiertelniki na trwałe wpisały się również w tutejsze odniesienia do przemijania czasu i umierania tego co piękne.

 RÓŻA – kwiat przede wszystkim znany z symbolizowania żarliwej miłości (często trudnej i bolesnej) – w wymowie religijnej związana z Maryją. Kopaliński pisze, że róża oznaczać może serce, mistykę, uduchowienie, modlitwę, natchnienie – ale także śmierć w kontekście zmartwychwstania, miłości i wieczności [Ko 1999]. Pojawiała się często na starych nagrobkach polskich, czasem również żydowskich (tam szczególnie róża dzika). Jako ornament najpowszechniej obserwować ją można na współczesnych pomnikach katolickich.

WRZOS – roślina o silnych konotacjach romantycznych, wnosząca w naszą kulturę nostalgiczne odniesienia do przemijania, w poezji – do spóźnionej miłości, a także bezpośrednio do śmierci, jak u Kasprowicza: Wrzos na granitów podścielisku szarem / spełznął na wieki („Z chałupy”).  Wrzos często też łączył symbolikę śmierci z tematyką żołnierską – i taką wymowę znajdziemy u bieszczadzkiego poety, Jana Szelca: Usłyszałem galop jego krwi / Potem palec położył na ustach / i zakwitły wrzosy… („Ostatnia szarża”). Częściej jednak się zdarzają odniesienia do nostalgii, również tej związanej z bezpowrotnym przemijaniem bieszczadzkiego świata, jak to czytamy u Wojciecha Maciaszka: W pajęczynie ścieżek, wśród wrzosów / Połonin i otryckich skał / Szukam historii bieszczadzkich losów („Obłoki bieszczadzkie rydwany”). W Bieszczadach dzikie wrzosy rosną na opuszczonych pastwiskach i przesuszonych torfowiskach – na cmentarzach nie pojawiają się prawie wcale, z wyjątkiem tych sadzonych.

ZIMOWIT – jedne z najpóźniej kwitnących kwiatów, pojawiające się nawet w listopadzie, stanowią wyraz nadziei na to, że dusza może rozkwitnąć o każdej porze życia. Kwiat ten symbolizuje także proces przejścia przez próg śmierci. Zimowit jest rośliną silnie trującą, co może tylko wzmacniać tę wymowę. W świeckim odczytaniu symboliki kwiatów oznacza melancholię, a także cudowną przemianę ducha.

 
 

Metafizyczna wymowa cmentarnych CHWASTÓW…

01 lis

2016_10_Powój (Lesko-Zarszyn)Powój oplatający nagrobek (Zarszyn – po prawej) – i motyw z powojem obejmującym krzyż (Lesko )

Czy zastanawialiście się, jakie konotacje ze śmiercią i życiem wiecznym kryją się w dzikich roślinach, które towarzyszą naszym cmentarzom? Ich odniesienie do śmierci bywa mniej lub bardziej uświadomione, a czasem pozostające zupełnie poza świadomą percepcją. Wkraczają między groby i na same mogiły zupełnie bez udziału człowieka, a jednak ich znaczenie wśród cmentarnej zieleni jest niebagatelne. Obecność tych roślin wnosi ze sobą niezwykle bogatą i ciekawą symbolikę. Warto więc przyjrzeć się bliżej tym cmentarnym „chwastom”, które znane są nam również z innych siedlisk, jednak tutaj - występując w określonej kompozycji i kontekście, nabierają wymowy szczególnej.

W pierwszej części tej wędrówki przez roślinną bramę do świata zmarłych spróbujmy zajrzeć na całkiem ŚWIEŻE MOGIŁY, gdzie spotkamy rośliny jednoroczne i pionierskie byliny, takie jak np. podbiał, wilczomlecz, powój czy gorczyca. Zakorzeniają się one w śmierci zarówno poprzez dosłowne wrośnięcie w gliniasty kopiec grobu, jak również przez wniknięcie w kulturowy korzeń naszych skojarzeń.

WILCZOMLECZ, bywał u poetów symbolem dzikości, która w sposób szczególny wpisana jest w bieszczadzki krajobraz – tak oto pisze Ryszard Kulman w wierszu „Bieszczadzka ikona Koszeli”.: Ach! oczy Preczystej / Rozpamiętując je w krzyku orlika / na bezludnym Haliczu odnajdę / w sierści wilczomlecza… Ale też za sprawą trującego działania miał wilczomlecz zawsze odniesienia do mrocznych stron związanych ze śmiercią.

POWÓJ występuje też jako woal zapomnienia na dawnych pogorzeliskach, o czym czytamy „Traktacie moralnym” Czesława Miłosza: Cóż dał tak zwany świt pokoju? / Ruinom trochę dał POWOJÓW… W podobnym znaczeniu powoju używa Janusz Gołda w „Studni”, pisząc o śladach bieszczadzkiej zagrody: Jej okrągłą cembrowinę, porośniętą / teraz kosmatką i POWOJEM, postawiono / z łupanego piaskowca łączonego gliną…

PODBIAŁ znajdował w poezji konotacje sentymentalno-melancholijne, jak w wierszu Kasprowicza – „O mojej wybranej – Ojczyźnie”: Krwawnikiem zarosłe ich brzegi, / Łopianem i PODBIAŁAMI: / Spieszą z Nią razem, topole / Ślą swe westchnienia za nami. U tego samego poety podbiał znajdował też bezpośrednie odniesienia do grobów – np. w „Krzaku dzikiej róży”: Kopcie samotny grób / tam, na tej miedzy szerokiej, / gdzie rośnie łopian chropawy, / gdzie srebrne lśnią się PODBIAŁY…

GORCZYCA za sprawą tekstów biblijnych stała się wyrazem ukrytej wielkości – nawiązał do niej Jezus w swej przypowieści: „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach” (Mt 13,31).

