RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Wiara’

…lecz w wichrze nie było Pana

14 sie

2017_08_WICHER-LASY„Ocean” bieszczadzkich lasów – z licznymi wiatrołomami i pniami kształtowanymi przez wiatr…

Sobotniej nocy wielka trąba powietrzna skosiła hektary lasu, niszcząc przy tym obóz harcerski i zabijając 5 osób (w tym dwoje dzieci). A w niedzielę obydwa czytania w kościołach dotyczyły właśnie tego żywiołu. Pierwsze o tym, że Boga nie było w wichrze ani w ogniu – był obecny w ciszy. Drugie o łodzi miotanej przeciwnymi wiatrami, gdy Jezus szedł po wodzie ku swym uczniom. Dopóki Piotr wpatrywał się w Mistrza, szedł po falach – gdy spojrzał w stronę żywiołu, zaczął tonąć… Tak i my toniemy w swych lękach, zabieganiach, cierpieniach i obciążeniach, gdy całą naszą uwagę przykuwają żywioły tego świata: widok wszelkiego spustoszenia, lęk przed wojenną zawieruchą, przed cierpieniem i wyniszczającymi chorobami. Dopiero spojrzenie na Jezusa daje siłę, by iść po wodzie mimo wszelkich burz. W samym żywiole nie znajdziemy Boga, choć często Go o to obwiniamy, doszukując się w tych wszystkich kataklizmach jakiejś kary, czy jeszcze gorzej – kaprysu Stwórcy. Owszem, doświadczenie żywiołu może nas uwolnić od przywiązania do dóbr przemijalnych. Bóg jednak czeka na nas tylko w ciszy zawierzenia…

Wiem, że łatwo mi jest o tym pisać, nie doświadczywszy tak bolesnego ciosu, jaki dziś przeżywają rodzice tragicznie zmarłych harcerek. Szczerze im współczuję i modlę się za nich, bo sam mam córkę w wieku tych dziewczynek. Jednak chciałbym też prosić, byśmy nie szukali winy w sobie czy w innych- zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy zadziałał trudny do przewidzenia żywioł. I gdy ci, w których od strony prawnej można by się winy doszukiwać, działali bezinteresownie i w dobrej wierze. Tutaj jedyną odpowiedzią jest ufność, że to co się stało, ma swój ukryty sens. A ufność jest postawą, która pozwala nam odróżnić sumienie od owoców z „drzewa poznania dobra i zła”. Często mylimy jedno z drugim, doszukując się w biblijnym drzewie samej świadomości czynów dobrych i złych. Tymczasem owoc z tego drzewa jest wyłącznie symbolem uzurpacji człowieka wobec wyznaczania granic, a nie ich rozpoznawania. Jeśli ujmujemy byt człowieka ewolucyjnie, to jego stworzeniem było pojawienie się wolnej woli i sumienia. Dopiero później mógł zaistnieć „grzech pierworodny” – czyli próba samodzielnego określania, co jest dobre, a co złe.

Konsekwencją zerwania owocu była więc skłonność do kształtowania granic moralności i do wydawania sądów w zakresie dobra i zła. Dotyczy to zarówno osądu innych, jak też potępiania samego siebie. Podczas gdy sumienie jest tą ciszą, w której mieszka Bóg – i gdzie moja ufność pozostawia wszelki osąd tylko Jemu, „owoc z drzewa poznania” staje się zarzewiem rozpętanego piekła wzajemnych osądów (szukania wszędzie winnych, ale również surowego potępiania samego siebie) – lub odwrotnie: niewoli w zakresie ubóstwiania innych i ciągłego usprawiedliwiania samego siebie. Brak ufności to pochodna wyzbycia się pokory: sam wchodzę w kompetencje Boga. Gdy natomiast trwam w zawierzeniu, w ciszy swego serca staję się wolny od ciągłej presji osądzania i bycia osądzanym – od nieustannego wystawiania bezwzględnej oceny sobie i innym. Wolny od potępiania i ubóstwiania wszelkiego stworzenia. Wolny od osądzania w swym sercu samego Boga – od ponownego krzyżowania Go na Golgocie własnego buntu. Wolność ta stwarza we mnie zupełnie nową jakość człowieka, pozbawionego lęków i przywiązań wobec wszystkiego, co przemija – w tym również wobec mojego życia i życia moich najbliższych.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Biblia, Bieszczady, Wiara, Życie

 

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Merton – między duchem a ciałem

06 maj

2017_05_ziarna_kontemplacji_MertonPrzytulenie drzewa nie wymaga jego zrozumienia – tak jak wejście na most nie wymusza znajomości jego konstrukcji…

Kupiłem na prezent książkę Tomasa Mertona „Nowe ziarna kontemplacji” i jeszcze w księgarni po uszy wsiąkłem w tę lekturę. :) Merton pisze, że kontemplacja jest przeciwieństwem kartezjańskiego „Cogito ergo sum” – żeby w nią wejść, trzeba właśnie porzucić swoje „cogito”. Intensywna myśl w dwójnasób potrafi stawać tu w opozycji – po pierwsze dlatego, że staje się formą jałowej aktywności, próbując tworzyć coś od siebie (zasłaniając tym samym obraz rzeczywistości); po drugie – nastawiona jest na umacnianie swej fałszywej, partykularnej jaźni. W efekcie łapie tylko cień istnienia – fałszywą tożsamość „to-ja” oraz iluzję bytów obok „tamto-on”. Połączenie ze swoim „ja” prawdziwym i nienazwanym możliwe jest tylko przez własne OTWARCIE na przepływ rzeczywistości w jedynym Bogu – bo prawdziwe ja nigdy nie dąży do potwierdzania samego siebie. Z całego „cogito ergo sum” pozostaje tylko „sum” – jestem. Jeśli człowiek szuka potwierdzenia swego istnienia w myśleniu, kurczowo trzyma się swej subiektywnej jaźni, bojąc się opuścić swój ciasny pokoik, by zobaczyć prawdziwy świat – uznaje więc swoje wnętrze sztucznej jaźni za cały świat. Kontemplacji nie jest potrzebny ani intelektualny wysiłek (cogito), ani żadna konstrukcja zależności (ergo).

