RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Życie’

…lecz w wichrze nie było Pana

14 sie

2017_08_WICHER-LASY„Ocean” bieszczadzkich lasów – z licznymi wiatrołomami i pniami kształtowanymi przez wiatr…

Sobotniej nocy wielka trąba powietrzna skosiła hektary lasu, niszcząc przy tym obóz harcerski i zabijając 5 osób (w tym dwoje dzieci). A w niedzielę obydwa czytania w kościołach dotyczyły właśnie tego żywiołu. Pierwsze o tym, że Boga nie było w wichrze ani w ogniu – był obecny w ciszy. Drugie o łodzi miotanej przeciwnymi wiatrami, gdy Jezus szedł po wodzie ku swym uczniom. Dopóki Piotr wpatrywał się w Mistrza, szedł po falach – gdy spojrzał w stronę żywiołu, zaczął tonąć… Tak i my toniemy w swych lękach, zabieganiach, cierpieniach i obciążeniach, gdy całą naszą uwagę przykuwają żywioły tego świata: widok wszelkiego spustoszenia, lęk przed wojenną zawieruchą, przed cierpieniem i wyniszczającymi chorobami. Dopiero spojrzenie na Jezusa daje siłę, by iść po wodzie mimo wszelkich burz. W samym żywiole nie znajdziemy Boga, choć często Go o to obwiniamy, doszukując się w tych wszystkich kataklizmach jakiejś kary, czy jeszcze gorzej – kaprysu Stwórcy. Owszem, doświadczenie żywiołu może nas uwolnić od przywiązania do dóbr przemijalnych. Bóg jednak czeka na nas tylko w ciszy zawierzenia…

Wiem, że łatwo mi jest o tym pisać, nie doświadczywszy tak bolesnego ciosu, jaki dziś przeżywają rodzice tragicznie zmarłych harcerek. Szczerze im współczuję i modlę się za nich, bo sam mam córkę w wieku tych dziewczynek. Jednak chciałbym też prosić, byśmy nie szukali winy w sobie czy w innych- zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy zadziałał trudny do przewidzenia żywioł. I gdy ci, w których od strony prawnej można by się winy doszukiwać, działali bezinteresownie i w dobrej wierze. Tutaj jedyną odpowiedzią jest ufność, że to co się stało, ma swój ukryty sens. A ufność jest postawą, która pozwala nam odróżnić sumienie od owoców z „drzewa poznania dobra i zła”. Często mylimy jedno z drugim, doszukując się w biblijnym drzewie samej świadomości czynów dobrych i złych. Tymczasem owoc z tego drzewa jest wyłącznie symbolem uzurpacji człowieka wobec wyznaczania granic, a nie ich rozpoznawania. Jeśli ujmujemy byt człowieka ewolucyjnie, to jego stworzeniem było pojawienie się wolnej woli i sumienia. Dopiero później mógł zaistnieć „grzech pierworodny” – czyli próba samodzielnego określania, co jest dobre, a co złe.

Konsekwencją zerwania owocu była więc skłonność do kształtowania granic moralności i do wydawania sądów w zakresie dobra i zła. Dotyczy to zarówno osądu innych, jak też potępiania samego siebie. Podczas gdy sumienie jest tą ciszą, w której mieszka Bóg – i gdzie moja ufność pozostawia wszelki osąd tylko Jemu, „owoc z drzewa poznania” staje się zarzewiem rozpętanego piekła wzajemnych osądów (szukania wszędzie winnych, ale również surowego potępiania samego siebie) – lub odwrotnie: niewoli w zakresie ubóstwiania innych i ciągłego usprawiedliwiania samego siebie. Brak ufności to pochodna wyzbycia się pokory: sam wchodzę w kompetencje Boga. Gdy natomiast trwam w zawierzeniu, w ciszy swego serca staję się wolny od ciągłej presji osądzania i bycia osądzanym – od nieustannego wystawiania bezwzględnej oceny sobie i innym. Wolny od potępiania i ubóstwiania wszelkiego stworzenia. Wolny od osądzania w swym sercu samego Boga – od ponownego krzyżowania Go na Golgocie własnego buntu. Wolność ta stwarza we mnie zupełnie nową jakość człowieka, pozbawionego lęków i przywiązań wobec wszystkiego, co przemija – w tym również wobec mojego życia i życia moich najbliższych.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Biblia, Bieszczady, Wiara, Życie

 

Między pychą a cieniem istnienia

30 maj

2017_05_kości-przemijanie-pokoraJaki ślad został po minionych światach? Buki mnogością rąk wzniesione ku niebu – lub w dramatycznej ekspresji zdeformowane? Czasem kość zabieleje… Iluzje stabilności doraźnego bytu.

Pokora jest źródłem naturalności - pycha czyni człowieka sztucznym. Pokora żyje nadzieją, że niedoskonałość pełnią jest w Chrystusie. Stąd łatwo zadowala się zwyczajnością. Pycha goni za czymś nadzwyczajnym, szukając czegoś, co dotąd nie zaistniało. Jak pisał Merton: Człowiek używający dóbr tego życia z prostotą i wdzięcznością przyczynia się bardziej do chwały Bożej, niż nerwowy asceta, którego niepokoi każdy szczegół własnych wyrzeczeń.” Ascetyczna neuroza przejawia się często w postaci dostrzeganych wszędzie pokus, które miałyby przenikać całe stworzenie na podobieństwo sideł, na każdym kroku zastawionych na człowieka. Takie podejście tworzy groteskowy obraz świata i Stwórcy. Obraz, który dla jednych staje się powodem do porzucenia wiary, jako zbioru naiwnych mitów wzniesionych na bagnie pierwotnego lęku, dla innych zaś jest przyczyną religijnych obsesji i chorego rygoryzmu.