W innym miejscu Jezus przyrównał jej nasionko do prawdziwej wiary: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!”, a byłaby wam posłuszna (Łk 17,6). Chodziło oczywiście o inny gatunek, niż nasza mizerna gorczyca polna – tak czy owak, pochylając się nad tą roślinką, warto przypomnieć sobie odwieczne skojarzenia z jej nazwą – jak wielki plon duchowy przynieść może jej małe ziarenko…

ciąg dalszy nastąpi

 
 

Znamię Kaina

16 wrz

2016_09_Kain i Abel1)    Wspomnienie raju w dzieciństwie Kaina i Abla – fragment obrazu „Adam i Ewa…”, Louise-Holandine von der Pfalz, 1660 r.   2)    Zbrodnia Kaina – fragment obrazu „Kain i Abel”, José Vergara Gimeno, XVIII w.   3)    Drugie wygnanie – fragm. obrazu „Sprawiedliwość i boska zemsta”, Pierre-Paul Prud’hon, 1808 r.

Dlaczego Bóg nie przyjął ofiary Kaina? Zawsze miałem przeświadczenie, że mit o dwóch biblijnych braciach opowiada nam o czymś więcej, niż tylko o przyczynach i skutkach zbrodni. Bo w tej kwestii jest wszystko czytelne: zazdrość, gniew, zabójstwo i przekleństwo. Mamy tu jakby powtórzenie sceny wygnania z raju: „Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!” (Rdz 4,11-12). Dlaczego jednak nie zostały przyjęte płody ziemi (praca rolnika), podczas gdy miła Bogu stała się ofiara pasterza? Czyżby to miało odwzorowywać prastary konflikt między pasterzami a rolnikami, jaki znajdujemy w sumeryjskim utworze o Dumuzi i Enkimdu?…

Odpowiedź znajdujemy w nieco wcześniejszych wersetach Księgi Rodzaju, zanim jeszcze doszło do zabójstwa – gdy Bóg zwrócił się do Kaina: „Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować.” (Rdz 4,6-7). Widzimy tu wyraźne zwrócenie się w stronę INTENCJI człowieka. Kain chce się Bogu przypodobać, konkurując o Jego względy z Ablem. Widząc zaś, że tę konkurencję przegrywa, postanawia pójść na skróty, by za wszelką cenę unicestwić pierwszeństwo brata. Jednak kara, jaka spotkała Kaina, zdawała się wyprzedzać samo zabójstwo. Wszak karą było już samo nieprzyjęcie ofiary. Bóg ma wgląd w nasze intencje, a one stają się podstawą do wartościowania naszej ofiary. To podstawowa wymowa tej opowieści, jaka się przede mną odsłoniła.

Ale nawet gdy już sercem człowieka zawładną złe intencje, Bóg wychodzi naprzeciw – tutaj widzimy to w próbie podjęcia przez Boga dialogu z Kainem. Ten jednak się odwraca, nie wchodząc w żywą relację. Był pierworodnym synem i stał wyżej w hierarchii (rolnictwo symbolizowało wyższą rangę niż pasterstwo) – tym bardziej więc rościł sobie prawo do przyjęcia własnej ofiary. Była ona jednak pozbawiona gotowości na podjęcie żywego dialogu z Bogiem, co sprawiało, że sam fakt ofiarowania stawał się instrumentalnym podejściem do Stwórcy. Ofiara Kaina miała charakter magicznego okiełznania żywiołów, przez co w swej wymowie stawała się pogańska i pełna pychy. Mit o Kainie to dla mnie wspaniała nauka o ludzkiej naturze, w której doznajemy nieustannych zmagań o zachowanie czystej intencji, do której nieustannie zakrada się myśl interesowna i podpowiadająca „masz takie samo prawo”…

 

Barwinek – brama do dawnych światów i okno nadziei w pośmiertną przyszłość

23 cze

2016_06_barwinek_cmentarze

Barwinek (Vinca minor), cieszący się tak bogatą gamą kulturowych odniesień i tak głęboko w naszą historię zakorzeniony – na grobach w Hoszowczyku (w środku) i w Wołosatem (po bokach)

Naturalny składnik runa w lasach grądowych na pogórzu, dziś bardziej znany ze stanowisk wtórnych, gdzie przez dawnych Bojków i Łemków był przenoszony. Barwinek, tak często w Bieszczadach porastający stare cmentarze, kapliczki i cerkwiska, radzi sobie z konkurencją innych roślin doskonale – często przeżywając wszystkie pomniki nagrobne i jako jedyny wskazując na dawne miejsca pochówków. Roślina do dziś często używana do zdobienia kościołów i cerkwi – z uwagi na jej mocno utrwaloną symbolikę dotyczącą życia wiecznego… Dziś widać już jego ostatnie kwiaty (kwitnie w maju i czerwcu) – czasem powtarzając kwitnienie późniejszym latem, ale zimotrwałe liście zachowuje przez cały rok, również zimą. Nie zamierają mimo najsroższych mrozów, stąd ich odniesienia do nieśmiertelnej duszy. Barwa kwiatu wiedzie ku skojarzeniom z niebem. Łatwo zakorzeniający się pęd, szybko tworzący zwarte kobierce – to obraz ożywczego niesienia i zakorzeniania Dobrej Nowiny, a lecznicze działanie tej rośliny – może sami spróbujecie odpowiedzieć, jaki mogło mieć wpływ na symbolikę?