Kontemplacja nie może być celem wykalkulowanych ambicji, dlatego Merton nie zaleca sięganie po nią w sposób programowy – zwłaszcza wtedy, gdy czynimy z niej kolejne zadanie swego życia. Dlatego dużą trudność z kontemplacją mają ludzie z natury swej aktywni i pragmatyczni, osiągający życiowe sukcesy. Stosunkowo łatwo i spontanicznie wchodzą w nią natomiast ludzie, którzy z natury swej są wobec żywiołów tego świata nieporadni – szczególnie gdy zderzyli się z jakimś poważnym kryzysem.  Jednak wielkim błędem byłoby uważać kontemplację jako ucieczkę od świata fizycznego. Nic bardziej mylnego! Ucieczka od rzeczywistości nie wyzwala nas od fałszywej (zewnętrznej) jaźni – bo to właśnie ona jest tym światem, który może się stać przekleństwem. Pogarda do fizycznego stworzenia to w istocie nienawiść do jego Stwórcy – to oskarżenie, które próbujemy zrzucić z siebie na innego – jak biblijny Adam oskarżył Ewę, a ona węża. Również nasze ciało nie jest źródłem zła – bo negacja cielesności jest takim samym samobójstwem prawdziwej tożsamości, jak negacja swej duszy. Merton idzie tu dalej – samo oddzielanie duszy od ciała jest negacją tego świętego małżeństwa ducha i materii.

I tutaj wyłania się przed nami istota najgłębszej relacji człowieka – ukierunkowania do swego Stwórcy, który wcale nie potrzebuje być nazywanym i określanym. Bo każda idea Boga mówi więcej o nas samych, niż o Nim – pisał Merton. Każde przebudzenie wychodzące poza zewnętrzną jaźń implikuje pewien rodzaj śmierci, którego panicznie się lękamy. Na koniec znów zacytuję Mertona: „Umysł, który jest więźniem konwencjonalnych idei, i wola, która jest więźniem własnego pragnienia, nie potrafią przyjąć ziaren nieznanej prawdy i nadprzyrodzonego pragnienia.” Stąd przyszło mi na myśl skojarzenie z mostem, który został dla nas przerzucony przez rwącą rzekę zjawisk. Próbując budować własne mostki, skazani jesteśmy na ich nieustanne zrywanie przez nurt tego świata. Bo brzeg materii (immanencji) połączony jest z brzegiem ducha (transcendencji) tylko jedynym mostem. Syn-Logos, obecny w każdym, kto podejmuje w Jego kierunku krok otwarcia, stanowi dwa przyczółki po obydwu stronach rzeki – Syna Człowieczego i Syna Bożego, będąc oparciem dla jedynego przęsła, jakim jest Duch Święty, zachowujący zdolność dwukierunkowego przepływu Bóg-człowiek, dusza-ciało, duch-materia. W chwili obecnej nie znamy jeszcze drugiego Brzegu …ale w każdej chwili możemy po prostu wejść na Most.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara

 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Obumieranie świata – i nadzieja cudzych butów…

12 mar

2017_03_stare_buty_Obumieranie starych chałup na Strwiążku (dzielnica Ustrzyk Dolnych)

Bywa czasem, że jakieś oczywiste słowa w konkretnym momencie przemówią do nas mocniej. Tak było dziś z dwoma, zupełnie osobnymi zdaniami papieża Franciszka, który przed chwilą powiedział: „Jeśli ktoś z Chrystusem umiera, z Chrystusem zmartwychwstaje”. Przypomniało mi się też, że kiedyś, przy innej sposobności powiedział też: „Aby komuś pomóc, trzeba wejść w jego buty”. Kiedy nad tym myślałem, te dwa osobne zdania połączyły się w jedno…

Pierwsze przesłanie otwiera nas na istotę umierania. Nie tylko tego ostatecznego, w sytuacji granicznej - ale też tego, które się w nas każdego dnia dokonuje. Czasem to rezygnacja z prawa do czegoś, z własnego zdania, z bycia „kimś” w oczach innych. To gotowość zapomnienia o sobie – bo tylko w takim formacie dokonuje się dobro. Jak bardzo przeszkadza w tym świadomość własnego „ja”, może dać wyobrażenie sytuacja, gdy np. czytając książkę, próbujemy myśleć o procesie czytania – nie ma siły, by nie zgubić wtedy wątku.

W drugim przesłaniu buty stają się obrazem odmiennych przyzwyczajeń, pragnień i wyobrażeń, jakie nosi w sobie drugi człowiek. Aby wejść w „cudze buty”, muszę więc zostawić na boku własne, wygodne obuwie. A wdziać buty, które nie zawsze będą miłe – czasem stare, zniszczone, przesycone niemiłym zapachem i dopasowane już do zupełnie innej stopy… Zanim wejdę w czyjeś buty, muszę stać się bosy – bezbronny i obnażony, muszę wejść w kontakt z surową ziemią, narażony na ciernie i błoto…

 

W kainowym mroku…

04 lut

2017_02_Kain

„Kain, Abel i Adam” – William Bouguereau (1888) oraz “Kain i Abel” – Pietro Novelli (1630) – w środku: stary, bieszczadzki buk, który był pewnie świadkiem niejednego…

Czy podział na Abla-pasterza i Kaina-rolnika mówi nam o jakiejś ukrytej prawdzie? Dlaczego Bóg nie chciał spojrzeć na ofiarę Kaina? Bóg mówi do niego: „gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną”. Czyli grzech starszego brata miał początek nie tylko przed samym dokonaniem zbrodni, ale nawet przed złożeniem ofiary. Jego źródłem nie była więc odmowa jej przyjęcia, ale coś znacznie głębszego, co tkwiło w sercu Kaina. Co symbolizują „wrota” w słowach Boga: „grzech leży u wrót i czyha na ciebie”? Czy owe „wrota” nie są prapoczątkiem aktu woli, kiedy to człowiek decyduje się na wpuszczenie do swego serca zazdrości lub pożądania? Czy sama zbrodnia nie jest już tylko zewnętrzną ekspresją tego pierwotnego aktu?

Gdy Bóg pyta Kaina, gdzie jest Abel, pada znamienna odpowiedź „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” – słowa świadczące o zerwaniu nici odpowiedzialności za brata. Co to znaczy, że ziemia Kaina nie wyda już plonu? Przecież wiemy, że złoczyńca często osiąga większy „plon” od człowieka dobrego. Ale czy potrafi się nim prawdziwie cieszyć? Czy brak plonu nie dotyczy duchowego wymiaru „plonowania”? Przecież sam Kain mówi „każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!” – jego sumienie skazuje go na wieczny lęk. To sumienie jest prawdziwą ziemią wygnania „na wschód od Edenu” . I to ono stwarza glebę jałową, która nie może już wydać plonu radującego serce.