A przecież już sama opowieść Księgi Rodzaju wskazuje nam prawdę podstawową, że świat został stworzony nie jako mroczna dżungla, lecz raj – sama natura nie może więc być skażona złem. To tylko jej postrzeganie stało się mocno zniekształcone. Dlatego można powiedzieć, że choroba grzechu pierworodnego nie wniknęła w istotę bytu, lecz w sferę ludzkiej relacyjności. W niej trzeba szukać takich pojęć, jak piekło, czyściec czy niebo – te formy rzeczywistości nie mogą istnieć na zewnątrz relacji, ale w samym jej rdzeniu. Psychologia mówi nam, że złodziej zawsze będzie widział w drugim człowieku złodzieja, kłamca – kłamcę, a morderca – mordercę. Właśnie to staje się mechanizmem skażenia naszej relacyjności, od której trudno się uwolnić nawet po śmierci, bez zanurzenia w pokorze i ufności. Wracając do metaforyki raju, ten sam owoc może nam dziś przypominać o grzechu, budząc w nas lęki i pożądania – ale może też w sposób piękny opowiadać o pierwotnej harmonii stworzenia.

Płynąc okrętem, widzę tylko burtę, kawałek pokładu i pozostawioną na morzu smugę – nie mogę jednak objąć wzrokiem statku. Patrząc na świat, nie widzę własnych oczu. Mogę je ujrzeć tylko w odbiciu przedmiotów lub w oczach innych ludzi. Ten paradoks bliskości dotyczy również duszy, którą mogę doświadczyć jedynie w relacjach z otaczającym światem. Słowa i czyny to smuga, którą za sobą ciągnę – która jednak już do mnie nie należy, a jej piana niebawem rozpłynie się w oceanie. I tu znów odwołam się do Mertona: „Przyczyną, dla której ludzie tak gwałtownie chcą patrzeć na siebie, zamiast zadowolić się tym, że są sobą, jest brak wiary we własne istnienie.” Tak, myślę, że to jedyne źródło potrzeby ciągłego potwierdzania swego JA w postaci przeróżnych „selfie”. Chcę doświadczać siebie w efektach swoich działań, w dorobku życia, w reakcji innych na moje osiągnięcia. Gdy jednak cień bierzemy za rzeczywistość, wpadamy w pułapkę bałwochwalstwa lub nihilizmu – raz widząc w tym cieniu nieograniczone możliwości, innym razem wpadając w głęboką frustrację, że wszystko to jedna iluzja.

 

Między mrokami puszczy a horyzontami połonin…

09 maj

2017_05_Wyspa_MertonPuszcza może stać się dla nas duchową pułapką, skłaniającą do szukania własnej dziupli – albo wyzwaniem, by wspiąć się ponad nią, na połoninę, doświadczając pełnej wolności…

Otrzymałem dziś zamówioną paczkę z książkami Thomasa Mertona – w tym słynną „Siedmiopiętrową górę”, którą zostawiam sobie na później. Zacząłem od skromniejszej pozycji – „Nikt nie jest samotną wyspą”. Merton dotyka w niej dramatu człowieka rozpiętego między pragnieniem sensu - wpisanym w jego najgłębszą istotę – a pokusą odczytania powszechnego bezsensu, uwalniającego od wszelkiej odpowiedzialności i oferującego narkotyk dryfującej beztroski. W każdym z nas tkwi ta ziemia obietnicy i wygnania – wyboru na przemian kreatywnej wolności i ślepego determinizmu. Ten stan bolesnego rozdarcia może się stać zarówno źródłem przekleństwa, jak i błogosławieństwa…

Rozdarcie to stanowi wyzwanie dla każdego z osobna, bo nikt nie może ci powiedzieć, kim jesteś – i co stanowi sens twego istnienia. Ty także nie możesz nikogo w tym zakresie oświecić. To droga, którą musimy podjąć samotnie, choć wiedzie nas ku rozdrożu, otwierającemu przed nami drogę na pustynię zbielałych kości lub ku pustelni, która jest pełna żywej obecności. Bo każdy z nas po części taką pustynią i pustelnią żyje – czasem przeważa jałowy piasek, innym razem samotność przeradza się w poczucie szczególnej więzi… Jednak wrodzone lenistwo skłania nas często do szukania łatwych rozwiązań. Staje się to idealną pożywką dla rozmaitych konformizmów, pustych pasji czy ideologii. Dlatego, jak pisze Merton: „optymistyczny pogląd na życie nie zawsze jest owocem cnoty”.

Wchodząc w dziewiczą puszczę pytań, które rodzą się z najgłębszych lęków i pragnień, stajemy przed dwoma rodzajami niepokoju. Pierwszy rodzi się z braku odpowiedzi na postawione pytania – to stan naturalny, prowadzący na połoninę nadziei, z której otwiera się szeroki horyzont wiary. Drugi jest mroczną czeluścią, jaka może usidlić człowieka, zanim podejmie jakikolwiek krok ku górze. To lęk przed samym stawianiem pytań. Grzęźniemy wtedy w bagnie lenistwa lub rozpaczy. Albo wchodzimy w zmurszałą dziuplę, tworząc z niej własny dom - strojąc się w pióra mądrych pytań i błyskotliwych odpowiedzi. Ale sytuacja bagna i dziupli, stanowić może również zarodek nadziei – jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku…

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Życie

 

Obumieranie świata – i nadzieja cudzych butów…

12 mar

2017_03_stare_buty_Obumieranie starych chałup na Strwiążku (dzielnica Ustrzyk Dolnych)

Bywa czasem, że jakieś oczywiste słowa w konkretnym momencie przemówią do nas mocniej. Tak było dziś z dwoma, zupełnie osobnymi zdaniami papieża Franciszka, który przed chwilą powiedział: „Jeśli ktoś z Chrystusem umiera, z Chrystusem zmartwychwstaje”. Przypomniało mi się też, że kiedyś, przy innej sposobności powiedział też: „Aby komuś pomóc, trzeba wejść w jego buty”. Kiedy nad tym myślałem, te dwa osobne zdania połączyły się w jedno…

Pierwsze przesłanie otwiera nas na istotę umierania. Nie tylko tego ostatecznego, w sytuacji granicznej - ale też tego, które się w nas każdego dnia dokonuje. Czasem to rezygnacja z prawa do czegoś, z własnego zdania, z bycia „kimś” w oczach innych. To gotowość zapomnienia o sobie – bo tylko w takim formacie dokonuje się dobro. Jak bardzo przeszkadza w tym świadomość własnego „ja”, może dać wyobrażenie sytuacja, gdy np. czytając książkę, próbujemy myśleć o procesie czytania – nie ma siły, by nie zgubić wtedy wątku.