 Liście barwinka zawierają alkaloidy obniżające ciśnienie krwi. Obecna w barwinku winkamina stosowana jest jako lek przeciwskurczowy, głównie na dolegliwości wieńcowe, choć jednocześnie w większych dawkach może być trująca. Ksiądz Baroni zalecał go na wspomaganie całego układu krwionośnego. Napar był stosowany zewnętrznie na okłady – głównie na drobne zranienia. Nalewka zażywana w postaci kropel przez niektórych bywała też zalecana w stwardnieniu rozsianym (młode pędy zalane 95 % spiritusem i na 2 tygodnie odstawione). W południowych regionach Polski (Wallis 1995) świeżymi liśćmi okładano szyję chorego na gardło. Ziele to było również zewnętrznie stosowane na Ukrainie – jako środek gojący rany, a wewnętrznie – na krwawienia jelitowe i maciczne (Wołynczenko 2002). Młode liście z octem spożywano po ukąszeniu żmii lub owadów. Zaś kwitnące pędy zalane winem służyły do hamowania upławów. W czasach Pliniusza (I wiek) barwinek znany był jako „ziele zębowe” – przy bólach zębów usta płukało się jego wywarem. Syreniusz (XVI w.) podawał, że barwinek przewiązany u łona miał przed poronieniem chronić. W ukraińskiej części Karpat Wschodnich stosowało się go również jako środek krwiotwórczy i oczyszczający. W średniowiecznej Francji ziele to nie miało tak jednoznacznych konotacji i zwano je „fiołkiem czarownic”, co wynikało z powszechności magicznego stosowania. Z kolei Słowianie wierzyli, że to właśnie barwinek chroni od wszelkich złych mocy, również od czarownic. W ludowej obrzędowości Karpat ulistnionymi pędami przyozdabiano też koszyczki z wielkanocną święconką i wyplatano z nich panieńskie wianuszki (Siarkowski 1890). U Bojków wiązał się z ceremonią zaślubin, dlatego niezamężnym pannom wkładano do trumny wianek z barwinka (Falkowski,  Pasznycki 1935). W okolicy Wołkowyi przed Weselem zdobiło się chałupy (okna i drzwi) plecionkami z barwinka, a barwinkowe wianki ze wstążkami, stosowane były jako naznaczenie młodożeńców.

 Skąd się biorą te wszystkie nasze subiektywne relacje do roślin? Czy bardziej wpływ na to mają dawne WIERZENIA? (które często w sposób zupełnie podświadomy przekazywane są z pokolenia na pokolenie – jako emocjonalne podejście do określonych roślin), utrwalone w kulturze MOTYWY? (w malarstwie, literaturze, poezji itd.), FUNKCJE LECZNICZE? (sposób fizjologicznego oddziaływania na nasz organizm), a może sama BIOLOGIA i MORFOLOGIA? (cechy budowy i sposób „zachowania”, czyli wrażenia wizualne, w których odczytujemy różne treści), czy też całkiem indywidualne i osobiste SKOJARZENIA? (czyli aspekty wiążące daną roślinę z różnymi wydarzeniami w naszym życiu). Nie bez znaczenia pozostaje łacińska nazwa - barwinek zwany mniejszym (minor) staje się prawdziwym gigantem w zakresie symboliki życia duchowego… A może jeszcze inne aspekty, których tu nie wymieniłem?…

Literatura:
  • Falkowski J., Pasznycki B. 1935. Na pograniczu Łemkowsko-Bojkowskiem. Prace etnograficzne. Wydawnictwo Towarzystwa Ludoznawczego. Lwów.
  • Siarkowski W. 1883. Legendy o zwierzętach, drzewach i roślinach. Zwak, Kraków.
  • Wallis Stanisław 1995. Stanisława Wallisa zielnik roślin leczniczych i magicznych. Muzeum w Chorzowie.
  • Wołynczenko W. A. 2002. Lekarstwiennyje trawjanyje zbory. 3600 cjelitelnych receptow. Izdatjelstwo Act, Izdatjelstwo Stałker, Donieck.
 

Odczytując tęczę…

11 maj

2016_05_TĘCZA

Dwa łuki rozpięte wczoraj nad doliną Ustrzyk …oraz trznadel – mój stały gość i osobisty symbol nadziei :)

Tęcza jako zjawisko ma dość prostą naturę – rozszczepienie światła na poszczególne widma, z których najbardziej widocznymi, idąc kolejno od zewnętrznej strony łuku, są:  czerwone, pomarańczowe, żółte, zielone, niebieskie i fioletowe. Przy silnym natężeniu zjawiska obserwować można tęczę wtórną – o łuku większym i odwróconej kolejności barw. Pomiędzy obydwoma łukami istnieje ciemniejszy obszar – tzw. „pas Aleksandra” – ciemniejszy, gdyż nie trafiają do niego odbite promienie świetlne. Oczywiście tęczy trzeba szukać zawsze po przeciwnej stronie słońca i w strefie opadów deszczu. W sprzyjających okolicznościach można zobaczyć tęczę księżycową, a znacznie częściej – wodospadową. Fizycznie tęcza nie istnieje, będąc jedynie efektem optycznym, docierającym do oczu obserwatora, odpowiednio ustawionego względem żywiołu wody i Słońca. Wszystko to ma głęboką wymowę symboliczną, ale o tym za chwilę. Najpierw prześledźmy nieco historię odniesień do tęczy w historii i kulturze.

W mitologii Greków tęcza była drogą, którą przemierzała Iris między niebem a ziemią. W Chinach wierzono, że jest szczeliną w niebie. Hindusi zaś wyobrażali sobie, że jest łukiem Indry – boga błyskawic. Wśród Skandynawów panowało przekonanie, że tęcza stanowi most łączący świat ludzi i bogów. Aborygeni mówią, że świat narodził się z tęczowego węża. Zaś w mitologii słowiańskiej tęcza przemieniała duszę zmarłego lub żyjącego człowieka w płanetnika (chmurnika), który dzięki niej zdobywał panowanie nad żywiołami atmosfery. Indiańska legenda szczepu Kri mówi: Kiedy świat jest chory i umiera, ludzie powstaną jak Wojownicy Tęczy. W Biblii tęcza stała się symbolem przymierza między Jahwe i człowiekiem – i obietnicą błogosławieństwa danego odnowionemu stworzeniu po potopie. Współcześnie do tęczy, jako symbolu pokoju i powszechnej wspólnoty, odwoływali się często hipisi. Tęczowa flaga stanowiła też symbol masońskiego zakonu, a później również wciągnięto ją na sztandary homoseksualistów i środowisk LGBT. Jaki obraz wyłania się z tej niezwykle złożonej symbolizacji?