Ale Bóg nie chciał zemsty na Kainie, ogłaszając też, że: „ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie”. Dlaczego bratobójca Kain był przez Boga chroniony – a inny zabójca miałby ponieść karę siedmiokrotną? Warto tu jednak zauważyć, że Bóg nie mówi, iżby sam miał być mścicielem. Źródłem każdej pomsty jest również sumienie – to ono rodzi lęki i wszelkie niepokoje. Człowiek sam na sobie szuka wyroku za zło, które wyrządził. Sam też próbuje to prawo zemsty stosować na innych, z każdym aktem kolejnego odwetu biorąc na siebie jeszcze większe jarzmo – oddalając się coraz dalej od Edenu, na ziemie jeszcze bardziej cierniste i jałowe. W jakim wymiarze tragedia Kaina dotyka każdego z nas?…

 
 

Przekraczając rozum…

24 paź

2016_10_WIARA-NADZIEJA-MILOSCŚwięty Andrzej z Hoszowa i Dymitr z Wołosatego (moje wizje na szklanych miniaturkach)

Coraz częściej można się zetknąć z podejściem, że religia jest zaprzeczeniem wiary. To wynik zarówno relatywistycznego podejścia do prawdy, jak też antyświadectwa ludzi podających się za wierzących. Spotykamy się z różnymi definicjami wiary, jak też z jej zupełnie prywatnymi pojęciami. Wczoraj rozmyślałem, czym właściwie jest ta wiara dla mnie – rozpatrując ją w kontekście z dwiema pozostałymi cnotami teologalnymi – nadzieją i miłością. Rozważania te doprowadziły mnie do pewnego schematu, który oczywiście jest tylko uproszczonym szkicem myślowym, nie obejmując całości zagadnienia i nie dając odpowiedzi uniwersalnej. Stanowi dla mnie formę uporządkowania moich osobistych myśli na ten temat. Byłbym jednak wdzięczny za podzielenie się własną weryfikacją tych odniesień do życia duchowego w każdym innym osobistym jego przeżywaniu. Chciałbym też zadać pytanie, czy możliwa jest ekspresja wiary w życiu całej społeczności, jeśli wyjmie się ją z ram religijności?

Według mojego schematu WIARA musi się wspierać na dwóch filarach – na postawieniu zasadniczych PYTAŃ (zadanych uczciwie i odważnie, motywowanych pragnieniem wypełnienia swego życia sensem) oraz na uznaniu TAJEMNICY (transcendencji, która wpisana jest w byt i nasze w nim bytowanie). Bo człowiek mimo usilnych starań nigdy nie będzie w stanie ogarnąć całej prawdy, tak jak nie jest w stanie wyobrazić sobie całego kosmosu w jego nieograniczonej potencji i czasoprzestrzeni). Pytanie wymaga więc całkowitej redukcji w punkcie wyjścia: nic nie wiem, ale mam szczerą wolę poznać główne drogowskazy i za nimi podążać. Tajemnica jest natomiast postawą szacunku wobec przerastającej mnie rzeczywistości – jest zapatrzeniem w ogrom stworzenia i paradoksu, medytacją nad jego Źródłami i kontemplacją całego Istnienia, z nakierowaniem ku jego Horyzontom.

Warto się teraz zastanawiać, czy swoistą kruchtą, przez którą człowiek musi wkroczyć w przestrzeń wiary, nie jest NADZIEJA – bo przecież to w niej musimy najpierw porzucić to, co dotąd okazało się złudne i niewystarczające: ludzką WIEDZĘ (potencję i cały zasób naszego rozumu), jak też ZMYSŁY (opieranie się na danych empirycznych). Dopiero doświadczenie radykalnego SCEPTYCYZMU wprowadza mnie w przestrzeń ufności, której wyrazem jest pokora i cierpliwość… Wreszcie MIŁOŚĆ, którą Paweł Apostoł wskazuje jako cnotę najważniejszą i nieprzemijającą, a która według mnie musi opierać się na filarze OTWARTOŚCI – zarówno wobec Prawdy (tu już używam dużej litery, bo mamy do czynienia z mniej lub bardziej świadomym wychodzeniem ku Chrystusowi), jak też wobec drugiego człowieka. Ale otwartość musi być w miłości zawsze zwieńczona ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ – za SIEBIE (gdy konsekwencja moich działań wynika z uczciwości wobec własnego rozpoznania) – i za INNEGO, gdy otwarcie na drugiego człowieka skłania mnie do współprzeżywania jego sytuacji i gotowości do ofiarowania się za niego.

 

Gdy figowe drzewo przestaje rodzić…

28 lut

2016_02_28 Drzewo_FigoweFigowiec z mojego parapetu niespodzianie wydał owoc… Obok fresk z bocznej kaplicy w ustrzyckim kościele – śpiący pod drzewem…

Dzisiaj czytamy fragment Ewangelii o bezpłodnym drzewie figowym: „…Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13,9)

Zwykło się ten tekst tłumaczyć jako dar ostatniej szansy, wynikający ze wspaniałomyślności Boga. Ogrodnikiem może być sam Jezus, właścicielem winnicy – Bóg Ojciec w majestacie swej sprawiedliwości… Osobiście jednak czuję, że możemy ten fragment odczytywać nieco inaczej. Każdy z nas często czuje w sobie jakieś duchowe wyjałowienie. Jednak brak owoców nie zawsze jest winą – co najwyżej pośrednim skutkiem wcześniejszych grzechów i zaniedbań. Pozbawione owoców drzewo staje się więc dla nas pewnym wyzwaniem – co z nim uczynimy?