W drugim przesłaniu buty stają się obrazem odmiennych przyzwyczajeń, pragnień i wyobrażeń, jakie nosi w sobie drugi człowiek. Aby wejść w „cudze buty”, muszę więc zostawić na boku własne, wygodne obuwie. A wdziać buty, które nie zawsze będą miłe – czasem stare, zniszczone, przesycone niemiłym zapachem i dopasowane już do zupełnie innej stopy… Zanim wejdę w czyjeś buty, muszę stać się bosy – bezbronny i obnażony, muszę wejść w kontakt z surową ziemią, narażony na ciernie i błoto…

 

Relacja przełamująca separację…

05 mar

2017_03_Beksinski_relacje_separacjeRelacyjność wobec radykalnej separacji śmierci (na bieszczadzkich nagrobkach) i separacji światów wewnętrznych (na obrazach Beksińskiego)

Gdy zadałem komuś pytanie „co to znaczy żyć w dobrej relacji?”, otrzymałem odpowiedź „to proste – być życzliwym dla kogoś”. Taka odpowiedź prowokuje jednak do następnego pytania: „co to znaczy dobrze komuś życzyć?” Czy nie bywa często tak, że to JA wiem, co dla kogoś jest dobre – i według tej „wiedzy” spełniam czyjeś życzenia? Czuję się wtedy życzliwy – a że ktoś tej życzliwości nie potrafi docenić, to już nie mój problem. Tak często w tej naszej „życzliwości” się rozmijamy, że wyraźnie brakuje w niej czegoś zasadniczego. Może zwykłej otwartości, by najpierw poznać, co dla drugiej osoby jest ważne? Jaka jest jej wrażliwość? W jaki sposób widzi i czuje ten świat?

Bez uważnego wsłuchania się w czyjś głos, nawet najbardziej wyrafinowane formy dogadzania staną się tylko zakamuflowanym egoizmem. Wyrażać się one będą w apodyktycznej „posłudze”, która dla obiektu tych starań będzie tylko formą osaczenia i zniewolenia, a dla osoby dogadzającej - balastem próżnych wysiłków i źródłem rozdrażnienia z powodu „niewdzięczności”. Co jednak sprawia, że tak często realizujemy tylko własną WIZJĘ „uszczęśliwiania” drugiego człowieka? Myślę, że przyczyna tkwi w dwóch płaszczyznach: egzystencjalnej, wynikającej z radykalnej separacji między naszymi światami – i aksjologicznej, wyrażanej w braku woli wniknięcia w świat drugiej osoby. A wpływ mamy tylko na tę ostatnią.

Jedynie wsłuchując się w czyjeś pragnienia, w ten swoiście odmienny sposób przeżywania rzeczywistości, możemy dostroić swą empatię do wrażliwości drugiego człowieka. Z jakim zdumieniem odkrywamy wówczas, że prawdziwa życzliwość nie wymaga rzeczy wielkich, bo już sama próba zrozumienia staje się spełnieniem podstawowego pragnienia. Wysłuchanie jest ważniejsze od usługiwania – tak jak postawa Marii u stóp Jezusa ma głębszy wymiar, niż cała krzątanina Marty. Wewnętrzna radość powstaje tylko wtedy, gdy udaje się przezwyciężyć radykalną separację – gdy zamknięta monada człowieka otwiera okno na drugą monadę, by choć przez moment gościć w jej wnętrzu, zapraszając ją też do siebie. I chyba właśnie to uczucie jest przedsionkiem stanu, który nazywamy „niebem”?

 

Przemoc i uwodzenie…

26 lis

2016-11_Kierkegard_przemoc-uwodzeniaUstjanowa – krajobraz w otoczeniu Ustrzyk Dolnych opiera się jeszcze komercyjnej przemocy. Ale jak długo?

Musiałem na jakiś czas zamienić przyjazne Ustrzyki na wielkomiejską aglomerację. Przesiadając się w Krakowie z dworca PKS na pociąg, trzeba przejść przez labirynt galerii. Miejsce dla mnie koszmarne pod wieloma względami i strasznie hałaśliwe – tak w zakresie dosłownym, jak i komercyjnym. Sam już nie wiem, który hałas gorszy – ten z głośników, czy ten, który niczym wiertło drąży naszą psychikę nachalnością reklam. Nie wspomnę już o tragicznej katastrofie w zakresie planistycznym – myślę tu o kompletnym zeszpeceniu architektonicznego układu starej zabudowy dworca, poczty i ciągu secesyjnych kamienic. Ta urbanistyczna plomba stała się dla mnie pomnikiem ku czci przemocy. Niestety takich koszmarków w przestrzeni miejskiej znajdujemy coraz więcej. Dochodzi do tego natłok  wielkopowierzchniowych bilbordów (które, o zgrozo, pojawiły się też na wjeździe do Ustrzyk) – wzmacniają one poczucie hałasu i chaosu, utrudniając zatrzymanie się nad tym, co faktycznie piękne…

Kierkegaard widział sens życia w estetycznym uwodzeniu, najwyższy jego pułap upatrując w tragedii. Kiedy analizuję nasze życie, rozciągnąłbym jego myśl na znacznie szerszy zakres, obejmując całe zanurzenie w tym świecie, które – podobnie do  wspomnianej reklamy – opiera się na dwóch aspektach: UWODZENIU i PRZEMOCY. Uwodzić można przedmiotem (jak w reklamie), można też ciałem (w sferze estetyki – np. w tańcu lub w postaci wulgarnej – w pornografii), przedmiotem uwodzenia może być władza (np. w polityce) lub iluzja prawdy (w rozmaitych ideologiach). Kierkegaard pisał, że uwodzenie musi prowadzić do tragedii – i ta dopiero staje się szczytem piękna. Przyczyną jest niewierność, która niejako wpisana jest w naturę takiego „uwodzenia”. Artysta tworząc swe dzieło, po jego ukończeniu szuka innej inspiracji, niejako zdradzając je na rzecz dzieła „jeszcze większego”. Podobnie jest z uwodzeniem w każdej innej postaci.