Tęczę można tu ująć jako znak wielowymiarowy, odnoszący się do łączności z niebem, dysponowania nadprzyrodzoną siłą, mostu między światem żywych i zmarłych, śmiertelników i bogów. Staje się też tęcza obrazem pojednania, pokoju, jedności, tolerancji, często będąc w użyciu przez środowiska sobie przeciwne. A jak ją można odczytać na płaszczyźnie życia duchowego? Tęcza rodzi się ze zderzenia przeciwieństw – światła i ciemności, słońca i deszczu, jest więc jakimś zwieńczeniem wewnętrznej walki, jaką w sobie toczymy. Płynne przejścia między barwami, jak też rozpięte między wzgórzami ramiona łuku, odczytać można w kategoriach drogi, którą przemierzamy między kolejnymi etapami życia duchowego. Wreszcie pojawianie się tęczy na tle mroku i żywiołu – burzy, wodospadu, księżycowej nocy – wszystko to staje się czytelnym znakiem nadziei w sytuacjach, które zdają się ją całkowicie odbierać. I niech na zawsze tęcza pozostanie dla nas obrazem wzywającym bardziej do refleksji, niż do ideologicznej walki. A co jest Twoim osobistym odczytaniem tęczy?…

 

Ogród duszy – między rajem a niebem

08 maj

2016_05_ogrody_Jabłoń

Kwiaty i owoce mojego ogrodu, dziś i jesienią – oraz owocujące konary drzewa na ustrzyckim witrażu…

Nie znam hebrajskiego, ale w mądrej książce* wyczytałem, że słowo „ogród” występuje w Biblii w dwojakim znaczeniu – jako „gan”, czyli obfitość  zieleni odgrodzona od skał i piasków murem, tłumaczona często jako „raj” – i pardes, czyli wypielęgnowany park otaczający pałac (co w greckiej Septuagincie zostało również przetłumaczone jako „raj” – przez podobieństwo słowa do gr. „paradeios”. Tak czy owak ogród stał się synonimem wprzódy panującej harmonii i szczęścia – zaś jego zniszczenie było obrazem kary za wystąpienie przeciwko ustanowionemu porządkowi świata (Jl 2,3, Am 4,9).

Symbolika wpisana w wyobrażenia związane z ogrodem dotyczyła też pojedynczej osoby. Nawodniony ogród to człowiek zbawiony, o czym mówi Izajasz: „Będziesz jak zroszony ogród” (Iz 58,11). Podobnej metafory używa Jeremiasz: „Życie ich będzie podobne do zroszonego ogrodu” (Jr 31,12). Co ciekawe, ogród stał się też, jak dobrze wiemy, miejscem męki – przynoszących obfity owoc cierpień i ostatecznej przemiany w zmartwychwstaniu. Chodzi o słynne Getsemani. W ogrodzie znajdował się przecież grób Jezusa, stąd Maria Magdalena w pierwszej chwili wzięła Zmartwychwstałego za ogrodnika.

Tak więc biblijny Adam z ogrodu wyszedł – i do ogrodu powrócił. Wszak odwieczna tradycja Jezusa zwie drugim Adamem. „Encyklopedia tradycji i legend żydowskich” podaje, że w Edenie każdy ziemski kształt ma wyryte swe odbicie. Ogród jest tu więc obrazem całego stworzenia przed jego skażeniem. Podobną klamrą spinającą początek i koniec – pierwotny raj i wyczekiwane niebo – jest „nowe Jeruzalem” w Apokalipsie, przez które przepływa krystaliczna rzeka – i w którym rosną owocowe drzewa (Ap 21,1-2). Może więc warto zanurzyć  się w naszych ogródeczkach i ogrodach z myślą o tej nieskażonej harmonii, której obraz kryje nasza podświadomość ?

* Polecam tu książkę Barbary Szczepanowicz „Rośliny biblijne”, wyd. Petrus, Kraków 2014.

 
 

Między popiołem a palmą

10 lut

Popielec - Julian Fałat

Julian Fałat – „Popielec” (fragment obrazu)

Skąd się kiedyś brało popiół do posypywania głów? Jaka była wymowa popiołu, a jaka prochu w Biblii? Skąd tradycja 40 dni postu?… Może zacznijmy od ostatniego pytania – 40 dni trwał potop, po którym Bóg zawarł przymierze z ludzkością,  – 40 lat Izraelici chodzili po pustyni, zanim weszli do Ziemi Obiecanej,  – 40 dni szedł Eliasz na górę Horeb (gdzie Bóg objawił się w łagodnym wietrze), – 40 dni pościł Jezus na pustyni, gdzie był kuszony przez Szatana. Owa „czterdziestka” staje się tu zatem liczbą bardzo symboliczną, nawiązującą do okresu przejścia i oczyszczenia.

PROCH oznacza przemijanie – dotknięcie przez czas, POPIÓŁ – zniszczenie przez żywioły tego świata – dlatego Hiob po bolesnych doświadczeniach przyznaje wyznaje: „kajam się w prochu i popiele” (Hi 42,6). Czytałem gdzieś piękne porównanie, że Towarzysząca postowi jałmużna i modlitwa to uczynki światła. Ale żeby mogło zajaśnieć światło, to coś wcześniej ulega spaleniu, czyli musi się dokonać jakieś poświęcenie. Z tego też powstaje popiół, który jest symbolem pokory i pokuty… Wymowny jest tutaj związek popiołu z gałązkami wierzby – symbol zniszczenia został w ten sposób nierozerwalnie połączony z obrazem życia – ale przejście jest obustronne: spalone gałązki to wejście z doczesności w śmierć, ulistnione gałązki – to ponowne odrodzenie – tym razem do życia duchowego.