Czy wykażemy wobec samego siebie brak cierpliwości, czy też zachowamy pokorę i nadzieję ogrodnika? Często stajemy wobec pokusy, by się pośpiesznie osądzić – a następnie utopić swe kompleksy w alkoholu czy innym nałogu. Bywa też, że w duchu mówimy zuchwale do Boga: „jakim mnie stworzyłeś, takim mnie masz”, oddając się dryfowaniu przez ocean namiętności lub obojętności. Każda taka postawa kojarzy mi się z pośpiesznym wycięciem drzewa. Tymczasem brak widocznego owocu może być doskonałą szkołą pokory i ufności, prowadzącą do nieoczekiwanych plonów…

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara, Życie

 

Między popiołem a palmą

10 lut

Popielec - Julian Fałat

Julian Fałat – „Popielec” (fragment obrazu)

Skąd się kiedyś brało popiół do posypywania głów? Jaka była wymowa popiołu, a jaka prochu w Biblii? Skąd tradycja 40 dni postu?… Może zacznijmy od ostatniego pytania – 40 dni trwał potop, po którym Bóg zawarł przymierze z ludzkością,  – 40 lat Izraelici chodzili po pustyni, zanim weszli do Ziemi Obiecanej,  – 40 dni szedł Eliasz na górę Horeb (gdzie Bóg objawił się w łagodnym wietrze), – 40 dni pościł Jezus na pustyni, gdzie był kuszony przez Szatana. Owa „czterdziestka” staje się tu zatem liczbą bardzo symboliczną, nawiązującą do okresu przejścia i oczyszczenia.

PROCH oznacza przemijanie – dotknięcie przez czas, POPIÓŁ – zniszczenie przez żywioły tego świata – dlatego Hiob po bolesnych doświadczeniach przyznaje wyznaje: „kajam się w prochu i popiele” (Hi 42,6). Czytałem gdzieś piękne porównanie, że Towarzysząca postowi jałmużna i modlitwa to uczynki światła. Ale żeby mogło zajaśnieć światło, to coś wcześniej ulega spaleniu, czyli musi się dokonać jakieś poświęcenie. Z tego też powstaje popiół, który jest symbolem pokory i pokuty… Wymowny jest tutaj związek popiołu z gałązkami wierzby – symbol zniszczenia został w ten sposób nierozerwalnie połączony z obrazem życia – ale przejście jest obustronne: spalone gałązki to wejście z doczesności w śmierć, ulistnione gałązki – to ponowne odrodzenie – tym razem do życia duchowego.

A w jaki sposób w ludowej symbolice Wielkiego Postu i Zmartwychwstania gałązki wierzby i innych świeżo ulistnionych pędów związane zostały z popiołem? Otóż Środa Popielcowa od dawien dawna sprzęga się z okresem wielkanocnym właśnie przez palmy. W Środę Popielcową ścinano gałązki malin i porzeczek, pędząc z nich w ciepłym pomieszczeniu liście, by w ten sposób uzyskać zieloną wiązankę na Palmową Niedzielę. W gałązki te wplatano pędy barwinka, cisu, brusznicy, widłaka, no i oczywiście wierzby. W czasie Wielkiej Soboty część tych poświęconych palm spalano w ogniu, a ich popiół służył w następnym roku do posypywania głów. Czy tak jest i dzisiaj? To już pytanie do tych, co są najbliżej Ołtarza. :)

 
 

Proroctwa spod wiejskiej strzechy…

26 gru

2015_12_Proroctwa_Wernyhory

Manuskrypt z proroctwem, który znalazłem w starej książce (po lewej – również ze znanymi proroctwami). Książka przechowywana była w wiejskiej chałupie na Zamojszczyźnie – wieś Mircze przy obecnej granicy z Ukrainą. Całość należała do Marii Żurowicz – siostry pra-pra-dziadka mojej Żony (tekst ten można datować na początek XX wieku – był prawdopodobnie jedną z kopii przepisywanych i wśród ludu rozpowszechnianych)

W dzisiejszym liście Rektora KUL padły ważne słowa o patriotyzmie, który powinien być zdrową podstawą każdego narodu, zabezpieczając przed dwiema niebezpiecznymi skrajnościami: szowinizmem i kosmopolityzmem. Patriotyzm to traktowanie Ojczyzny w kategoriach swoistej „rodziny”, w której ważne są więzy ze współcześnie żyjącymi – jak też z tymi, którzy już przeminęli – a także z tymi, którzy po nas nadejdą. Takie odniesienie do ojczyzny jest też w nierozerwalny sposób związane z wyrazistym światem wartości, które są nienaruszalne i nie mogą podlegać relatywizacji. Zapobiega to zarówno radykalizacji pewnych idei, jak też ich rozmiękczaniu. Znajdziemy wśród nich stosunek do życia, do drugiego człowieka, do Boga i do etosu Prawdy, który mieści w sobie poczucie honoru…

Jakiś czas temu, podczas pobytu na wschodniej Zamojszczyźnie (przygraniczny rejon Hrubieszowa), wpadł mi w ręce ciekawy manuskrypt, skrzętnie przechowywany w jednej z chłopskich chałup – włożony w równie zniszczoną książeczkę o tytule: „Mądra rozmowa Królowej ze Sabby z królem Salomonem, około roku 875 przed narodzeniem Chrystusa Pana” (pisownia oryginalna), wydanej w Warszawie, nakładem E. Raczyńskiej, w roku 1906. Włożony doń rękopis z moich wyliczeń można datować na początek XX wieku (ale tutaj pewności nie mam – szacunkowe określenie jego czasu powstania opieram wyłącznie na życiorysie osoby, która go przechowywała i następnym pokoleniom przekazała). Według rękopisu tekst ów przypisywany jest  Wernyhorze – zaś po sprawdzeniu ten sam tekst znalazłem pod nazwą „Przepowiedni z Tęgoborza, datowanej na czas międzywojnia.  Zarówno książka, jak i kartka z odręcznie przepisanym proroctwem znajdują się w stanie dalece posuniętego zużycia – jakby po wielokroć były odczytywane…

Poniżej zamieszczam pełną treść manuskryptu, z zaznaczeniem słów niepewnych (?) – brakujących, słabo czytelnych lub przepisanych z domniemanym błędem. Przy okazji będę wdzięczny za każdą pomoc we rozszyfrowaniu tych wątpliwych fragmentów. Oczywistą naszą skłonnością jest próba odniesienia takich tekstów do historii i czasów współczesnych. Z pewnością ciekawa będzie przygoda zmierzenia się z dopasowaniem symboliki do minionych i obecnych wydarzeń. Chętnie poznam Waszą interpretację tych słów. Trzeba jednak wiedzieć, że treść takich „proroctw” w czasach rozbiorów miała służyć głównie „pokrzepieniu serc” Polaków, wśród których patriotyzm był jeszcze wartością niekwestionowaną. Tak więc jeszcze ciekawszą i poważniejszą przygodą z pewnością będzie próba odczytania, jakie wizje i tęsknoty ów tekst mógł wyrażać. W tym celu konieczne będzie wejście w mentalność i zakres wiedzy jego Autora, jak też porównanie symboliki z całym kontekstem historycznym. A oto pełny tekst, jaki udało mi się odczytać:

Trudno ludzkie ustalić losy, gdy zmienność warunków odmienia dziś to, co wczoraj trwałym było, a jutro istnieć przestaje. Oto powiadam wam:

1)     W dwa lat dziesiątki nastaną te pory. Gdy z nieba ogień wytryśnie. Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory. Świat cały krwią się zachłyśnie.