Warto zauważyć, że każde z tych uwodzeń prowadzi nie tylko do niewierności, ale także rodzi różne formy przemocy – czasami werbalną, innym razem fizyczną, ale też taką, która realizuje się w całej naszej postawie wobec życia. Zaś przemoc, jak też sama jej potencjalność, budzi LĘK – tak jak uwodzenie wyzwala POŻĄDANIE. Mam tu na myśli bardzo różne, czasem ukryte i niebezpośrednie formy tych reakcji, wychodzące daleko poza pospolite znaczenie pojęć. Lęk i pożądanie to dwa najbardziej destruktywne żywioły naszego wnętrza. Jedyną odpowiedzią, która może im zaprzeczyć, jest DOBRO – ono nigdy nie jest podatne na uwodzenie, bo nie stanowi ODBICIA wartości iluzorycznych, będąc niewyczerpalnym ŹRÓDŁEM jedynej rzeczywistości. A dobro wyrasta właśnie na podłożu ciszy, tj. autentyczności i wewnętrznego wyciszenia – uwolnionego od zgiełku tego świata, budowanego na wzniecaniu lęków i pożądań. Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić świat pełen wdzięku i żywej relacyjności, pozbawionej iluzji i przemocy – świat bez „reklam”?…

 
 

Między mieczem a ogołoceniem…

29 wrz

2016_09_MIECZ-a-CHRYSTUS

Na zamku w Sanoku: po lewej – średniowieczny miecz (na tle Michała Archanioła z mieczem). Po prawej – inna wersja tej ikony z Karpat. W środku – ogołocony Chrystus z XVII-wiecznego ołtarza.

Czasem praktykuję przypadkowe otwieranie Biblii (choć w tym przypadku w przypadki nie wierzę). ;) Takie czytania potrafiły mi już niejednokrotnie coś ważnego w życiu naświetlić. Tym razem jednego dnia w dwóch niezależnych czytaniach natrafiłem na dwa osobne wątki o mieczu. Pierwszy z Ewangelii Łukasza: I rzekł do nich: «Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?» Oni odpowiedzieli: «Niczego». «Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! (Łk 22,35-36). Drugi werset dotyczy pokoju: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową. (Mt 10,34-35).

Ostatni fragment jest dość jednoznaczny w swej wymowie. Jezus nie ma zamiaru budować jakiegoś długotrwałego pokoju na ziemi, bo świadom jest upadłej natury człowieka, która nieustannie będzie ciążyć ku konfliktom. To w naszym duchowym życiu ma nastać pokój Chrystusowy – nie w przestrzeni politycznej czy nawet rodzinnej (choć niewątpliwie dążyć do tego trzeba). Pokój zaś wewnętrzny osiągamy, gdy tylko całą duszą skłonimy się ku Dobru i Prawdzie. Bo świat i tak pozostanie skażony ciągłym konfliktem. Nawet przy obustronnie dobrej woli może dochodzić do poróżnień. Ani wspomniana tu synowa, ani teściowa, nie muszą być przecież osobami złymi – a mimo to nie potrafią dojść do porozumienia… Bardziej zastanowił mnie jednak ten pierwszy fragment Ewangelii, który zdaje się całkowicie zaprzeczać coraz bardziej rozpowszechnianej wizji Chrystusa-pacyfisty, zawsze tylko nadstawiającego drugi policzek…

W cytowanym wezwaniu Jezusa miecz występuje wespół z trzosem i torbą. Owszem, wszystkie te akcesoria mogą być tylko obrazem jakiejś duchowej roztropności. Jeśli jednak torba i trzos (pas z kieszeniami) są symbolem przyzwolenia na dysponowanie środkami materialnymi, to miecz staje się wezwaniem, by wobec zła nie pozostawać całkowicie bezbronnym. Ktoś może tu zadać pytanie o samego Jezusa – przecież nie bronił się przed męczeńską śmiercią. Ale też Jezus mówi dalej: „To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu” (Łk 22,37). Kresem jest doskonała ofiara Krzyża, która oczywiście godna jest naśladowania w wymiarze indywidualnym. Gdy jednak chodzi o obronę innych, zwłaszcza w obliczu zagrożenia złem, Jezus wzywa do uzbrojenia się w oręż. Bo czy chwytanie za broń w chwili najazdu barbarzyńców (obojętnie czy będą spod znaku półksiężyca, swastyki czy czerwonej gwiazdy), nie będzie postawą miłości wobec tych, których bronimy? Czy obojętność lub ucieczka byłaby tu postawą ewangeliczną?

 

Między bogaczem i Łazarzem. Czym jest przepaść?