A w jaki sposób w ludowej symbolice Wielkiego Postu i Zmartwychwstania gałązki wierzby i innych świeżo ulistnionych pędów związane zostały z popiołem? Otóż Środa Popielcowa od dawien dawna sprzęga się z okresem wielkanocnym właśnie przez palmy. W Środę Popielcową ścinano gałązki malin i porzeczek, pędząc z nich w ciepłym pomieszczeniu liście, by w ten sposób uzyskać zieloną wiązankę na Palmową Niedzielę. W gałązki te wplatano pędy barwinka, cisu, brusznicy, widłaka, no i oczywiście wierzby. W czasie Wielkiej Soboty część tych poświęconych palm spalano w ogniu, a ich popiół służył w następnym roku do posypywania głów. Czy tak jest i dzisiaj? To już pytanie do tych, co są najbliżej Ołtarza. :)

 
 

Tam, gdzie OBCOŚĆ staje się powłoką SWOJSKOŚCI…

11 sty

2016_01_Zawsze_obcy

Powieść Henryka Tomanka to dość gruba pozycja (565 stron), obejmująca dzieje Ślązaków w najtrudniejszym okresie historii 1938-1953, z rozwinięciem bogatych wątków dygresyjnych dotyczących historii Śląska – książka wciągająca nie tylko zgromadzoną tu wiedzą, ale także stworzonym klimatem i psychologią postaci…

Dawno nie czytałem tak dobrej powieści! Autorem książki „Zawsze obcy” jest Ślązak z wykształceniem inżynierskim, ale doskonale władający warsztatem literackim. Henryk Tomanek potrafi też wejść w głębsze pokłady psychologii i na każdym kroku wiązać ciekawe wątki fabuły z niesamowitym zasobem wiedzy historycznej. Jak się dowiedziałem, książkę tę nosił w sobie przez całe życie i zmarł tuż po jej wydaniu. Pozycję Tomanka porównałbym do „Najeźdźców” Dobraczyńskiego. Z kolei w tematyce śląskiej jest doskonałym uzupełnieniem „Blisko coraz bliżej” Siekierskiego, który opisał dzieje sagi należącej do warstw plebejskich, podczas gdy tutaj Autor ogniskuje się na sferach inteligenckich. Konstrukcja powieści jest zasadniczo dwuosiowa. Z jednej strony wchodzimy w problematykę Śląska widzianą oczami Hugona Rothera, przemysłowca i farmaceuty wychowanego w kulturze niemieckiej. Z drugiej zaś strony mamy polską, plebejską społeczność górnośląską, z której wywodzi się Rudolf, instruktor przedwojennego harcerstwa. Wielkim atutem książki jest jej wielowątkowość i esencjonalność – niemal każde zdanie wnosi coś ważnego. Warto odnotować niektóre z podejmowanych tu tematów:

  • Rozległa historia Śląska – nakreślona od panowania Piastów poprzez Królestwo Czeskie, Cesarstwo Austriackie, a od połowy XIX wieku czasy pruskie i ponowne wejście Śląska w skład państwowości polskiej. Cała bogata historia w jej różnych epizodach odsłania się przed nami w dialogach, opisach miast, czy nawet w drobnych przedmiotach, które stają się kluczem do rozwinięcia jakiejś dygresji.
  • Piętno wojen, które przetoczyły się przez Śląsk (m. in. wojna trzydziestoletnia 1618-1648 pomiędzy katolicką Austrią a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojny śląskie 1740-1763 między  Austrią Habsburgów a Prusami Hohenzollernów o panowanie nad Śląskiem, wojna prusko-austriacka 1866 między katolicką dynastą Habsburgów a protestanckimi państwami I Rzeszy, wojna francusko-pruska 1870-71, gdy Otto von Bismarck chciał osadzić na tronie hiszpańskim pruskiego księcia Leopolda, a Francja nie chciała dopuścić do zjednoczenia państw niemieckich, w rezultacie jednak doprowadzając do ustanowienia Cesarstwa Niemieckiego).
  • Funkcjonowanie na Śląsku tajnych towarzystw i loży masońskich, opisanych tu na przykładzie środowisk aptekarzy i przemysłowców.
  • Problemy etyczno-tożsamościowe Ślązaków zmuszanych do walki po stronie III Rzeszy – dylematy między pruskim pojęciem lojalności wobec państwa, a moralnością chrześcijańską związaną z katolickim tradycjonalizmem.
  • Struktury i działalność polskiego harcerstwa i środowisk tworzących polską konspirację w czasach hitlerowskiego terroru.
  • Szeroki przekrój śląskiego świata nauki, kultury i przemysłu – wpływ wrocławskiego ośrodka akademickiego na społeczność Górnego Śląska.
  • Wpływ środowisk berlińskich na społeczne życie Górnoślązaków (np. mocne zderzenie mentalnościowe, zarysowane np. na przykładzie działalności Freikörperkultur, prekursora  nudyzmu) – nakreślenie zasadniczych różnic między kulturą polską, śląską i pruską.
  • Charakterystyka śląskiej familiarności plebejskiej, związanej z katolicyzmem i propolską orientacją, bardzo dogłębne wejście w wewnętrzne życie śląskich familoków.