2)     Polska powstanie ze świata pożogi. Dwa orły padną rozbite. Lecz długi jeszcze los jej jest złowrogi. Marzenia ciągle niezbyte.

3)     Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu. Na końcu przyjdzie jedno Wielkie Serce. I samo dokona cudu.

4)     Gdy czarny orzeł znak Krzyża splugawi, skrzydła rozstawi (?) złowieszcze. Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi. Siła przed prawem jest jeszcze.

5)     Lecz czarny orzeł wyjdzie na rozstaje, gdy oczy na wschód odwróci. Krzyżackie niosąc swoje obyczaje, z łamanym skrzydłem powróci.

6)     Krzyż splugawiony razem z młotem padnie. Zaborcom nic nie zostanie. Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie. A w Gdańsku nasz port powstanie.

7)     W ciężkich zmaganiach z butą Teutona Świat znów się krwią zarumieni. Gdy północ wschodem będzie zagrożona – w poczwórną jedność się zmieni.

8)     Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony. Przez swego wyzwoleńca. Złączą się z kogutem dla Lewka obrony (?) Na tron wprowadzi młodzieńca.

9)     Złamana siła mącicieli świata. Tym razem będzie na wieki. Rękę wyciągnie brat do swego brata. Wróg w kraj odejdzie daleki.

10)  U wschodu słońca młot będzie złamany. Pożarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajdzie w cudze łany. Nad rzeką w pień wycięty.

11)  Bitna Białoruś, bujne Zaporoże pod Polski dążą sztandary.. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze. Wracając na szlak nasz stary.

12)  Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy. To Europy bastiony. (…) ?

13)  Warszawa środkiem ustali się świata. Lecz Polski trzy są stolice. Dalekie błota porzuci Azjata. A smok odnowi swe lice.

14)  Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie.  A kiedy pokój nastąpi w Warszawie. Trzech królów poi w nim konie.

15)  Trzy rzeki  świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa. Cztery na krańcach sojusznicze strony przysięgi złożą mu słowa.

16)  Węgier z Polakiem gdy połączą dłonie. Trzy kraje razem z Romunją (?) Przy majestacie polskiego tronu wieczną połączą się unją (?)

17)  A krymski Tatar gdy dojdzie do rzeki. Choć wiary swej nie zmienia. Polski potężnej uprosi opieki. I wierną (?) będzie ta ziemia.

18)  Powstanie Polska od morza do morza. Czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie stale Łaska Boża. Więc cierp i módl się człowieku.

 

Jak okręt – między skałami i mieliznami…

20 paź

2015_10_Łódź_Solina

Bieszczadzkie „okręty” :) pośród skał i mielizn Jeziora Solińskiego, odsłoniętych przez jesienną suszę…

Każdy z nas jest jak okręt Kolumba w poszukiwaniu lądu. Całe życie można przyrównać do wielkiej żeglugi w nieznane. Aby nie zatonąć, utrzymać kurs, nie osiąść na mieliźnie i nie pomylić lądu, potrzebne są pewne rzeczy. Tak więc nasz statek musi mieć szczelną burtę, mocny żagiel, sprawny ster, wysoko osadzone „gniazdo bocianie”, aktualne i jak najlepsze mapy, no i dokładną busolę. Jak można każdą z tych rzeczy odnieść do naszego wewnętrznego życia? Czy widoczne są analogie i czy ten obraz odsłania nam jakąś prawdę o nas samych?…

BURTA nie może przepuszczać wody – jak nasza duchowość nie może się stać otwarta na wszystko, co oferuje świat.  ŻAGIEL to nasza konstrukcja psychiczna i emocjonalna, która przetwarza wiatr (słowa, wydarzenia) na duchową siłę. STER to nasza wola, która pozwala sprawnie manewrować między mieliznami i skałami, utrzymując właściwy kurs. GNIAZDO bocianie to dystans do tego, co przyziemne, przemijalne, to zdolność do widzenia perspektywicznego. MAPY to duchowe rozeznanie, oparte na nauce i doświadczeniu – nabywane przez książki, przemyślenia i słowa innych. BUSOLA to duchowy program, którym jest Biblia z Ewangelią i nauczanie Kościoła (Katechizm), regularna modlitwa i Msza.

Jak wyglądają te dzisiejsze nasze „okręty”? Niestety zbyt często dbamy bardziej o wygodę kajuty, niż o trzymanie stałego kursu. Wskazujemy na powagę bandery i splendor statku (zabiegając o odpowiedni status społeczny). Konkurujemy w liczbie podległych galerników, którzy mają za nas wiosłować (żądza władzy). Zwiększamy liczbę armat, sposobiąc się do odpierania ataków lub zatapiania innych okrętów. I w tym wszystkim jakby zapominamy o najważniejszym – jaki jest sens i cel całego tego rejsu – że nie będzie on trwał wiecznie, że nawet najokazalsza i najbardziej zbrojna jednostka spocznie kiedyś na dnie lub zostanie wyrzucona na mulistą mieliznę.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Wiara, Życie

 

Bogami jesteście?