25 wrz
2016_09_Łazarz i bogacz

Ewangeliarz z Echternach (1030-1050), Niemieckie Muzeum Narodowe, Norymberga

 Przyznam, że dzisiejsze czytanie Ewangelii o bogaczu i Łazarzu (Łk 16,19) zawsze mnie jakoś niepokoiło – nie żebym się miał za bogacza. Choć przecież każdy z nas może na swój sposób być tym bogaczem – i każdy ma obok swojego „Łazarza”, któremu brakuje czegoś, co posiadamy w dostatku. Ale problem dotyczy nie tylko kwestii czy dostrzegamy potrzeby innych – również tego, czy nie stajemy tu przed zbyt surową karą za nieświadomą bierność?…

Kto jednak tę karę wymierza? Bóg? Przypowieść o tym milczy. A może sam bogacz jest dla siebie sędzią i egzekutorem? W końcu ani Bóg, ani Łazarz nie odzywają się tu nawet jednym słowem – cały czas mówi tylko bogacz. Najpierw się żali do Abrahama (nie do Boga), zwracając się doń o przysługę, by posłał Łazarza z wodą, która miałaby przynieść ukojenie. Traktuje więc biedaka instrumentalnie, nadal nie zauważając w nim osoby. Myśli wciąż tylko o sobie. Abraham próbuje mu naświetlić rzeczywistość, w której się znalazł, mówiąc o przepaści, jaka ich dzieli. Ale nie mówi nic o karze ze strony Boga – jako przyczynę tej sytuacji delikatnie sugeruje bogaczowi wgląd w swoje przeszłe życie.

Tu już zachodzi w bogaczu pewna odmiana – zdaje się, że przestaje myśleć wyłącznie o sobie, prosząc tym razem o przestrogę dla swych braci. Nadal jednak traktuje Łazarza wyłącznie jako posłańca, jakby nie był on godny, by traktować go podmiotowo. Może więc ta przypowieść mówi nie tyle o niesprawiedliwości, co raczej o skutkach pychy, która każe traktować drugą osobę wyłącznie w kategoriach rzeczy, używając jej jako narzędzia? Może dopóki trwa w człowieku ta pycha, dopóty odgradza go od innych przepaść?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie

 

Światła i cienie jungizmu

10 wrz

2016_09_dziuplaJaworowe dziuple mają w sobie coś tajemniczego – dają schronienie, ale też inspirują do wędrówki w świat metafor…

Koncepcja nieświadomości Carla Gustawa Junga pociągała mnie zawsze swą metaforyczną siłą, która obrazuje życie człowieka na podobieństwo drzewa z szeroko i głęboko zapuszczonymi korzeniami, mrocznymi dziuplami (które też udzielają schronienia) i wysoko rozpostartymi konarami świadomości. Korzenie czerpią ze wspólnych warstw kolektywnej nieświadomości. W pniu następuje ekspresja (ujawnienie) tego potencjału – z zachowaniem sfer nieuświadomionych (dziuple), zaś w koronie drzewa otwiera się nasza świadomość, która jest pochodną słońca i ziemi (pierwiastka duchowego i materialnego). Jaźń stanowi całe drzewo, którego widocznym aspektem jest „ego” (pień i korona). Nieuświadomione podziemie może generować w człowieku kompleksy i nerwice – ale i one mogą pełnić ważną rolę, wyrywając człowieka z kolein jałowego konformizmu. Są niczym dziuple, które powstają po zranieniach i wypróchnieniach, ale prowadzą do zabliźnienia, tworząc kryjówki przed światem.  To takie moje, laickie i osobiste postrzeganie Junga przez pryzmat nasuwających się skojarzeń. Spójrzmy jednak na to, jak sam to wszystko formułował…

Choć kontynuował szkołę psychoanalizy Freuda, odcinał się od freudowskiej obsesji na punkcie seksualności. Przenosząc pojęcie „energii psychicznej” na płaszczyznę znacznie szerszą, obejmującą nieświadomość indywidualną, zakorzenioną w nieświadomości zbiorowej, która tworzy podglebie do rozwoju kultur. Badania swe często opierał na introspekcji, wnikając we własne pokłady nieuświadomionych uczuć, emocji i popędów – czuł jednak duży respekt do tej ukrytej sfery, pisząc o niej: „gdybym zatrzymał się na swych emocjach, to treść nieświadomości rozerwałaby mnie na strzępy”. Dlatego wizualizował te wędrówki w obrazach i rzeźbach. Człowiek znajduje się w nieustannej interakcji między świadomością a nieświadomością – napięcie między tymi potencjałami generuje „energię psychiczną”. Charakter zachodzących tu procesów zależy od „typu postawy” – introwertycznej lub ekstrawertycznej, co widoczne jest również w różnicach kulturowych (np. ekstrawertyzm Zachodu i introwertyzm Wschodu). Na typ postawy nakładają się cztery funkcje psychiczne: myślenie, uczucie, intuicja i doznanie. Spośród nich zawsze tylko jedna jest wiodąca, dwie spełniają funkcje pomocnicze, a czwarta tonie w nieświadomości. Kombinacje te prowadzą do ośmiu charakterów człowieka.

Wreszcie wytworem nieświadomości kolektywnej są archetypy, które przejawiają się w postaci rozlicznych symboli i personifikacji, wizualizując bardzo bogatą treść tego, co ukryte. Jestem wdzięczny Jungowi, że potrafił przezwyciężyć freudowskie schematy i seksualne uproszczenia, ale i u niego zaczynają się pojawiać nadmierne redukcje treści do płaskich psychologizmów, które sprawiają wrażenie, że choć Jung śmiało zmierzał w kierunku transcendencji, to w ostatecznym rozrachunku próbował z nią uniknąć konfrontacji. Jego teoria niesie jednak wiele pozytywnych konsekwencji dla współczesnej psychologii. Słynny polski psychiatra, Antoni Kępiński, dzięki koncepcji Junga zwrócił uwagę na powiązania schizofrenii z filozoficznym poszukiwaniem. Zaś Ronald Laing poszedł jeszcze dalej, postulując konieczność traktowania schizofreników nie jako przedmiot leczenia, ale jako podmiot prowadzenia – przechodząc od ich degradacji do inicjacji (chodzi o inicjację ich wewnętrznej drogi). Terapeuta miał im odtąd w tej trudnej drodze towarzyszyć, pomagając oddzielać rzeczywistość wewnętrzną (nieświadomość) od zewnętrznej (obiektywnie uświadomionej). Psychoza daje dostęp do doświadczeń transcendentalnych – pisał Laing – a pełnię zdrowia można odnaleźć tylko w tymże transcendentalnym wymiarze. Natrafiamy tutaj na niezwerbalizowane, aczkolwiek wyraźne związki jungizmu z okazjonalizmem Malebranche’a – ale to już temat na osobną myśl, wkraczającą w przestrzeń wiary.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Psychologia, Życie