Podsumowując, stoimy tutaj przed rozległą i niezwykle bogatą panoramą Śląska, z pogłębionym kontekstem historycznym i socjologicznym. Mamy też bardzo psychologicznie nakreślone sytuacje, dialogi i sylwetki bohaterów. Jednak głównym atutem jest wciągająca fabuła z rozlicznymi dygresjami, zawierającymi wiele ciekawostek historycznych. Bardzo interesującym tematem jest psychologiczna analiza narodzin nazizmu i związane z tym etyczne dylematy wśród różnych grup społeczności śląskiej. Niebagatelną rolę odgrywają tu dialogi wewnętrzne. Wśród słabych stron można by wymienić pewną nieśmiałość w posługiwaniu się gwarą śląską i zbyt nagłe, niezasygnalizowane przeskoki między wątkami. Wyraźny jest też brak objętościowej symetrii między ukazaniem polskiej i niemieckiej strony Śląska (przeważa niemiecka, co nie znaczy, że odczuwalna jest tu jakakolwiek tendencyjność – przeciwnie, Autor z wielką atencją podchodzi do polskiej kultury i historii). Generalnie więc wszelkie uchybienia zdecydowanie bledną wobec ogromnych atutów tej książki, w której realizm postaci, dbałość o szczegóły historyczne i dogłębnie nakreślone sylwetki psychologiczne oraz doskonały warsztat literacki sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik tak się delektuje jej treścią, by jak najdłużej móc trzymać tę książkę w ręce. :)

 
 

Proroctwa spod wiejskiej strzechy…

26 gru

2015_12_Proroctwa_Wernyhory

Manuskrypt z proroctwem, który znalazłem w starej książce (po lewej – również ze znanymi proroctwami). Książka przechowywana była w wiejskiej chałupie na Zamojszczyźnie – wieś Mircze przy obecnej granicy z Ukrainą. Całość należała do Marii Żurowicz – siostry pra-pra-dziadka mojej Żony (tekst ten można datować na początek XX wieku – był prawdopodobnie jedną z kopii przepisywanych i wśród ludu rozpowszechnianych)

W dzisiejszym liście Rektora KUL padły ważne słowa o patriotyzmie, który powinien być zdrową podstawą każdego narodu, zabezpieczając przed dwiema niebezpiecznymi skrajnościami: szowinizmem i kosmopolityzmem. Patriotyzm to traktowanie Ojczyzny w kategoriach swoistej „rodziny”, w której ważne są więzy ze współcześnie żyjącymi – jak też z tymi, którzy już przeminęli – a także z tymi, którzy po nas nadejdą. Takie odniesienie do ojczyzny jest też w nierozerwalny sposób związane z wyrazistym światem wartości, które są nienaruszalne i nie mogą podlegać relatywizacji. Zapobiega to zarówno radykalizacji pewnych idei, jak też ich rozmiękczaniu. Znajdziemy wśród nich stosunek do życia, do drugiego człowieka, do Boga i do etosu Prawdy, który mieści w sobie poczucie honoru…

Jakiś czas temu, podczas pobytu na wschodniej Zamojszczyźnie (przygraniczny rejon Hrubieszowa), wpadł mi w ręce ciekawy manuskrypt, skrzętnie przechowywany w jednej z chłopskich chałup – włożony w równie zniszczoną książeczkę o tytule: „Mądra rozmowa Królowej ze Sabby z królem Salomonem, około roku 875 przed narodzeniem Chrystusa Pana” (pisownia oryginalna), wydanej w Warszawie, nakładem E. Raczyńskiej, w roku 1906. Włożony doń rękopis z moich wyliczeń można datować na początek XX wieku (ale tutaj pewności nie mam – szacunkowe określenie jego czasu powstania opieram wyłącznie na życiorysie osoby, która go przechowywała i następnym pokoleniom przekazała). Według rękopisu tekst ów przypisywany jest  Wernyhorze – zaś po sprawdzeniu ten sam tekst znalazłem pod nazwą „Przepowiedni z Tęgoborza, datowanej na czas międzywojnia.  Zarówno książka, jak i kartka z odręcznie przepisanym proroctwem znajdują się w stanie dalece posuniętego zużycia – jakby po wielokroć były odczytywane…

Poniżej zamieszczam pełną treść manuskryptu, z zaznaczeniem słów niepewnych (?) – brakujących, słabo czytelnych lub przepisanych z domniemanym błędem. Przy okazji będę wdzięczny za każdą pomoc we rozszyfrowaniu tych wątpliwych fragmentów. Oczywistą naszą skłonnością jest próba odniesienia takich tekstów do historii i czasów współczesnych. Z pewnością ciekawa będzie przygoda zmierzenia się z dopasowaniem symboliki do minionych i obecnych wydarzeń. Chętnie poznam Waszą interpretację tych słów. Trzeba jednak wiedzieć, że treść takich „proroctw” w czasach rozbiorów miała służyć głównie „pokrzepieniu serc” Polaków, wśród których patriotyzm był jeszcze wartością niekwestionowaną. Tak więc jeszcze ciekawszą i poważniejszą przygodą z pewnością będzie próba odczytania, jakie wizje i tęsknoty ów tekst mógł wyrażać. W tym celu konieczne będzie wejście w mentalność i zakres wiedzy jego Autora, jak też porównanie symboliki z całym kontekstem historycznym. A oto pełny tekst, jaki udało mi się odczytać:

Trudno ludzkie ustalić losy, gdy zmienność warunków odmienia dziś to, co wczoraj trwałym było, a jutro istnieć przestaje. Oto powiadam wam:

1)     W dwa lat dziesiątki nastaną te pory. Gdy z nieba ogień wytryśnie. Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory. Świat cały krwią się zachłyśnie.

2)     Polska powstanie ze świata pożogi. Dwa orły padną rozbite. Lecz długi jeszcze los jej jest złowrogi. Marzenia ciągle niezbyte.

3)     Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu. Na końcu przyjdzie jedno Wielkie Serce. I samo dokona cudu.

4)     Gdy czarny orzeł znak Krzyża splugawi, skrzydła rozstawi (?) złowieszcze. Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi. Siła przed prawem jest jeszcze.

5)     Lecz czarny orzeł wyjdzie na rozstaje, gdy oczy na wschód odwróci. Krzyżackie niosąc swoje obyczaje, z łamanym skrzydłem powróci.