15 paź

2015_10_Bogami_jestescie_Ustrzyki_Smolnik

Chrystus Frasobliwy z Ustrzyk Górnych oraz nagrobek i kapliczka z Archaniołem Michałem ze Smolnika

 Co znaczą słowa Biblii „bogami jesteście” – czy nie poraża nas zuchwałość tego wersetu? [1] I co oznacza, że jesteśmy dziećmi Boga? Pierwsze zdanie może nas w jakiś sposób konfundować lub oburzać, drugie brzmi jak banał, katechizmowy slogan. Może więc warto te słowa odczytać inaczej, niż zwykle… Każdy z nas stanowi niepowtarzalną osobowość, dysponuje jakimś bogactwem duchowym, ma określony rodzaj zdolności i wrażliwości, został obdarzony szczególnymi darami. Właśnie – duchowe obdarowywanie człowieka przez Boga jest tak wielkie i bezgraniczne, że sam Bóg w tym rozdawaniu jakby gdzieś znika, dając nam całego siebie, żyjąc w nas i działając przez nas. To ofiarowanie jest tak bezgraniczne, że wydaje nam się, iż jesteśmy w tym świecie osamotnieni. Bóg nie tronuje na wzór dawnych wierzeń – jako apodyktyczny hegemon i zazdrosny władca, ale staje się tak powszechnie obecny w każdym akcie dobra, że często bywa przez nas niezauważony. Owszem, w Starym Testamencie po wielokroć spotykamy się z Jego zazdrością. Byłoby jednak naiwnym antropomorfizmem odczytanie tej zazdrości po ludzku. Paradoksalnie to właśnie owa „zazdrość” wskazuje tu na bezgraniczne oddanie, w którym u Boga nie ma już miejsca na własne „ja”…

 Duchowa rzeczywistość przenika świat materialny, ale zachowuje swą całkowitą odrębność, heterogeniczność – jak pisał Pascal. Nasunęło mi się tu porównanie, że to jakby dwie linie prostopadłe, krzyżujące się ze sobą w jednym tylko punkcie – człowieku. Trudno więc przykładać miarę ontologiczną ze świata materialnego do rzeczywistości duchowej. Nawet w najmniejszej mierze nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, kim jest Bóg? Jaka jest Jego natura? Dzieje się tak dlatego, że nie mamy przystępu do rzeczywistości czysto duchowej, poza małymi przebłyskami objawienia – i poza doświadczaniem (lub wyświadczaniem) dobra czy zła. Jak to więc jest z tymi ludźmi-bogami? Psalm 82 był zawsze dla mnie jednym z najbardziej zagadkowych tekstów Biblii. Tajemnicze są nie tylko cytowane z Psalmu słowa o bogach [2], ale również poprzedzające je wersety. [3] Czy to nie one sugerują nam obecność Boga wśród „bogów” – czyli całkowitego „zamieszkania” Boga pomiędzy tymi, którzy zostali powołani do Jego uobecnienia? Powołanie jednak nie jest tożsame z jego wypełnieniem, na co wskazuje ten Psalm. Można być powołanym, a nie podążać wskazaną drogą, obierając własne, doraźne cele w przemijającym świecie zjawisk.

 Dlaczego użyto tu słowa „bogowie”: Sądził będzie bogów pośród Boga w Bożym zgromadzeniu powstał [jisz'pot elohim b'kerew al-baadat nicwa elohim]. Myślę, że Psalm może tu być odczytany jako słowo skierowane zarówno do konkretnych sędziów (w aspekcie historycznym), jak i na płaszczyźnie czysto duchowej – do całej wspólnoty wiernych, a nawet do wszystkich ludzi, abstrahując od konkretnej sytuacji i znajdując odniesienie ponad wszelkim czasem. Jesteśmy bogami w tym wymiarze, w jakim kropla wody jest wodą – choć w istocie może zawierać różne zanieczyszczenia, będąc również niewyobrażalnie małą i nietrwałą drobiną w odniesieniu do całej wody na świecie. Nie chciałbym jednak, by moje rozważania zabrzmiały tu jak jakaś apologetyka panteizmu. Stąd potrzebne jest też to drugie odniesienie – do „dzieci Bożych”. Paweł Apostoł mówi „postępujcie jak dzieci” [4] Dziecięctwo nie jest już obrazem sugerującym współistotność, lecz wskazującym na pochodzenie i pokrewieństwo (w znaczeniu duchowym). Dlatego nie ma znaku równości między Bogiem a ludzkością – jest natomiast zależność taka, jak między liczbą 1 a N (nieskończonością), niezależną od jakiejkolwiek liczby. N-1=N, N+1=N. Czy N może się zmieścić w 1? Może – gdyby jedynkę dzielić w nieskończoność. Ale obydwie wielkości nie zmienią przy tym swej tożsamości.

___________________________

[1] Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić. (J 10,34-35)

 [2] Ja rzekłem: Jesteście bogami i wszyscy – synami Najwyższego. Lecz wy pomrzecie jak ludzie, jak jeden mąż, książęta, poupadacie. (Ps 82,6-7)

 [3] Bóg powstaje w zgromadzeniu bogów, pośrodku bogów sąd odbywa: ”Dokądże będziecie sądzić niegodziwie i trzymać stronę występnych? (Ps 82, 1-2)

 [4] Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości! (Ef 5,8)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara

 

Duchowy KORZEŃ – między lękiem a nadzieją…

09 wrz

2015_09_KORZENIE_Europy

Czy groźba odcięcia od Korzeni ma wymiar zewnętrzny czy wewnętrzny?… Dziecko obejmujące zakorzeniony pień i krzyże zapuszczające korzeń w skałę - nagrobki z Wożuczyna (w środku) i Sanoka (po bokach)

W ostatnim czasie zamieściłem w przestrzeni publicznej kilka filmów dokumentalnych i wywiadów, które dotyczyły zagrożenia, jakie wynika z islamizacji Europy. Materiały te spotkały się z ogólnym poparciem – były tylko dwa głosy stanowczego sprzeciwu. Ale właśnie one skłoniły mnie do głębszego zastanowienia nad swoją postawą – dlatego chciałem tym Osobom szczerze podziękować. Czy skupianie się na tych zagrożeniach nie było podszyte lękiem? Tak – choć jest to bardziej obawa o Zachodnią Europę, niż o Polskę czy tym bardziej o moje Bieszczady. Więcej jednak od lęku motywowała mnie bezsilna złość, że ludobójcza organizacja o nazwie Państwo Islamskie konsekwentnie realizuje swój plan, a świat biernie się temu przygląda. Wiem jednak dobrze, że ani lęk, ani złość, nigdy nie są dobrymi doradcami. Gdyby choć jedna rodzina, jedna niewinna osoba, miała ucierpieć z powodu tego mojego lęku i złości, to przyczyniłbym się tym tylko do kolejnego zwycięstwa religijnych fanatyków. Dlatego usuwam z sieci wszystkie materiały dotyczące islamskiego zagrożenia w odniesieniu do narastającej imigracji.