 

Kamienie na drodze relacyjności

17 mar

2016_03_Kosma i Damian - Piotr i Paweł - Cyryl i Metody

Bieszczadzkie miniaturki  na szkle: Kosma i Damian, Piotr i Paweł, Cyryl i Metody

Rosnący pośpiech i powierzchowność relacji sprawia, że wyrażanie myśli i odczuć bywa często nieprecyzyjne i skrótowe, nasycone specyficznymi skojarzeniami (dla każdego nieco innymi – czasem diametralnie odmiennymi), a także obarczone metaforami, które nie dla każdego są czytelne.  Ciekawym doświadczeniem, dostępnym dla każdego, jest introspekcyjna próba dogrzebania się do korzeni własnych emocji. A konkretnie do tego, co nimi zarządza poza naszą wolą i poza intencjami drugiej osoby. Na ile słowo staje się dla nas MOSTEM, a na ile MUREM?

Mówię np. „jesteś agresywny” – to jawna ocena nie tylko czyjegoś zachowania, ale całej osoby. Z góry można więc powiedzieć, że jest niesprawiedliwa, bo żaden człowiek nie może być w całości oceniony przed pryzmat jednej sytuacji czy nawet jakiejś dłuższej sekwencji zachowań. Lepiej więc brzmieć będą słowa: „Twoja postawa jest dosyć agresywna” – tu już nie oceniam osoby, lecz słowa, czyny, bieżącą postawę. W ten sposób moja uwaga skierowuje się na charakter relacyjności, a nie na wartościowanie osoby. Jednak i tutaj można napotkać na emocjonalny odpór…

Tak więc chyba najlepiej jest wyrazić to przez pryzmat własnego odbioru: „odnoszę wrażenie, że moje słowa wywołują w tobie agresję”. Tu już nie oceniam nawet postawy, ale mówię wyłącznie o własnych ODCZUCIACH, które przecież mogą się mylić. W ten sposób przyznaję też, że nie jestem arbitrem, lecz subiektywnym odbiorcą, podatnym na różne zniekształcenia odbioru i błędne interpretacje. Niech ta krótka myśl będzie jakimś przyczynkiem do rozważań nad mechanizmami naszej emocjonalności. Myślę, że ważnym kluczem do głębszego wejścia w ten problem jest dostrzeżenie podświadomego wartościowania osób przez ocenę subiektywnie przypisanych intencji…

 

 

Gdy figowe drzewo przestaje rodzić…

28 lut

2016_02_28 Drzewo_FigoweFigowiec z mojego parapetu niespodzianie wydał owoc… Obok fresk z bocznej kaplicy w ustrzyckim kościele – śpiący pod drzewem…

Dzisiaj czytamy fragment Ewangelii o bezpłodnym drzewie figowym: „…Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13,9)

Zwykło się ten tekst tłumaczyć jako dar ostatniej szansy, wynikający ze wspaniałomyślności Boga. Ogrodnikiem może być sam Jezus, właścicielem winnicy – Bóg Ojciec w majestacie swej sprawiedliwości… Osobiście jednak czuję, że możemy ten fragment odczytywać nieco inaczej. Każdy z nas często czuje w sobie jakieś duchowe wyjałowienie. Jednak brak owoców nie zawsze jest winą – co najwyżej pośrednim skutkiem wcześniejszych grzechów i zaniedbań. Pozbawione owoców drzewo staje się więc dla nas pewnym wyzwaniem – co z nim uczynimy?

Czy wykażemy wobec samego siebie brak cierpliwości, czy też zachowamy pokorę i nadzieję ogrodnika? Często stajemy wobec pokusy, by się pośpiesznie osądzić – a następnie utopić swe kompleksy w alkoholu czy innym nałogu. Bywa też, że w duchu mówimy zuchwale do Boga: „jakim mnie stworzyłeś, takim mnie masz”, oddając się dryfowaniu przez ocean namiętności lub obojętności. Każda taka postawa kojarzy mi się z pośpiesznym wycięciem drzewa. Tymczasem brak widocznego owocu może być doskonałą szkołą pokory i ufności, prowadzącą do nieoczekiwanych plonów…

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara, Życie

 

Prostota umiera pierwsza – przed cywilizacją?…

10 lut

2016_02_prostota_towar_reglamentowany

W moich miniaturkach na szkle często pochylałem się nad problemem przemijania – tym razem chciałem poruszyć ten temat w aspekcie wymierającej cnoty, jaką jest PROSTOTA.

Kolega opisał dość znamienną sytuację, jakiej był świadkiem w punkcie obsługi jednego z telefonicznych operatorów – pozwolę sobie za nim powtórzyć: starszy pan wchodzi do sklepu i mówi, że chce dla siebie telefon komórkowy, więc sprzedawca mu pokazuje ten i tamten, opisując jakie każdy z nich ma funkcje – internet i wszelkiego rodzaju gadżety… Po jakimś czasie starszy Pan mówi że on nie potrzebuje tych wszystkich funkcji w telefonie, bo chce jedynie zadzwonić i odebrać rozmowę. Pyta więc, czy mają takie telefony. Skonsternowany sprzedawca popatrzył jak na ostatniego dziwaka i odpowiedział, że takich telefonów to my, proszę Pana, nie mamy. Starszy Pan machnął ręką i wyszedł sfrustrowany ze sklepu.