6)     Krzyż splugawiony razem z młotem padnie. Zaborcom nic nie zostanie. Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie. A w Gdańsku nasz port powstanie.

7)     W ciężkich zmaganiach z butą Teutona Świat znów się krwią zarumieni. Gdy północ wschodem będzie zagrożona – w poczwórną jedność się zmieni.

8)     Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony. Przez swego wyzwoleńca. Złączą się z kogutem dla Lewka obrony (?) Na tron wprowadzi młodzieńca.

9)     Złamana siła mącicieli świata. Tym razem będzie na wieki. Rękę wyciągnie brat do swego brata. Wróg w kraj odejdzie daleki.

10)  U wschodu słońca młot będzie złamany. Pożarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajdzie w cudze łany. Nad rzeką w pień wycięty.

11)  Bitna Białoruś, bujne Zaporoże pod Polski dążą sztandary.. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze. Wracając na szlak nasz stary.

12)  Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy. To Europy bastiony. (…) ?

13)  Warszawa środkiem ustali się świata. Lecz Polski trzy są stolice. Dalekie błota porzuci Azjata. A smok odnowi swe lice.

14)  Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie.  A kiedy pokój nastąpi w Warszawie. Trzech królów poi w nim konie.

15)  Trzy rzeki  świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa. Cztery na krańcach sojusznicze strony przysięgi złożą mu słowa.

16)  Węgier z Polakiem gdy połączą dłonie. Trzy kraje razem z Romunją (?) Przy majestacie polskiego tronu wieczną połączą się unją (?)

17)  A krymski Tatar gdy dojdzie do rzeki. Choć wiary swej nie zmienia. Polski potężnej uprosi opieki. I wierną (?) będzie ta ziemia.

18)  Powstanie Polska od morza do morza. Czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie stale Łaska Boża. Więc cierp i módl się człowieku.

 

Taniec tolerancji na grobach przodków – świat po zamachach w Paryżu

16 lis

2015_11_Taniec_tolerancji-1

 Polski taniec historii – występy ustrzyckich licealistów

Leszek Kołakowski bardzo trafnie docieka problemu zatracenia europejskiej tożsamości w swym eseju „Szukanie barbarzyńcy” – pisanym jeszcze w 1980 r. (!) – pochylając się nad współczesną zdolnością (czy wręcz obsesją) identyfikowania się z całym wachlarzem różnorodności kulturowych i religijnych. Tolerancja pojmowana w duchu postmodernistycznym, z relatywistycznym rozmyciem stabilnego punktu widzenia, prowadzi do zaniku jakiegokolwiek oparcia. Osłabiona zostaje zdolność skutecznej obrony własnej kultury, utożsamianej niegdyś z twierdzą Państwa i Kościoła, z podwalinami rzymskiego prawa, ewangelicznej duchowości i greckiej filozofii. Można odnieść wrażenie, że esej pisany był dzisiaj, po zamachach w Paryżu. Do czego doprowadziła nas idea cywilizacyjnej równorzędności? Do pogardy wobec własnej tradycji, kultury i duchowego dziedzictwa – z jednoczesnym zachwytem wobec każdej zewnętrznej idei, religii czy filozofii. To znamienna scheda czasów tzw. „oświecenia”. Wszak przechodziliśmy już nawet ten etap, w którym naturaliści wmawiali nam degenerację całego rodzaju ludzkiego i wyższość nad nim zwierząt…

Po piątkowych zamachach coś się jednak zatrzęsło. Coś próbowało się obudzić. Europa powoli odkrywa, że ma wielki problem ze swą tożsamością. Mam jednak wrażenie, że proces ten przybiera postać jedynie krótkich prześwitów dawnej świadomości – jak to bywa u staruszki w zaawansowanym stadium demencji. Najwyraźniej widać to we Francji – tu pojawia się jakiś napis „módl się za Francję” umieszczony na policzku młodej dziewczyny (dlaczego sama nie może się pomodlić?), tam znowu słychać jakieś wspólne odśpiewanie Marsylianki (pieśni, która kojarzy mi się bardziej z ludobójstwem rewolucji francuskiej, niż z wolnością), ktoś zmieni sobie awatara, ktoś inny pójdzie na marsz jedności (z kim i przeciw komu?) – wróćmy jednak do myśli Kołakowskiego. Czy tolerancja – w dzisiejszym jej rozumieniu przez Zachód – nie rodzi się tam dopiero, gdzie stąpamy już po grobach własnej cywilizacji? Czy owa zdolność do stąpania po własnych grobach to jedyny i ostateczny warunek cywilizacyjnej dojrzałości?

Czyżby więc od barbarzyństwa wolne były tylko te cywilizacje, które już w ruinę popadły? Wszyscy wiemy, że żołnierze Corteza byli zdobywcami, a nie koneserami egzotycznej sztuki czy kultury – mimo swej bezwzględności, byli jednak przekonani o wyższości swej religii i całej duchowej tradycji, jaką chcieli zaszczepić „dzikim”. Złe odniesienie? Wiem, że z dzisiejszą wrażliwością łatwo ich potępić. Do jakiej granicy możemy się więc posunąć, by afirmować własną cywilizację, nie niszcząc innych? I czy rezygnacja z tej afirmacji nie prowadzi do samozagłady? Słynny starożytny historyk – Diogenes Leartios toczył w swoim gronie zaciekłe spory ze zwolennikami równorzędności innych kultur, którzy za nic mieli własne korzenie. Choć był nie lada mędrcem, bez wahania stawiał grecką filozofię nad celtycką, egipską, babilońską czy hinduską. Znaczy to, że i w III wieku nie brakowało kosmopolitów, skłonnych do relatywizmu! Ale było to też ostatnie tchnienie wielkiej kultury greckiej (bo państwo już dawno upadło). Czy i Europa do tego punktu już doszła?