Rozmyślając nad tym zagadnieniem doszedłem do kilku zasadniczych pytań. Czy jesteśmy w stanie uniknąć drastycznych zmian, jakie czekają Europę? Chyba nie. Czy te zmiany zniszczą naszą cywilizację? Tego już przewidzieć nie można. Nadal sądzę, że to zagrożenie istnieje, ale nie możemy się przed nim bronić na oślep – nie wolno mi wskazywać zagrożenia w samym człowieku. Muszę wyizolować z niego zło – i tylko samo zło piętnować, nie odrzucając osoby. Nawet w imię obrony całej cywilizacji nie wolno mi krzywdzić ani jednej osoby, wpisując się w jakąkolwiek kampanię stygmatyzacji człowieka przez wiarę, kulturę czy narodowość. Potrzebny więc był ten głos z zewnątrz, abym stanął z boku samego siebie i przyjrzał się swoim emocjom z dystansu. Jeszcze rok temu starałem się zrozumieć mentalność muzułmanina – dziś łapię się na tym, że zaczynam islam postrzegać wyłącznie w kategoriach totalitarnej ideologii. Jednak każda ideologia bierze się z osobistych wyborów konkretnego człowieka. I tu dochodzę do pytania kluczowego: czy islam nie stanowi dla nas wyzwania na poziomie duchowym, a nie politycznym czy militarnym?

Europa sama odcięła się od swoich korzeni. Traci soki życia. Rzeka bez źródła staje się pustym korytem – takie koryta w Afryce wykorzystywane są jako drogi. Przez wyschnięte koryto Europy przetaczają się różne ideologie. Czy zatem Europa będzie islamska? To zależy tylko od nas – przede wszystkim od tego, jak odpowiemy na realne zagrożenia – przemocą, czy wewnętrzną przemianą? Ale przecież mamy prawo się bronić – mówi moje drugie „ja” – tego wymaga rozsądek. I znowu czuję rozdwojenie – sięgam więc po Biblię. Trafiam na rozdział 23 Ewangelii według Mateusza – ostre słowa Jezusa o faryzeuszach. Czuję wstrząs, bo odkrywam taki faryzeizm w samym sobie – z jednej strony wierzę, że wszystko przemija i nie tutaj mam szukać Królestwa, a z drugiej chcę stawiać mury i wykupić polisę na bezpieczne życie? Sięgam po Tomasza a Kempis, u którego czytam: „unikaj próżnej gadaniny”, „zachowaj powściągliwość, która przystoi cudzoziemcom i pielgrzymom”. I tu odsłania się światło: przecież każdy uczeń Chrystusa powinien na tej ziemi czuć się pielgrzymem i cudzoziemcem! Dopóki jesteśmy zanurzeni w świecie, nigdy nie będziemy „u siebie”. Tym bardziej musimy więc zadbać o tych, którzy utracili wszystko, co było ich dotychczasowym światem – wykazać autentyczną troskę, niezależnie od wynikających z tego zagrożeń.

PS.

Mimo powyższych przemyśleń nad naszymi lękami, wciąż zmagam się z pytaniem, czy pomagamy w sposób mądry? Jak pomóc tym, którzy nie mieli pieniędzy na podróż do Europy? Bo przecież ci, którym udało się tu przedostać, zapłacili przemytnikom ogromne sumy, a więc nie należeli do ludzi ubogich…  Czy zatem Europa nie skupia się na tych silniejszych, zapominając o słabych? Czy nie zostawiamy na pastwę losu prawdziwie prześladowanych, ograbionych z majątku chrześcijan, przyjmując muzułmanów, których stać było opłacić podróż? I czy nie powinniśmy przyjmować – jak powiedział papież Franciszek – rzeczywiście opuszczonych w potrzebie RODZIN?… I kolejne pytanie, które się z tym wiąże – dlaczego przytłaczająca większość przybyłych do Europy to samotni mężczyźni? Według raportu UNHCR stanowią oni 75% tegorocznej imigracji przez Morze Śródziemne (kobiety to 12%, dzieci – 13%). I czy tych samotnych mężczyzn, migrujących do Europy z Turcji, a więc z kraju dla nich bezpiecznego, można nazwać UCHODŹCAMI?

 

WOLNOŚĆ i OBECNOŚĆ

27 cze

Sokoliki

Cerkiew w ukraińskich Sokolikach (od strony polskiej) – to jakby nadprzyrodzony przejaw OBECNOŚCI – tam, gdzie człowiek już dawno przestał być obecny, a gdzie WOLNOŚĆ zdaje się wypełniać całą przestrzeń…

Nierozwiązaną zagadką jest dla mnie biblijne mocowanie się Jakuba z Bogiem. Co było obiektem tej walki? Błogosławieństwo! Jak to rozumieć? W kategoriach żarliwości wiary? A może był to przejaw jej bezdroży? Co prawda Bóg w końcu pobłogosławił Jakubowi, czy jednak było to błogosławieństwo „wywalczone”? Może Bóg patrzy z miłością na błądzących i podejmuje z nimi żywą relację wtedy, gdy błądząc, gorliwie Go pragną? W myśl Ewangelii, by nigdy nie być letnim… Może współczesny Jakub to ten, który poszukuje Boga drogą ciągłej negacji, walki z teologicznymi dogmatami i wyobrażeniami, walki z samym Bogiem – w takiej postaci, w jakiej widzi Go podzielony świat chrześcijaństwa? Co prawda przedmiotem ich ciągłego mocowania się z Bogiem nie jest już błogosławieństwo, lecz wolność. Ale czy to źle?…

Wolność jest jedyną przestrzenią, w której zaistnieć może człowiek. Bez niej poszerzylibyśmy tylko świat zwierząt. Dlaczegóż więc współcześni wojownicy walczący z Bogiem używają bierności Boga jako swego naczelnego argumentu? Głównie chodzi tu o bierność zła, które człowiek czyni drugiemu – ale także zła, za które brane się różne żywioły natury, poczynając od niszczycielskich huraganów, kończąc na chorobach. Z tym ostatnim rozprawił się już Tischner, rozgraniczając zło (zaistniałe wskutek czyjejś woli) od nieszczęść (dokonujących się poza wolą). Przyjrzyjmy się więc bliżej temu właściwemu złu, które pozostaje bez odpowiedzi Boga – niesprawiedliwości społecznej, krzywdzeniu niewinnych dzieci, czy okrutnym wojnom i zbrodniom. Czy gdyby Bóg natychmiast karał za każdy zły czyn, nie byłby podobny do tresera? Czy moglibyśmy wówczas mówić o wolności?… Wolność jest dzisiaj za sprawą schedy oświecenia traktowana jako stan człowiekowi pierwotny i najbardziej naturalny. Człowiek rodzi się wolny i dopiero na zewnątrz spotyka zagrożenia, które mogą tej wolności zagrozić. W takim ujęciu o wolność nie trzeba zabiegać, nie trzeba do niej dorastać – wystarczy jej bronić.