Sytuacja jest bardzo typowa dla dzisiejszych czasów – doskonale ilustruje naszą cywilizacyjną chorobę, z którą sam się niejednokrotnie zmagam. Nawet podobną historię przeżyłem w punkcie Plusa, gdy chciałem dla siebie komórkę prostą w funkcjach (ja również używam telefonu wyłącznie do dzwonienia), a trwałą i odporną na czynniki atmosferyczne (rzecz dla mnie ważna, gdy chodzę po terenie). Okazało się, że wszystkie aparaty mieli bardzo delikatne i przeładowane aplikacjami. Dopiero po dłuższym czasie dostałem coś mocniejszego – aparat najprostszy z dostępnych, jednak i tak pełen zawiłych ścieżek i gadżetów, więc dla kogoś starszego mógłby być trudny w obsłudze. Gdy np. chce się odczytać głupi SMS, trzeba się po tych ikonkach nachodzić co niemiara. Poprzednia moja „cegła” była niezniszczalna oraz intuicyjnie prosta – klik i miałem SMS-a. Tutaj często rezygnuję z czytania czy wysyłania, bo szybciej mi jest oddzwonić. ;)

Tak, ta choroba rozciąga się niemal na każdą dziedzinę życia. Krótko ją można określić następującymi objawami: 1) brak prostoty, 2) brak przejrzystej logiki, 3) marginalizacja głównej funkcji, 4) rozbuchanie funkcji pobocznych (z których się najczęściej w ogóle nie korzysta), 5) bełkot terminologiczny w instrukcjach czy aplikacjach… Wcale się nie dziwię temu starszemu Panu – każdy powinien tak reagować, może wtedy dotarłoby do producentów, że nie trafiają w nasze oczekiwania. A może jednak trafiają, tylko nie do takich, jak my? Przecież młodzi ludzie często są tymi nowinkami zafascynowani – a producent chyba liczy głównie na nich? Niestety dla starszych takie życie staje się coraz bardziej alienujące i niefunkcjonalne. A problem dotyczy nie tylko urządzeń – również pism urzędowych, podatków i całej społeczno-ekonomiczno-technicznej sfery życia…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Psychologia, Socjologia, Życie

 

Uwiąd cywilizacji – koniec końców czy stan spoczynku?

22 lis

2015_11_Suszki_pierwszy-śnieg

Suche rośliny przy pierwszym śniegu kojarzą mi się z jakimś uwiądem, który towarzyszy naszej staruszce Europie… Od lewej: bniec czerwony, szałwia lepka, goryczka trojeściowa. Pozostały wspomnienia kolorów – intensywnej czerwieni, żółci, granatu… I nadzieja, że znowu kiedyś zakwitną.

„Oświecenie, wynosząc człowieka do godności wszechmocnego stwórcy, zdegradowało go w rzeczywistości do poziomu zwierzęcego; odróżnienie dobra i zła zastąpiły kryteria utylitarne.” Tak pisał Leszek Kołakowski w 1997 roku – i dalej ciągnął: „Fundamentalne więzi, które podtrzymywały wspólnotę – rodzina, religia (a od siebie dodałbym jeszcze: naród, państwo, ojczyzna) zostały wyszydzone lub gwałtem rozerwane.” Krótko mówiąc, w oświeceniowym przewrocie można dopatrzyć się podwalin pod wszystkie najgłębsze kryzysy współczesnej cywilizacji – należy do nich: rozbicie rodzin, atomizacja społeczeństw, zanik patriotyzmu, sentymentalizacja i seksualizacja miłości, a także uwiąd wiary i nadziei. Niezwykle istotnym skutkiem jest również rezygnacja z obiektywnej prawdy na rzecz subiektywizmu i relatywizmu oraz złożenie piękna na ołtarzu wiecznego eksperymentu, napędzanego chorobliwym nienasyceniem i neurotycznym niepokojem.

Oczywiście byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał również tych dobrych stron oświeceniowego dziedzictwa: powszechnego dostępu do wiedzy, równouprawnienia płci, ras i narodów, sprawiedliwości społecznej, opieki socjalnej, a także wolności wyznania, słowa i rynku. Jednak i te dobrodziejstwa jakże często ulegają głębokim deformacjom! Każdy może dać sobie niezliczone przykłady absurdów, do jakich nas doprowadziły. Wartości te bywają też nagminnie wykorzystywane przez różnego rodzaju totalitaryzmy: Sowieci przez lata kradli zachodnią myśl techniczną, Chińczycy swą potęgę gospodarczą od dłuższego czasu budują na wolnorynkowych mechanizmach Zachodu (co nie przeszkadza im wykorzystywać niewolniczą siłę swego narodu), zaś islamiści cynicznie korzystają z europejskich zabezpieczeń socjalnych i praw człowieka, by sukcesywnie umacniać na naszym kontynencie swą niepisaną władzę i wojenną propagandę.

Znacznie groźniejsze są jednak mechanizmy autodestrukcji – kiedy to zachodni krytycyzm zwraca się przeciwko wartościom naszego świata, relatywizm wysadza ostatnie fundamenty obiektywnej prawdy i dobra, a w imię wolności człowiek oddaje się samobójczemu szaleństwu. Bo czyż takim szaleństwem nie można nazwać tego, co wydarzyło się ostatniego wieczoru na deskach wrocławskiego teatru? (a przynajmniej co było obwieszczane, bo nie wiem, na ile miała to być prowokacja). Media rozpisywały się o sztuce „eksperymentalnej”, w której zapowiedziano akt płciowy na żywo (dla mnie to niczym się nie różni od publicznego wypróżniania) – zastanawiam się, w imię czego? Wywołania szoku? (bo niczym innym już go nie można wzbudzić?). Ściągnięcia uwagi mediów? (bo inaczej kasa by się za taką miernotę nie zwróciła?) …Może właśnie to jest najbardziej adekwatnym obrazem agonii naszej kultury i cywilizacji? Tylko co po niej?…

 

Przezwyciężając mrok…

13 lis

2015_11_Melancholia

Melancholii nie uleczą żadne zioła, alkohole czy nawet anioły – ona musi być przezwyciężona od środka, przez otwarcie okna duszy…