 

Między bieszczadzką jesienią a schyłkiem życia – roślinne konotacje związane z przemijaniem i śmiercią

22 paź

2015_10_flora-cmentarzy-bieszczadzkich

Modrzew na kirkucie w Lutowiskach, jesion (5 m obwodu) w Caryńskiem i uschnięty pęd dziewanny na grobie

Późna jesień jest bardzo wymowną porą roku w odczytywaniu symboliki żywych roślin na bieszczadzkich cmentarzach. Sadzone tu często JESIONY jako pierwsze gubią swe liście – kojarzone są więc od dawna z upływem życia. Obraz taki obecny jest w wierszu księdza Twardowskiego: jesionie co pierwszy tracisz liście zbliżając nam jesień / Poproście Matkę Bożą, abyśmy po śmierci / w każdą wolną sobotę chodzili po lesie („Drzewa”). W innym wierszu ten sam poeta jesion przywołuje jako znak samego sensu przemijania, przed którym ludzie tak panicznie uciekają: znowu spadają skrzydlaki jesionu (…) / Tylko nam się w głowach poprzewracało / i chcemy wymyślić dzisiaj bez wczoraj / nowe bez starego („Matko Boska Staroświecka”). Wyraźne odniesienie do śmierci znajdujemy też w „Księdze ubogich” Jana Kasprowicza: Zmarł mój przyjaciel leciwy / (…) A za to świeżym się liściem / Pokryły nasze jesiony. Częstymi drzewami cmentarzy bywają też MODRZEWIE. Wedle dawnych wierzeń w ich pniach zamieszkiwać mogą dusze zmarłych, które w ten sposób pokutują za grzechy. Jęczały więc często modrzewie, zwłaszcza przy silniejszym wietrze w dni jesienne, budząc w ludziach respekt i przerażenie. Znajduje to wyraz w „Świteziance” Mickiewicza – w ostatnich strofach poematu drzewo to staje się miejscem pośmiertnej pokuty młodzieńca: Ona po srebrnym pląsa jeziorze, / On pod tym jęczy modrzewiem. / Któż jest młodzieniec? – strzelcem był w borze. / A kto dziewczyna? – ja nie wiem...

Stare, opuszczone cmentarze niejednokrotnie zarośnięte są przez kolczaste JEŻYNY. Na ich pędach jeszcze o tej porze wiszą dojrzałe, czarne owoce – czasem w poezji kojarzone z żałobą, jak u Kasprowicza: A jęk ten idzie po zżętych zagonach / razem z tą pieśnią, którą jęczy dzwon / na rżyskach rusza porzucone kłosy, / czarnymi ożyn jagodami chwieje /…/ Kopcie samotny grób.  Symbolikę śmierci wzmacniają jeżynowe kolce, odnoszące się do jej ościenia . Obecność jeżyny na bieszczadzkich cmentarzach potwierdza współczesny wiersz Jacka Mączki – „Ouroboros”: jak gładko z grzybobrania / w Jaworniku wychynąć / pomiędzy krzyże i jeżynę / czarną ręką jak język.Ożyna” w kontekście umierania występuje też w wierszu innego bieszczadzkiego poety, Janusza Gołdy – „List z Chmiela”: W Bieszczadach już jesień/ poczerniały tarniny głogi ożyny / na Otrycie opadły ostatnie buczyny / – trudno tutaj o radość / gdyby chociaż na chwilkę komary ożyły / I jakby tego umierania / było wokół mało… Zdziczałe cmentarze porastają też, kwitnące do późnej jesieni, GORYCZKI trojeściowe, którym przypisywano nie tylko działanie lecznicze, ale również magiczne – uwalniające od moru i śmierci. Zdarzało się też często, iż na jakiejś mogile wyrosły DZIEWANNY – o tej porze widoczne już w postaci suchych pędów (zdjęcie). Stare przysłowie „Gdzie rośnie dziewanna, tam bez posagu panna” kojarzone było z zaniedbanymi i jałowymi łąkami, gdzie dziewannę łatwo było spotkać. Ale zaniedbanie dotyczyło też spraw duchowych – gdy dziewanna wyrosła na grobie, wierzono, że dusza dopomina się modlitwy. Jan Kasprowicz pisał: A ci się wloką, / świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką, / jak cienie, / do wielkiej się wloką mogiły… / Za nimi DZIEWANNY / z piaszczystych wydm się ruszyły.

Na nowszych cmentarzach, a także na starych mogiłach, które są do dziś pielęgnowane, pojawiają się o tej porze MIECHUNKI – jej puste owoce stanowią bardzo czytelny symbol duszy. Ich barwa odnosi się do miłości, kruchość – do duchowej eteryczności, a odporność na mrozy – do wieczności. Gdzieniegdzie pojawiają się też ZIMOWITY – jedne z najpóźniej kwitnących kwiatów, przy dobrej pogodzie spotykane jeszcze w listopadzie. Kwiaty te stanowią wyraz nadziei na to, że dusza może rozkwitnąć o każdej porze życia. Symbolizują także proces przejścia przez próg śmierci. Zimowit jest rośliną silnie trującą, co może tylko wzmacniać tę wymowę. W greckiej opowieści o argonautach Medea roni krople trującej mikstury, które po upadku zamieniają się w te właśnie kwiaty. Opowieść o takiej przemianie dała podstawę do wiązania wymowy zimowitu z przejściem przez próg transcendencji. W świeckim odczytaniu symboliki zimowitów oznaczają one melancholię, a także cudowną przemianę ducha. Jesienią na groby bywają też przynoszone WRZOSY, które stały się symbolem pamięci o zapomnianych bohaterach, a także zdrowego dystansu do przeszłości. Kwiaty wrzosu wyrażają schyłkowość czegoś, co powoli staje się zamkniętą księgą, ale nadal żyje pięknem swej cichej opowieści.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bieszczady, Etnologia, Tradycja