Zagrożeniem dla oświeceniowej wizji świata staje się dogmat grzechu pierworodnego i łaski uświęcającej, bo rzeczywistość ta pochodzi spoza jednostki, która traktowana jest jako byt autonomiczny, wartość sama w sobie. Nie pomaga tu nawet wyraźne akcentowanie, że pierwotne skażenie złem nie pozbawia nas dostępu do pełni, a łaska nie może być gwałtem na naszej wolnej woli… Owszem – wolność ma charakter pierwotny, ale nie w wymiarze indywidualnego człowieczeństwa. Ma też charakter wewnętrzny – ale nie może zaistnieć wobec wewnętrznego zatrzaśnięcia. Bo kiedy człowiek ograniczy swój świat do zamkniętej monady swojego „ja”, nigdy tej wolności nie osiągnie. Dopiero otwarcie na wymiar Innego staje się warunkiem mojego rzeczywistego zaistnienia. Przyjęcie koncepcji przyrodzonego dobra, które Jan Jakub Rousseau przypisywał człowiekowi, zakorzeniło się w europejskim liberalizmie aksjologicznym jako podstawowy wymiar wolności. Zepchnięto tym samym do piwnicy przesądów grzech pierworodny i pojęcie łaski – dwa rzeczywiste filary wolności. Stąd dzisiejsze szamotanie się współczesnego człowieka – z jednej strony tracącego stały punkt oparcia, z drugiej strony uciekającego od nihilizmu w stronę fanatyzmu.

 

Między kotwicą nostalgii a żaglem nadziei…

04 cze

2015_06_cmentarz_Dźwiniacz

Dźwiniacz nad Sanem – dawna wieś, od blisko 70 lat wymarła dolina, gdzie niepodzielną władzę sprawuje dzika przyroda;  nieliczne pozostałości dawnej kultury to zarośnięte studnie i kilkanaście nagrobków, na zdjęciu ich detale – powtarzają się makówki w różnych ujęciach (trzymane przez anioła lub wpisane w podstawę krzyża),  stanowiąc symbol snu wiecznego i ukojenia wszelkich trosk…

Ostatnimi dniami przyszło mi pracować w terenie wzdłuż Sanu, który jako niewielka rzeczka, tuż za swymi źródłami, stanowi dość mizerną granicę między Polską a Ukrainą. Żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają dawne wsie na obecnym pustkowiu – ciekawe jak by zareagowali przed akcją „Wisła” (1947 r.), gdyby ktoś im wówczas pokazał tę samą, tak bliską im dolinę za 70 lat? Dziś mogę tylko sobie wyobrazić, jakich wzruszeń doznają, gdy zdecydują się postawić tu nogę – a niektórzy przyjeżdżają, by przed śmiercią choć raz rzucić okiem na świat swego dzieciństwa. Czy w ich przeżyciu przeważa dojmujący smutek za tym, co bezpowrotnie minęło? Czy może pojawia się radość ze wskrzeszonych wspomnień? Poczucie, że non omnis moriar? Czyżby światy minione żyły tylko w naszej pamięci? Czy może odwrotnie – dopiero „zapomnienie” obecnego świata pozwoli nam wrócić do nich całkiem realnie?

Czym jest sentymentalne odniesienie do przeszłości? Czy wynika ono tylko z romantycznej natury? Gdy sobie chwilami przypominam czasy swego dzieciństwa, choć nie było ono tak burzliwe jak u mieszkańców Dźwiniacza, czuję przejmującą nostalgię, która nie wynika ze zwykłego sentymentu – jest w niej coś jeszcze, co trudno mi do końca wyjaśnić, a co nazwałbym roboczo „poczuciem porzucenia minionych światów”. Piszę w liczbie mnogiej, bo tych „światów” było wiele – i wszystkie dotyczyły jakichś przeżytych relacji wobec miejsc, przedmiotów, ale przede wszystkim wobec osób – nie tylko zmarłych, również własnych dzieci, które nieuchronnie dorastają. Miewam czasem irracjonalne przeświadczenie, że czekają tam na mnie, kiedy wrócę do nich z odległej przyszłości – nieżyjąca Babcia, która chce by jej znowu poczytać (bo wzrok straciła). Kolega, z którym nie dokończyłem ważnej rozmowy, bo zabił się na motocyklu tuż po maturze. Synek, który choć dorósł – wciąż jest tam malutki i czeka tam na mnie, by się autkiem wspólnie pobawić…

Zwariowałem? :) Spokojnie, mam świadomość absurdalności tego odczucia. A jednak nie odrzucam go całkiem od siebie, bo odkrywam w nim coś więcej, niż zwykły sentyment – jest w tym również głęboka tęsknota za przeżytymi relacjami, które nie do końca zostały dobrze spożytkowane: z braku czasu, z lenistwa, z niedostatecznej uważności. Minionych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia – pisał Adam Asnyk (choć nie wiadomo jak to z tym  naszym życiem po śmierci – czy nie będziemy mieć wglądu w pełny zakres czasu?) – jednak ta wędrówka w poszukiwaniu straconego czasu (Marcel Proust mi się tu przypomniał) posiada również wymiar czysto praktyczny, pobudzając do większej motywacji względem obecnych, bo przecież świat ten tak szybko odchodzi w przeszłość. Czyż nie żyjemy na przedziwnej łodzi, zawieszonej między dwoma brzegami? Między brzegiem, który już opuściliśmy (ale który gdzieś tam wciąż istnieje, o czym nam przypomina kotwica naszych wspomnień), a brzegiem, ku któremu nieuchronnie zmierzamy – nie znając go, lecz otwierając ku niemu żagiel swej nadziei…