Jak często dotyka Cię smutek? I czy przybiera on postać paraliżującą? Skąd się bierze i jaka jest jego natura?… Melancholia jest zabójstwem woli – jak pisał, o ile dobrze pamiętam, Józef Tischner. Melancholia idzie krok przed rozpaczą – nie rzuca się więc w przepaść, ale hipnotycznie się w nią wpatruje. Chocholi taniec z „Wesela” prowadzi do jakiegoś letargicznego snu. Czym jest melancholia w swej genezie? Myślę, że zaczyna się tam, gdzie dochodzi do negacji wobec ufności, gdzie odrzucona zostaje nadzieja, będąca źródłem kreatywnej aktywności. Melancholia w najgłębszej swej istocie staje się odmówieniem sobie i innym prawa do szczęścia. Sobie – bo nie wierzę w jego spełnienie, innym – bo dystansuję się do nich, nie chcąc mieć z cudzym szczęściem nic wspólnego. Kiedy ja jestem nieszczęśliwy, inni mogą stanowić tylko tło tego nieszczęścia – lub jego widownię, co staje się rozpaczliwą próbą przekucia go w tragiczne piękno.

Kiedy więc człowiek jest bezpieczny od tego paraliżującego stanu? Chyba najlepszym parasolem staje się empatia. Dopóki potrafię czerpać radość z czyjegoś szczęścia – dopóki potrafię się zapalać wobec czyjejś kreatywności – dopóki umiem się śmiać z czyjegoś dowcipu, ale także smucić z jego strapień – dopóty nie grozi mi melancholia. Kolejnym źródłem depresyjnych stanów, tym razem na poziomie relacyjnym, jest więc zanik naturalnego pragnienia współodczuwania i współuczestnictwa. Kiedy na dłużej izoluję swoje ego od innych, może mnie to prowadzić do egotyzmu – niezdrowej afirmacji własnego „ja”, oderwanej od przeżyć innych ludzi. Choć pozornie mam wtedy poczucie własnej wartości, to jednak kroczę po kruchym lodzie – i każde niepowodzenie może spowodować jego załamanie. Uznanie innych staje się narkotykiem, który wymaga coraz większych dawek. Najlepiej to widać u osób, które w sposób nagły zdobyły sławę.

Nasuwa mi się jeszcze jedna odsłona melancholii – związana z przytłoczeniem ze strony szarej codzienności. Życie tak często zmusza nas do chodzenia z nosem przy ziemi, że zaczynamy żyć w ciągłej iluzji jałowej „zwyczajności”. Kamyczki, które migają pod stopami, urastają do rozmiaru galaktyk. Natomiast z pola widzenia świadomości umyka gdzieś to, co wysoko na niebie – to co daleko na horyzoncie – i to, co ukryte głęboko pod powierzchnią. Aby móc się z tej hipnozy ocknąć, potrzebny jest wstrząs. Wywołać go może cierpienie, lęk, samotność lub śmierć bliskiej osoby. Gdyby tych utrapień w naszym życiu zabrakło, mogłoby się ono stać prawdziwym koszmarem szarej zwyczajności – życia bez pragnień. A głębokie pragnienie rodzi się tylko tam, gdzie odczuwamy jakiś radykalny brak. Może dlatego depresje najbardziej dotykają społeczeństwa stabilne i zamożne?

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Psychologia, Życie

 

Jak okręt – między skałami i mieliznami…

20 paź

2015_10_Łódź_Solina

Bieszczadzkie „okręty” :) pośród skał i mielizn Jeziora Solińskiego, odsłoniętych przez jesienną suszę…

Każdy z nas jest jak okręt Kolumba w poszukiwaniu lądu. Całe życie można przyrównać do wielkiej żeglugi w nieznane. Aby nie zatonąć, utrzymać kurs, nie osiąść na mieliźnie i nie pomylić lądu, potrzebne są pewne rzeczy. Tak więc nasz statek musi mieć szczelną burtę, mocny żagiel, sprawny ster, wysoko osadzone „gniazdo bocianie”, aktualne i jak najlepsze mapy, no i dokładną busolę. Jak można każdą z tych rzeczy odnieść do naszego wewnętrznego życia? Czy widoczne są analogie i czy ten obraz odsłania nam jakąś prawdę o nas samych?…

BURTA nie może przepuszczać wody – jak nasza duchowość nie może się stać otwarta na wszystko, co oferuje świat.  ŻAGIEL to nasza konstrukcja psychiczna i emocjonalna, która przetwarza wiatr (słowa, wydarzenia) na duchową siłę. STER to nasza wola, która pozwala sprawnie manewrować między mieliznami i skałami, utrzymując właściwy kurs. GNIAZDO bocianie to dystans do tego, co przyziemne, przemijalne, to zdolność do widzenia perspektywicznego. MAPY to duchowe rozeznanie, oparte na nauce i doświadczeniu – nabywane przez książki, przemyślenia i słowa innych. BUSOLA to duchowy program, którym jest Biblia z Ewangelią i nauczanie Kościoła (Katechizm), regularna modlitwa i Msza.

Jak wyglądają te dzisiejsze nasze „okręty”? Niestety zbyt często dbamy bardziej o wygodę kajuty, niż o trzymanie stałego kursu. Wskazujemy na powagę bandery i splendor statku (zabiegając o odpowiedni status społeczny). Konkurujemy w liczbie podległych galerników, którzy mają za nas wiosłować (żądza władzy). Zwiększamy liczbę armat, sposobiąc się do odpierania ataków lub zatapiania innych okrętów. I w tym wszystkim jakby zapominamy o najważniejszym – jaki jest sens i cel całego tego rejsu – że nie będzie on trwał wiecznie, że nawet najokazalsza i najbardziej zbrojna jednostka spocznie kiedyś na dnie lub zostanie wyrzucona na mulistą mieliznę.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Wiara, Życie